piątek, 14 czerwca 2019

Pociągiem przez życie

Na małej stacyjce 
stoją ludzie na peronie
pojedynczo i parami
nie chcą wyjeżdżać 

pośpieszne tu się nie zatrzymują

tylko dwa osobowe
- połączenie ze światem
rano i wieczorem

na odludziu nawet nadzieja
przejeżdża bez zatrzymania
tylko się uśmiecha i iskrzy

pozostawia marzenia

kolejne oczekiwanie
i jak zwykle 
sadzę w oku
Jerzy Granowski

Jestem, wróciłam....
Cudownie było pojechać do miejsca, tak bardzo związanego z moim dzieciństwem. Już sama podróż pociągiem przeniosła mnie w minione lata, chociaż teraz pociąg "mknie" do mojego ukochanego miejsca ponad 3 godziny, a kiedyś ciuchcia dowoziła nas w 6 godzin.
Miasteczko powitało mnie słońcem, zapraszając do wędrówki znajomych uliczkach. Cisza, spokój.... Nie mogłam uwierzyć, że znowu tu jestem. Chciałam, aby ten dzień nigdy się nie skończył. Tak dobrze było tu powrócić i cieszyć się znowu każdą chwilą tam spędzoną. Niestety.... Świat biegnie do przodu, czasy się zmieniają.
Niewiele jest rzeczy, które pozostają niezmienne, no.... prawie niezmienne.
Tak właśnie jest z dworcem w miasteczku, z którego wróciłam.
W wielu podobnych miejscowościach stoją stare budynki dworcowe, chociaż życie w nich praktycznie zamarło. Większość mieszkańców przesiadła się do samochodów, autobusów....Składy jeżdżą coraz krótsze, niektóre nawet w całości wycofano, a w wagonach coraz mniej ludzi.
Stare dworce pustoszeją, niektóre są zamykane, perony zarastają trawą, puste, często zabytkowe budynki niszczeją,popadają w ruinę. Są bezbronne wobec ludzkiej obojętności i bezwzględnego upływu czasu.
A przecież stare dworce kolejowe to miejsca nostalgiczne. Kiedyś były budynkami reprezentacyjnymi.
W ostatnich latach zlikwidowano wiele tras kolejowych i PKP musi teraz zapełnić lukę, jaka powstała. Stopniowe ograniczanie przejazdów kolejowych sprawiło, że PKP ma dziś w swojej gestii ogromną liczbę dworców, z którymi nie do końca wiadomo, co zrobić. Przyciąganie ludzi innych, niż tylko pasażerowie, ma sprawić, by opustoszałe dworce odzyskały szanse na rentowność.
Teraz często miasto stara się tchnąć w nie nowe życie, przerabiając je na mieszkania, restauracje, hotele czy centra kultury. Ale urok i czar ich znika.
Na szczęście w moim miasteczku dworzec jeszcze żyje. Ale lata jego świetności minęły. Chociaż, gdy tam byłam poczułam, że świat zatrzymał się tam w miejscu. Kiedyś zniknęły nawet ławeczki, na których można było usiąść w czekając na pociąg. Lubiłam na nich siedzieć i patrzyć na mijających mnie ludzi. Jedni przychodzili wcześniej, inni wbiegali na peron tuż przed odjazdem pociągu. Potrafiłam tak siedzieć i obserwować przez dłuższy czas. Nawet pomyślałam, że to już taka ogólnokrajowa moda, aby chyba w nocy nikt nie mógł tam się przespać. Na szczęście po latach ławeczki znowu są. 
Przez lata moje miasteczko rozwinęło się, rozkwitło, nabrało kolorów po szarej przeszłości.
Jednak w głębi swojej duszy pozostało takie same, jak przed laty. Zwłaszcza tu na dworcu.
Ja także chciałam zatrzymać się tu na dłużej, nie wyjeżdżać tak szybko z miejsca, gdzie moja dusza i serce odpoczywają. Może kiedyś uda mi się nie wsiąść do pociągu powrotnego. Tak chciałabym usiąść na dłużej na ławeczce i patrzeć na pędzących ludzi, na tych co żegnają się lub witają..... Może kiedyś się uda póki dworzec w moim miasteczku istnieje?
Niestety te chwile nie mogły trwać wiecznie. Najchętniej przeniosłabym się do takiego świata na stałe.
Nazbierałam jednak woreczek wspomnień i będę do niego zaglądać, jak tylko zatęsknię. To musi mi wystarczyć.
To prawda, podróże sentymentalne są piękne, ale czasem robi się mokro na policzkach, gdy zobaczy się miejsca, do których tęskniło się ponad rok i za którymi znowu już uciekają myśli. Do tego ta piękna pogoda dookoła...
Teraz staram się powrócić do rzeczywistości. Trudno mi znowu twardo stanąć na ziemi. Nie jest jednak łatwo. Ale dam radę... 
Dworzec nadzieja
spóźniłam się na pociąg życia
zmięty kartonik mam wciąż w dłoni
stoję bezradna na peronie
bo nie potrafię go dogonić

ten bilet stracił swoją ważność
kupić nowego już nie mogę
stacja nadzieja jest zamknięta
życie odcięło mi tą drogę

wiatr wyrwał świstek z mojej ręki
więc nikt nie zmieni na nim daty
ostatni pociąg w dal odjechał
szczęście jak zawsze mam garbate

walizkę ciągnę pełną złudzeń
od jej ciężaru bolą ręce
gdy tu poczekam trochę dłużej
to rozczarowań będzie więcej

usiadłam w pustej poczekalni
dworca nadziei w likwidacji
żaden tu pociąg nie zajedzie
nie ma na mapie już tej stacji
znalezione w Internecie

Zawsze sądziłam, że stare dworce kolejowe były nielicznymi magicznymi miejscami, jakie pozostały jeszcze na świecie. Unosiły się na nich wspomnienia dawnych pożegnań, rozstań, początków dalekich podróż, z których nie było powrotu. Jeśli kiedyś się zgubię, niech szukają mnie na dworcu, pomyślałam.
Carlos Ruiz Zafón
Także nasze życie podobne jest do podróży pociągiem. Składa się z wsiadania i wysiadania, spotykania się i żegnania się z ludźmi,niespodzianek niesionych przez los. 
Przychodząc na świat wsiadamy do pociągu, który z biegiem lat nabiera tempa. Spotykamy tam ludzi, z którymi najchętniej odbylibyśmy cała naszą podróż: dziadków, rodziców, przyjaciół..... Niestety z czasem docierają oni do celu swojej podróży i wysiadają na stacji po drodze. Pozostawiają nas często w pustym wagonie. Czujemy się wówczas osamotnieni, pozbawieni ich miłości, przyjaźni, zrozumienia i niezastąpionego towarzystwa.... To prawda, że na ich miejsce do naszego przedziału wsiadają inne osoby, które może z czasem stają się dla nas bardzo ważne, z którymi chcemy kontynuować naszą podróż. Rodzina się powiększa, pojawiają się nowi przyjaciele......
Jednak do końca nie będziemy wiedzieć na jakiej stacji wysiadamy, ani gdzie wysiądą nasi towarzysze.
Są także osoby, które na chwilę pojawiają się w naszym przedziale tak niezauważenie, że nawet nie zauważamy, że zwolnili miejsce.
Wiele osób wysiadając pozostawi po sobie ciągłą tęsknotę, której nigdy się nie pozbędziemy. I we mnie nigdy ta tęsknota nie zniknie. Zawsze będę wracać do mojego miasteczka, choćby tylko w myślach. 
Koniec rozpamiętywania.... Właśnie ktoś nagle wcisnął przycisk "play" i znowu wszystko wróciło na tory, którymi podąża, a raczej pędzi codzienność. Powinnam wsiąść do tego pędzącego pociągu i nieoglądając się za siebie pomknąć z resztą do przodu. Ale czy ja to potrafię?
Rozmyślania na dworcu
Na wszystkich dworcach świata 
W poczekalniach, na peronach 
Każda rozmowa o życiu 
Zostaje niedokończona 

Podróżni różni 
Nic się nie różnią 
Na dworcach każdy 
Staje się próżnią

Jest tak jak wszędzie 
Szczęście, nieszczęście 
Tylko, że w pędzie 
Tylko, że częściej 

Na wszystkich dworcach świata 
Daleką drogą olśnienie 
Toczysz się losu koleją 
Po swoje przeznaczenie 

Suma powrotów i pożegnań 
Daje w efekcie zero 
Niektórym życie jak pociąg 
Niektórym życie jak peron 
Wsiadają, wysiadają 
W bufetach piwem się raczą 
Przyjeżdżają, odjeżdżają 
Płaczą 

Gubią się, odnajdują 
Walizy taszczą 
Zjadani, wypluwani 
Dworców studrzwiową paszczą 

Niech wszystko działa 
Zgodnie z rozkładem 
Pociąg odchodzi 
Ja, nie pojadę
Jonasz Kofta

niedziela, 9 czerwca 2019

Myśli w zielonych odcieniach

Zielony wiersz
Ja nie chcę wiele:
Ciebie i zieleń,
i żeby wiatr kołysał
gałęzie drzew,
i żebym wiersze pisał
o tym, że...
każdy nerw,
każda chwila samotna,
każdy ból - jakże częsty, jak częsty! -
zwiastuje otchłań,
mówi : nieszczęsny....

ja nie chcę wiele,
ale nie mniej niż wszystko:
Ciebie i zieleń
i żeby listkom
akacji było wietrznie,
i żeby sercu - bezpiecznie,
i żeby kot się bawił firanką
jak umie
żeby siedzieć na jerozolimskim ganku
i nic nie rozumieć.

Pętacki wiersz
sam wiesz, że łżesz,
ale dlaczego tak boli, tak boli?
chyba już nic nie napiszę
w ogromną i groźną ciszę
schodzę powoli

ja nie chce wiele:
Ciebie i zieleń...
Władysław Broniewski

bez ogłady, kanciasty, ledwo opierzony, niedojrzały, niedoświadczony, niedowarzony, nieobyty, nieokrzesany, nieopierzony, nieukształtowany, niewprawny, niewyrobiony, początkujący, prostacki, prosty, prymitywny, raczkujący, surowy, świeżo upieczony, świeży, anemiczny, bez rumieńców, bezkrwisty, biały, bladawy, bladolicy, blady, kredowobiały, kredowy, mizerniutki, mizerny, niedokrwisty, papierowy, pobielały, pobladły, pomizerniały, przybladły, trupio blady, woskowy, wybladły, wymizerowany, zbielały, ziemisty, zmizerniały, zmizerowany, amatorski, dyletancki, ignorancki, niedokształcony, niedouczony, niefachowy, niekompetentny, niemiarodajny, niepewny, nieudolny, nieumiejętny, niewiarygodny, nowicjuszowski, ograniczony, młody, uczniacki, bezkrytyczny, cielęcy, dziecinny, frajerski, głupi, głupiutki, gówniarski, infantylny, łatwowierny, naiwniutki, naiwny, naturalny, niedorosły, nierozgarnięty, nieświadomy, prostoduszny, smarkaty, szczeniacki, szczeniakowaty, szczery, sztubacki, ufny, domorosły, laicki, nieobeznany, nieprofesjonalny, niewprawiony, niewykwalifikowany, bezpieczny dla środowiska, ekologiczny, nienaruszający równowagi ekologicznej, nieszkodliwy dla środowiska, proekologiczny, przyrodniczy, środowiskowy, butelkowy, groszkowy, grynszpanowy, malachitowy, morski, oliwkowy, pistacjowy, seledynowy, szmaragdowy, trawiasty, zielonawy, zieloniuchny, zieloniutki, na dorobku, niewykształcony, amator, cienki bolek, debiutant, dętka, dyletant, frajer, ignorant, niedouk, nieuk, nowicjusz, żółtodziób, fizjologiczny, organiczny, prawdziwy, zdrowy, zgodny z prawami natury, pozieleniały, zzieleniały, greenhorn, nowy, probant, turkusowy, zielononiebieski, niedoinformowany, nieznający się, niezorientowany, kwaśny, barwa zielona, zieleń, zieloność, baks, dolar, dolec, kasa, ekolog, mundurowy, żołnierz,

Jednym słowem ZIELONY czyli, barwa powstała poprzez połączenie żółtego i niebieskiego. Jest to barwa powszechnie spotykaną w naturze, kojarzona przede wszystkim z Wiosną.
Niedawno pisałam o SZARYM, ale właśnie zdałam sobie sprawę, że powinnam opowieści o kolorach zacząć od ZIELONEJ barwy. Przecież to kolor moich stronek i w takiej barwie szumią moje myśli.
Przecież te słowa są jakby o mnie:

Masz takie oczy zielone
Zielone jak letni wiatr
Zaczarowanych lasów
I zaczarowanych malw…

Jestem zatem wyjątkowa. 
Ale czy to znaczy też, że mam zielono w głowie? Czy myślę o nierealnych sprawach, jestem niedojrzała, lekkomyślna, beztroska...? Ale czy także cały czas cieszę się życiem, słońcem, niebem...? Czy zawsze dzielę się radością ze światem dookoła? To prawda, że czasem jestem jak Wiosna, która kojarzy się przede wszystkim z zielenią. Ale Wiosna to także wiatr, deszcz, szarość.
A może nie mam zielonego pojęcia o świecie? To stwierdzenie w pewnym stopniu jest prawdziwe. Zazwyczaj staram się takie wrażenie sprawiać, gdy jest mowa o polityce, religii i innych kontrowersyjnych tematach. I chociaż tak naprawdę mam swoje własne, zdecydowane zdanie, to nie wypowiadam go publicznie. Dlatego czasem niektórym wydaję się całkiem zielona jak szczypiorek na wiosnę, który nie jest zorientowany w temacie. Ale to tylko pozory.
W sprawach naprawdę ważnych jestem inna. Inaczej poszłabym na  zieloną trawkę, gdybym o pewnych sprawach nie miała zielonego pojęcia. I dzięki temu nieraz dostaję zielone światło od losu, chociaż nie tak często jakbym chciała. Ale wiadomo zielony to kolor nadziei, więc kto wie, co los przyniesie? I może wówczas ktoś pozielenieje z zazdrości? Wolę jednak, jak to ja, zamiast spoglądać z nadzieją do przodu, odwrócić się i spojrzeć na moje zielone lata, o których przypomina mi zawsze poezja Władysława Broniewskiego.  I tak naprawdę powinnam kiedyś o nim i jego poezji więcej napisać.
Gramy w zielone
-Proszę o zielone!-
Zaklekotał bociek
Do zielonej żabki,
Co siedziała w błocie.

Ale mądra żabka
Prędko myk! pod wodę:
-Miłe mi, bocianie,
Moje życie młode.

Rosły w błocie modre
Niezapominajki
I boćkowi rzekły:
-Znamy takie bajki!

Chciałbyś żabkę połknąć,
Lecz się obejdź smakiem:
Żabka gra w zielone
Z młodym tatarakiem
Władysław Broniewski
A nawiasem pisząc uwielbiam spacerować boso po zroszonej zielonej, porannej trawie. Więc od czasu do czasu ta trawka jest potrzebna.
Zielony to też wspaniałe przestrzenie łąk, sadów, parków i lasów. Dlatego powiedzenie, że kolor zielony kojarzy się z przyrodą to tak, jakby nic nie powiedzieć. To skojarzenie jest bardziej, niż oczywiste.
Wg badań wystarczy już przez 30 sekund patrzyć na zieleń, aby obniżyć poziom stresu w organizmie. Zielony jest więc kolorem o dużym ładunku pozytywnej energii, oprócz spokoju, niesie również harmonię oraz szczęście. Zielony jest kolorem nadziei i wolności. Kojarzy się też ze szczęściem przynoszącym przez czterolistną koniczynkę.
Przeczytałam też, że najchętniej zielone ubrania noszą osoby, które czują potrzebę uporządkowania swoich emocji, którym brakuje wewnętrznej harmonii. Dlatego podświadomie odwołują się do barw natury, jakby sam dotyk tego ożywczego koloru przynosił ukojenie i szansę odnalezienia odpowiedzi na nurtujące ich pytania. Sygnalizują nim brak wewnętrznego uporządkowania, potrzebę odpoczynku psychicznego i odnalezienia własnej drogi. Ich przesłanie to: jestem bardzo wrażliwy, chcę wyciszyć się i skupić na sobie, by odnaleźć równowagę, tęsknię do harmonii i ładu. Jednocześnie niekoniecznie chcą się do tego przyznawać, bo tajnym odpowiednikiem zieleni jest SZARY.
I to ostatnie stwierdzenie wydało mi się bardzo ciekawe. Przecież niedawno pisałam o SZARYM.
Zielono mam w głowie

Zielono mam w głowie i fiołki w niej kwitną
na klombach mych myśli sadzone za młodu
Pod słońcem co dało mi duszę błękitną
i które mi świeci bez trosk i zachodu.

Rozdaję wokoło mój uśmiech, bukiety
rozdaję wokoło i jestem radosną
wichurą zachwytu i szczęścia poety
co zamiast człowiekiem powinien być wiosną!
Wierzyński Kazimierz

W starożytnym Egipcie używano zielonego barwnika do malowania brwi. Zielony kolor był pierwszym uzyskanym syntetycznie, wytwarzanym przez człowieka – produkowali go starożytni Grecy.
Zieleń to ważny kolor islamu. Ulubionym kolorem Mahometa był zielony i ten kolor kojarzony jest z islamem. Znajduje się on na wielu flagach krajów islamskich.
W uzbeckich meczetach zazwyczaj tej barwy są piękne posadzki lub jedwabne szaty. W Koranie znajduje się opis Raju i wizji zbawienia: "Będzie nosił szatę z zielonego jedwabiu".
Symbolem Azji jest zielony jadeit, ukochany kamień Konfucjusza. Jadeit azjatycki jest tym cenniejszy, im jaśniejszy i bardziej soczysty w odcieniu. Wtedy też, podobnie jak malachit bądź szmaragd, symbolizuje mądrość oraz doświadczenie. Te same przymioty zieleni towarzyszą kulturze majańskiej. W tradycji Majów w cieniu świętych drzew Ceiba odprawiane są ważne ceremonie. Korony drzew Ceiba są zielone, bujne, utożsamiane z głową człowieka oraz sferą kosmiczną. W tej samej tradycji zielony to również kolor kierunku południa.
W średniowieczu zieleń uważano za kolor symbolizujący katastrofę i zło, była kojarzona z samym diabłem. Istniał nawet przesąd, że ubieranie się na zielono może ściągnąć złe moce i pecha. Z biegiem czasu zielony zdobywał coraz lepszą reputację i przestał się kojarzyć ze złem, stał się natomiast symbolem losu i przypadkowości – zarówno w ich dobrych, jak i złych aspektach.
Negatywną cechą przypisywaną zieleni jest niestabilność, niepewność (np. zielony listek kierowcy) i losowość (stoły do gry w ruletkę, bilarda). Od czasu wprowadzenia dolarów do obiegu zieleń kojarzona jest także z pieniędzmi. Zieleń często wykorzystywana jest w materiałach graficznych firm, które chcą być postrzegane jako ekologiczne lub funkcjonują w branży związanej z przyrodą, naturą.
Dzisiaj zielony kojarzy się nam z Irlandią i dniem świętego Patryka.
I oczywiście z Zielonymi Świątkami, o których miała być dzisiejsza opowieść. Ale jak zawsze rozpisałam się, na trochę inny temat. Jak to już mam w zwyczaju. Może wiec za rok?

Kiedyś mój syn poprosił mnie:
"Opowiedz, drogi tata
Jak wyglądały, jak wyglądały
Twoje zielone lata
Radosne harce, wycieczki, gry
Młodości twojej beztroskie dni?"

Zielone lata, synku, zielone lata
Do boju trąbka grała nam tra-ta-ta-ta
Zielony mundur, zielony czołg, zielony step
Od pleśni często zielony chleb

Zielonych liści płaszczem kryte mogiły
Dla lat zielonych często trud ponad siły
W zielonym lesie ktoś czasem spał na czatach
Tak wyglądały moje zielone lata

Chwile nadziei, chwile zwątpienia
W pamiętne tamte czasy myśl moja dziś ulata
W rytmie żołnierskim powracają wspomnienia
Moje zielone lata, moje zielone lata

Może twych lat, zielonych lat
Wojenny marsz nie zburzy
Prawdziwie młody poznasz przygody
Piękno radosnych wzruszeń
I o twą młodość, gdy spyta syn
Usłyszy wtedy nie to co ty

Zielone lata, synku, zielone lata
Do boju trąbka grała nam tra-ta-ta-ta
Zielony mundur, zielony czołg, zielony step
Od pleśni często zielony chleb

Zielonych liści płaszczem kryte mogiły
Dla lat zielonych często trud ponad siły
W zielonym lesie ktoś czasem spał na czatach
Tak wyglądały moje zielone lata

Chwile nadziei, chwile zwątpienia
W pamiętne tamte czasy myśl moja dziś ulata
W rytmie żołnierskim powracają wspomnienia
Moje zielone lata, moje zielone lata

Niech rytm żołnierski nie budzi trwogi
Niech płyną w dal piosenki o słońcu i o kwiatach
Oby szczęśliwe były, mój synku drogi
Twoje zielone lata, twoje zielone lata!

sobota, 1 czerwca 2019

Czarowny czerwiec

Czerwiec
Czerwiec sady owocami
okrasił najwcześniej,
czerwienieją w środku czerwca
słodziutkie czereśnie.
Jeszcze swoich drzwi za nami
nie zamknęła szkoła
a już las się niecierpliwi,
do siebie nas woła.
Czekaj lesie, wytrzymaj jeszcze
czerwiec w mig przeleci
i po twoim mchu zielonym
będą biegać dzieci!
Jeszcze tydzień, jeszcze drugi -
skończy się nauka
i w zielonych wrotach lata
kukułka zakuka.
znalezione w Internecie
Zaczyna się czerwiec. Miesiąc kojarzony z końcem szkoły i początkiem wakacyjnego wypoczynku. Dla dawnych Słowian czerwiec był miesiącem przejścia wiosny w lato. To właśnie na ten czas przypadają obchody Nocy Kupały, najkrótszej nocy roku, która przypada na przełom 21 i 22 czerwca.
Dlaczego szósty miesiąc roku nazywamy czerwcem? Najbardziej oczywiste jest skojarzenie z kolorem czerwonym.
Wyrazy czerwiec i czerwony pochodzą od czerwca polskiego – pożytecznego robaczka, dzięki któremu możliwe było wyrabianie barwnika o kolorze nazwanym później czerwonym. W czerwcu bowiem zbierano jego poczwarki po czym suszono je na słońcu i finalnie uzyskiwano czerwony barwnik.
Czasownik czerwić jest dziś używany w pszczelarstwie i służy on nazwaniu czynności pszczoły składającej jaja w komórkach plastra. Wówczas to w plastrach pojawiały się wszakże czerwie.
W staropolszczyźnie szósty miesiąc roku był nazywany jeszcze czyrwieniem, ugornikiem bądź zokiem.
Wśród krajów słowiańskich podobnie szósty miesiąc nazywają dziś Czesi – červen, Ukraińcy – Червень oraz Białorusini – чэрвеня. Nie wyłamali się też Kaszubi ze swoim czerwińc. Obecność podobnych nazw wśród innych narodów słowiańskich świadczy o tym, że zbiory czerwca były praktykowane nie tylko na polskiej ziemi, ale też wśród innych Słowian.
Pozostałe państwa słowiańskie przejęły terminologię łacińską, gdzie nazwa Iunius jest wyprowadzana od postaci Junony, rzymskiej bogini kobiet i macierzyństwa, żony Jowisza.
W starożytnym Rzymie był to miesiąc, w którym zawierano małżeństwa. Pomiędzy 6 a 10 czerwca przypadał okres poświęcony kultowi bogini Junony, żony Jowisza, opiekunki kobiet zamężnych i gospodarstwa domowego. W dniach jej świąt urządzano przyjęcia dla kobiet, na które gospodyni, nawet skromnie sytuowana, musiała zaprosić swoje przyjaciółki. Z tego też powodu te święta obchodzono przez kilka dni, aby każda z kobiet mogła urządzić własne przyjęcie. Na przyjęcia odbywające się w dni Junony dorastające panny zwykle przygotowywały łakocie. Oznaczało to, że są one już gotowe objąć obowiązki pani domu.
W czasie tego święta tradycyjnie wyzwalano niewolnice, które zajmowały się wychowaniem dzieci w patrycjuszowskich domach. Otrzymywały wówczas nie tylko wolność, lecz także opiekę do końca życia w domu swoich byłych właścicieli, a niekiedy nawet prawo do grobu znajdującego się w pobliżu rodzinnego grobowca ludzi, u których służyły.
W czerwcowej magii
Za płotem jaśmin i piwonie,
płomieniem zorzy dyszy niebo;
czerwiec w zapachu mięty tonie,
soczystą zieleń nadał drzewom.

Popatrz, świat wokół w kwietnej szacie,
noc w aromaty uroczysta;
podaj mi rękę, chodź na spacer,
ciepło ma w naszych dłoniach przystań.

Na niebie gwiezdny pył rozkwita,
maki pokryły się już rosą,
przytul mnie mocno i nie pytaj
dokąd idziemy, ani po co.

A póki księżyc nam nie zgaśnie
we włosy jego blask zaplączę.
Zagrają świerszcze, zanim zasnę
w twoich ramionach
jak na łące.
Ewa Pilipczuk
Z antycznych obchodów święta Junony wywodzą się organizowane w średniowiecznej Francji, we Włoszech, w Niemczech i Hiszpanii festyny niewiast. Były to spotkania kobiet organizowane na miejskich błoniach, w ogrodach, podczas których rozrywki dostarczali grajkowie, kuglarze i narratorzy opowiadający wesołe historyjki. Zabawie towarzyszyły tańce, śpiewy i spożywanie mnóstwa przysmaków.
Tak przyjazny kobietom miesiąc musiał również sprzyjać miłosnym czarom. We Francji dziewczyny, które chciały zjednać sobie ukochanego albo choć poznać kogoś, z kim mogłyby związać się w przyszłości, wychodziły w czerwcowe dni przed świtem do ogrodu i obserwowały, kiedy rozwinie się pierwsza róża. Aby magia była skuteczna, dziewczyna musiała zobaczyć ten kwiat przed innymi. Wtedy mogła z niego zerwać płatek i kolcem róży wyryć imię wybranka lub, jeśli go jeszcze nie było, imię, które miałby nosić przyszły ukochany. Następnie należało zawinąć płatek w pergamin i nosić przy sobie od nowiu do nowiu. Później zawiniątko trzeba było podrzucić wymarzonemu mężczyźnie w taki sposób, by nosił je ze sobą.
W połowie czerwca dziewczęta w samotności zbierały o świcie pierwsze poziomki i truskawki. Wierzono, że mają one wówczas niezwykłą moc polepszania urody. Zrobione z nich maseczki nadawały skórze twarzy jasny kolor.
Dzień świętego Jana przypadający na czas letniego przesilenia był od wieków związany z magią. Szczególne znaczenie przywiązywano do niej w krajach słowiańskich. Młodzi ludzie spotykali się wieczorem i w czasie zabawy pozwalali sobie na większe niż zwykle swawole. Dlatego też w Środkowej Europie mówiło się dzieciom, że przyniosły je bociany 9 miesięcy po czerwcowym przesileniu - na przełomie lutego i marca.
Wieczór świętojański sprzyjał wróżbom. W Rosji, na Białorusi i Ukrainie znany był zwyczaj, opisywany m.in. przez Antoniego Czechowa i Aleksego Tołstoja zbierania się młodzieży wokół ogniska i skakania parami przez wysokie płomienie. Ta z par, która nie zawahała się i nie wpadła do ognia, miała mieć zapewnioną miłość wieczną.
Czerwcowe tango
Słyszysz te dźwięki? Noc czerwcowa cicho
pląsa na gwiezdnych szlakach Andromedy,
niepokój myśli wysłała donikąd,
jaśnieje księżyc.

Powietrze gęste od zapachów lata,
rozpala zmysły różanym olejkiem,
usnęły smutki w kosmicznych zaświatach -
podaj mi rękę.

Świerszcz stroi skrzypki w lawendowych wiankach,
szuwar zanucił zielonym szelestem,
żar moich bioder zaprasza do tanga -
przytul mnie wreszcie...
Ewa Pilipczuk 

Przysłowia czerwcowe

Czerwiec daje dni gorące, kosa brzęczy już na łące.
Czerwiec stały, grudzień doskonały.
Kiedy kwitnie w czerwcu bób, to największy wtedy głód, a kiedy mak, to już nie tak.
Od czerwca dużo zależy, czy żniwa będą jak należy.
Pełnia czerwcowa - burza gotowa.
W czerwcu grusze kwiat zrzucają, czereśnie się zapalają.
W czerwcu się okaże, co nam Bóg da w darze.
Chrzest Jana w deszczowej wodzie, trzyma zbiory na przeszkodzie. (24 czerwca)
Gdy się święty Jan rozczuli, to go dopiero Najświętsza Panna utuli. (2 lipca - Marii)
Gdy święty Jan łąkę rosi, to chłop siano kosi.(24 czerwca)
Jak się Janek kąpie w wodzie, żniwom deszcze na przeszkodzie.(24 czerwca)
Gdy deszcz przed Janem, po żniwach rolnik jest panem.(24 czerwca)
Jak się święty Jan obwieści, takich będzie dni trzydzieści.(24 czerwca)
Kiedy z Janem przyjdą deszcze, to sześć niedziel kropi jeszcze.(24 czerwca)
Czerwiec na maju zwykle się wzoruje, jego pluchy, pogody często naśladuje.
Czerwiec po deszczowym maju często dżdżysty w naszym kraju.
Czerwiec mokry po zimnym maju - chłopom w jesieni będzie jak w raju.
Gdy czerwiec chłodem i wodą szafuje, to zwykle rok cały popsuje,
Jaki Medard dzień obwieści, takich będzie dni czterdzieści (8.06.)
Ze świętą Małgorzatą zaczyna się lato (10.06.)
Już Jan ochrzcił wszystkie wody - umyjcie się dla ochłody (24.06.)
Gdy święty Piotr z Pawłem płaczą, ludzie przez tydzień słońca nie zobaczą (29.06.)

niedziela, 26 maja 2019

Powinno być o .... jest o ...

DOM RODZINNY
Kiedy otwieram bramy pamięci,
w oczach wiruje dawny świat dziecięcy.
Widzę dom rodzinny w cieniu drzew ukryty,
zapachem żywicy i dzikim winem spowity.
Choć wiele lat minęło,
kiedy dzieckiem byłam, pamiętam,
jak leśnymi ścieżkami chodziłam.
Szumu drzew i wiatru słuchałam,
niebo tęczą malowane podziwiałam.
Wciąż słyszę, jak ptaki swym śpiewem
dzień wychwalają,
koniki polne na swych skrzypkach,
piękny koncert grają.
Tęsknota w zakamarkach mego serca skryta,
widzi matkę na progu,
która ze łzami nas żegna i wita.
Tak odległe jest teraz miejsce
sercu memu bliskie,
gdzie rodzice od świtu do nocy,
czuwali nad domowym ogniskiem.
I choć nie zawsze był czas na pieszczoty,
i uściski,
to mój dom rodzinny,
będzie memu sercu zawsze bliski.
znalezione w Internecie
Znowu wracam do czasów dzieciństwa.
Ostatnio otworzyłam szufladę komody u rodziców i powiało zapachem dzieciństwa, gdy wyjęłam swój stary, kolorowy sweter, który nosiłam kiedyś pod koniec szkoły podstawowej i całe liceum. Jedyny sweter, z tak wielu zrobionych przez Babcię, a który udało mi się uratować przed wyrzuceniem. I tak moja mama nie wie po co go jeszcze trzymam. Jednak, gdy tylko na niego spojrzę, gdy go dotknę, odpowiedź przychodzi sama. Ten sweter jest kolorową nitką, która łączy mnie z tamtymi już odległymi czasami.
Widzę Babcie, która siadała przy żółtym kaflowym piecu ( kto dzisiaj takie pamięta?) i robiła na drutach: swetry, kamizelki, czapki…. Nie przypominam sobie chwili, aby kiedykolwiek miała wolne ręce. Zawsze były one zajęte czymś pożytecznym. Te chwile, gdy siedziała przy piecu należały do jednych z moich ulubionych. Zawsze wtedy opowiadała różne historie lub śpiewała piosenki, które teraz czasem szumią mi w głowie.
To dzięki jej kolorowym swetrom, kamizelkom w szkole nazywana byłam Słoneczkiem.
Szkoła minęła dawno, Babci i jej kaflowego pieca nie ma jeszcze dłużej…
Babcia starała się mnie nauczyć robić na drutach i szydełkować. A ja, jak to z rogacizną bywa, zaparłam się i nie miałam do tego serca. Dopiero jak odeszła pokochałam te robótki. Dlaczego nie robiłam tego, gdy żyła?
Nie chcę o tym zapomnieć. Dlatego staram się pamiętać wszystko, przecież bez tego byłabym całkiem inną osobą, biedniejszą, bardziej pustą….
Może właśnie dlatego mam szufladę z tęczowym swetrem. Szufladę, w której zatrzymałam kawałek moich wspomnień. Nigdy nie chciałabym, aby ktoś niespodziewanie otworzył ją i zrobił tam porządek i powyrzucał „starocie”
Niedługo mam imieniny. Jednak dawno temu, obchodziłam je w środku lata. Jednak kiedyś moja Babcia udowodniła mi, że swoje święto powinnam obchodzić innego dnia. Miałam do wybory trzy warianty. Wybrałam oczywiście ten najlepszy – majowy.
Gdyby Babcia żyła, to pewnie jak co roku czekałby na mnie za parę dni biszkopt z truskawkami i czerwoną galaretką.



Babcia to są miłe ręce,
książka, herbata słodka,
śmieszne słowa w dawnej piosence,
suknia dla lalki i szarlotka.
Babcia to bajka, której nie znamy,
pudełeczka, perfumy, włóczka,
babcia to mama mojej mamy,
a ja jestem jej wnuczka.
Kamieńska Anna



Jednego tylko żałuję…. Nie zdążyłam porozmawiać z Babcią o czymkolwiek ważnym, czy też nie. Ani o kwiatach w ogrodzie, ani poważnie o życiu. Tylko Babcia zrozumiałaby moje nastroje, mój zachwyt nad ogrodem. Razem z nią moje wspomnienia byłyby znacznie bogatsze.
Gdyby żyła martwiłaby się nadal o nas i tym wszystkim co dzieje się dookoła. Cieszę się jednak, że dożyła spełnienia przepowiedni z wiersza Słowackiego. I lepiej, że nie doświadczyła stanu wojennego. Nie…Wcale nie lepiej… Śmierć to najgorsze co może zdarzyć się między ludźmi. Śmierć pozbawia nas wszystkiego. Tak bardzo chciałabym pokazać jej moje mieszkanko, balkon …. Opowiedzieć jej o moich marzeniach, radościach, obawach, niepokojach…

A może:
Trzeba umieć zapomnieć nareszcie,
Nie powtarzać bez końca i znów
O młodości, miłości i mieście,
Które kiedyś nazywało się…..

Chyba nie chciałabym tego. To prawda, że czasem udaje się zamknąć na klucz moje odległe, bolące wspomnienia. Staram się oszukać w ten sposób samą siebie, bo przecież jak się gdzieś nie zagląda, to tak jakby tego nie było. Nie potrafię jednak tego tak na zawsze zrobić. Przecież te wszystkie przeżyte i zapamiętane chwile są dla mnie niczym delikatne, unikalne kwiaty, które należy pielęgnować wciąż od nowa, bo są tego warte. Są przecież częścią mojej prawdziwej historii.
Kończę… Ekran przysłania mi mgiełka utkana nie tylko z moich wspomnień.
Babcia na wiosnę
Niebo włożyło turban obłoczny z jaskółką,
Jabłonie stoją w wielkich kapeluszach z kwiatów
Szeptania-pogłaskania lecą z pyłem kwiatów
Omijając twarz moją jako liść pożółkłą.

Lipy stroją się w jedwab zielony i nowy,
Jak biżuteria szczęścia płoną sznury kwiatów
Pocałunki żeglują na muzyce kwiatów
Mijając moją szyję w szaliku włóczkowym.

Zamknę najszczelniej serce przed śpiewem słowika
I pójdę przez gąszcz kwitnień, rozkwitów, kwiatów,
Przez chmury całowanych, kołysanych kwiatów,
Nie śmiąc przypiąć do piersi fijołka czy storczyka.

Pod modną parasolką świat w śmiechu się trzęsie.
Patrzy zabójczym okiem zza bukietu kwiatów,
Ma we krwi wszystkie wonie, wszystkie gwiazdy światów,
I ma mnie, jak bezwiedną, zimną łzę na rzęsie.
Maria Pawlikowska-Jasnorzewska

niedziela, 19 maja 2019

Majowe tęsknoty

Majowe świty pachną słodko,
gdy słońce radość intonuje; 
brzask się zakrada w moje okno, 
obłoki stroją się w purpurę. 
Rozwieszam na nich swoje wiersze,
w odcieniach różu im do twarzy, 
wiatr je potarga zwiewnym gestem, 
by mogły lepiej się rozgwarzyć 
ciepłotą uczuć, którą z rana 
chciałam cię dzisiaj obdarować. 
Melodia wersów delikatna,
refren powtarza się w dwóch słowach. 
A kiedy dzień na dobre wstanie, 
usłyszysz z góry lekki poszum; 
strofy miłością rozśpiewane 
sfruną do ciebie, jak puch z topól.
Ewa Pilipczuk 
Majowy czas upływa bardzo szybko. Staram się w jednak w tej codziennej gonitwie zatrzymać się, rozejrzeć się i zachwycić tym czym dookoła czaruje nas majowa natura.
Miło jest móc nacieszyć się kolorami i zapachami kwiatów, zielenią drzew i trawników, porannym śpiewem ptaków. Każdą chwilę chciałabym zatrzymać na dłużej. Jednak z tygodnia na tydzień wszystko dookoła w przyrodzie się zmienia. Podobnie jak w naszym życiu. Bzy już przekwitły, spadają płatki tulipanów, nie ma już nieśmiałych konwalii..... Na szczęście są zachwycające barwą i zapachem piwonie, a także moje ukochane irysy. Za chwilkę jak co roku na moje imieniny zakwitną róże.
Ale to wszystko się zmienia, biegnie do przodu. Dlaczego nikt i nic nie chce się zatrzymać? Żyjemy w miastach, codziennie wykonujemy praktycznie te same czynności, ale brakuje nam czasu aby zatrzymać się i zastanowić dokąd to nasze życie zmierza. Gonimy za sukcesem, pieniądzem i zapominamy o rzeczach ważnych. A przecież czasami tak mało nam do szczęścia potrzeba. Wystarczy uśmiech, dobre słowo,. zapach kwiatów, szum wiatru...
Może powinnam zatrzymać czas i wszystkich biegnących do przodu? A może wystarczy tylko wyrzucić wszystkie zegary, bo chwili raczej nie złapię? 
A może to ja powinnam uciec do miejsca, gdzie czas płynie wolniej, a może po prostu zatrzymał się? Ale czy jest takie miejsce na ziemi, gdzie nie ma wyścigu szczurów i człowiek żyje w zgodzie z naturą?
Tak wiem, co niektórzy o tym myślą "Dużo piszesz o tym co byś chciała...a co się nie zdarza". 
Niestety nie zawsze z daleka wszystko wygląda na takie proste. Niedawno siedziałam sobie na zakręcie, nie mogłam go minąć, aby zobaczyć co jest dalej. Patrzyłam jak wszyscy przebiegają obok i mało kto przysiada obok mnie. To też nie było dobre. Czasem nie da się zrealizować do końca tego, co by się chciało. A chciałabym po prostu szybkim, pewnym krokiem wędrować po ścieżkach mojego życia, mając również czas na podziwianie świata dookoła.  Ale jak już minęłam ten ostatni zakręt i wyszłam na prostą, to porwało mnie pędzące życie. Zazwyczaj na koniec tygodnia udaje mi się wyrwać z jego ramion i na jakiś czas zatrzymać. Ale i tak jest chwila...   
Mijam ludzi co w pośpiechu potrącają promień słońca
biegnący w darze ciepła
są jak rozrzucone liście
które poszybują podniebnym lotem
poza zasięg naszych myśli
niespokojne podmuchy wiatru
zasypują ich oczy kurzem
jakby nie było gwiazd
które iskrami potrafią rozpalić nadzieję
Chciałabym podnieść każdy liść
i promień poskładać na nowo
i kurz zamienić w gwiazdy
ale ich bieg wytraca z ręki
kolejny promień słońca
Basia Wójcik
Często obserwuję pociągi przejeżdżające obok mojego bloku. Niedaleko mojego Domu także słychać gwizd lokomotyw. Także w moim miasteczku, w domu moich dziadków słychać było przejeżdżające pociągi. 
Jak słyszę i patrzę na pociągi, to zastanawiam się czy mkną do tego mojego miasteczka, do mojego dzieciństwa.
Chętnie już dzisiaj wsiadłabym ponownie do pociągu i pojechała tam. Teraz w maju musi być tam naprawdę pięknie. Co prawda ogródka moich dziadków już nie ma, ale chętnie powędrowałabym uliczkami ich miasteczka.
Jako dziecko nie wyobrażałam sobie, że wakacje mogłabym spędzić gdziekolwiek indziej. Z chwilą wybrzmienia ostatniego dzwonka mama pakowała nam walizkę i odwoziła do babci i dziadka. Do dziś to mieszkanie, ta działka są dla mnie kwintesencją wakacji, odpoczynku, beztroskiego czasu dzieciństwa.
Niestety to minęło, nie mam już tam prawie nikogo.
Jednak przejeżdżające pociągi wywołują tęsknotę, potrzebę rzucenia tego wszystkiego i ucieczki do ukochanego miejsca.
Może więc w końcówce maja zafunduję sobie taką wycieczkę w prezencie? 
Chcę uciec!
Do miejsca, w którym cisza i spokój.
Chcę uciec!
Tam, gdzie wykrzyczeć można ból,
który w sercu drzemie.
Chcę uciec!
Gdzie za przeszłość
oceniać mnie nie będą.
Chcę uciec!
Z miejsca, w którym plotki
to życie każdego.
Chcę uciec !
Ze świata rzeczywistego.
znalezione w Internecie