środa, 20 czerwca 2018

Pozostaną wiersze


Co to za dzwonek?
A to w tej rynnie.
A to muzyka deszczowa płynie.
A to na dachach, jakby na bębnach,
dudni, dudni ulewa wiosenna.
Tłucze o szyby wesołym deszczem,
bębni kroplami jeszcze i jeszcze.
I na listeczkach gra z całej duszy,
aż rozkrzyczane słowiki głuszy

W niedzielę 17 czerwca zmarła Joanna Kulmowa, jedna z największych osobowości polskiej literatury. Pisała wiersze i sztuki teatralne dla dzieci, a także słuchowiska, scenariusze telewizyjne, powieści, opowiadania, poezję. Na jej utworach wychowały się pokolenia Polaków. Była też aktorką i reżyserką. Miała 90 lat.
Wydała kilkadziesiąt tomików wierszy, spośród których młodsi czytelnicy znają „Zimowe słowiki”, „Krześlaki z rozwianą grzywą”, „Garbatą modlitwę” czy „Dębołki”. Starsi – m.in. „Fatum na zakręcie”, „Boże umieranie”, „Zawiązki”, „Suplement mój” i „Moją pełnię, czyli wiersze lubiane” oraz autobiografię „Ciułanie siebie”. W 2008 r. za wybór poezji „Kulmowa dzieciom” Joanna Kulmowa otrzymała Literacką Nagrodę m.st. Warszawy. Ostatnio opublikowała tomik „Moje żarty” z utworami z lat 1957-87. 

Mały wietrzyk wiosenny
ledwie w drzewach zaszumi,
ledwie w krzakach zamruczy.
Jeszcze gwizdać nie umie,
jeszcze się uczy.
Znalazł szczerbę w płocie-zaświtał.
Znalazł listki-zapiał na listkach.
Czasem w suchych gałęziach zatrzeszczy.
Czasem nuci,gdy zagra mu deszczyk.
Albo szemrze w zeszłorocznej trawie.
Albo szepce tak, że milczy prawie. 
Ludzie mówią wtedy; nie wietrzyka.
A on jest.
Tylko słucha słowika.
To była moja ulubiona poetka, której wiersze często cytowałam.
Jej wiersze były niepowtarzalne. Szumiły w nich lasy, brzozy, wierzby, świerki, buki, dęby, sosny zaś pachniały żywicą, poza tym zieleniła się łąka, dojrzewały poziomki na polanie, rósł piołun, mięta, bylica i pokrzywy; brzęczały pszczoły, wędrowały biedronki, śpiewały drozdy, kosy, słowiki, a także „rudzik wielkooki".  Jej wiersze pełne inwencji językowej i słów, takich jak „kołdrelie” czy „krześlaki”.
Czarna krowa w kropki bordo
gryzła trawę kręcąc mordą.
A nieprawda: wcale nie gryzła.
Huśtała sie na drobnych listkach.
A nieprawda: nie kręciła mordą.
Przechadzała się stokrotką wiotką.
Wzlatywała do samego słońca
bo to była krowa fruwająca.
Cała bordo.
Cała w czarnych kropeczkach.
Piegowata krówka: biedroneczka.

Jaka była?  
Najpiękniejszy autoportret stworzyła w wierszu „Jaka jestem”

Jaka jestem?
Czasami wysoka wysoka
obłoki szarpię rosochatą głową
porastam igłami
korą sosnową.

Czasem
drobna drobinka
biedronka
pod krzewinkami borówek się błąkam
i myślę że są całym lasem.

Czasem
jestem płomieniem o gorącym jęzorze
śpiewam
pachnę ogniskiem.

Czasem jestem
zielonkawym morzem.
W oczach wyspy dalekie i bliskie.

A czasem jeszcze – 
najchętniej najczęściej – 
jestem jak niebo szerokie
najszersze
co obejmuje wszystko i jest wszędzie.

Warto też  pamiętać o tym co mówiła

Poeta to człowiek, który nie zgubił swojej dziecięcej głupoty

Trzeba nie przestawać być dzieckiem. To nieprawda, że literatura dla dzieci musi być taka jak dla dorosłych, tylko lepsza. Musi być tak samo dobra. Kiedyś mówiono o literaturze pięknej i o innej. Teraz wszystko wkłada się pod pojęcie literatury. Jak czytam Leśmiana, to mam poczwórną przyjemność – znajduję tam obraz, słowo, pojęcie, myśl. Wszystko. W „Harrym Potterze” tego nie znajduję. Myślę, że wiele zawiniła tu literatura dla dorosłych, sięgając po rozmaite „czarodziejstwa”. Przeszło to w tej chwili na dzieci, bo dorośli dają dzieciom łykać to, co sami są w stanie strawić.

Często wpycha się mnie do szuflady z napisem "poezja dziecięca", a przecież to niewiele znaczy. Poezja dziecięca i poezja dorosła to różne obszary tej samej osobowości. Tyle tylko że kiedy piszę dla dzieci, to piszę dla tego dziecka, które jest we mnie. A kiedy piszę utwory dorosłe, to dla mojej części dorosłej. Pisałam wierszyki, będąc dzieckiem, i pewnie były to wiersze dziecięce oraz dziecinne. Kiedy dorastałam, pisałam dojrzałe wiersze dla dzieci i dla dorosłych. A kiedy w moim życiu pojawiła się gorycz i złość, zaczęłam pisać wiersze satyryczne i drukować je w "Szpilkach". 

Były pochwały, ale niewiele mam o nich do powiedzenia, bo choć je uwielbiam, to nie umiem ich słuchać - natychmiast mnie płoszą. Kiedy ktoś zaczyna mówić o mnie coś miłego, natychmiast znikam. Za to pamiętam połajanki. Na przykład Przybosia. Dziś nie robi to na mnie wielkiego wrażenia, bo rozumiem, że to nie jego gatunek. I w głębi serca uważam, że on i cała jego świta gardzili poezją melodyczną i rymowaną dlatego, że sami nie umieli jej pisać. Że wymyślili awangardę, bo nie potrafili pisać jak skamandryci. Pokazałabym chętnie wiersze Tuwimowi i jego zdania byłabym ciekawa, gdyby nie lęk.

Ostatnio odniosłam nawet sukces. Spytano mnie, czy Leokadia to prawdziwy koń, czy może przenośnia Pegaza. I tak długo podsuwałam im sugestie, że któreś dziecko w końcu się domyśliło. "Wiem! Leokadia to pani!" - wrzasnęło. "Tak - odpowiedziałam. - A jeśli wyjrzycie przez okno, to zobaczycie również Alojzego, mojego woźnicę". Bo Janek nie lubi przychodzić na moje spotkania. On woli ze mną rozmawiać. Dlatego zawsze czeka na zewnątrz. 

Widzę w lustrze jakąś babcię... Mogę się nawet do niej uśmiechnąć, bo nie jest mi niesympatyczna, ale to nie jestem ja. To tylko opakowanie.  Ja jestem w środku i się nie zmieniam, mam ciągle dziesięć, piętnaście lat. „Ja” to mały punkcik, z którego wyrasta ogromny bąbel świata naokoło mnie. 

Kto tak jak Joanna Kulmowa potrafi patrzeć na świat? Kto ze współczesnych poetów potrafi tak rymować i bawić się wersem, rytmem, a nawet interpunkcją, bezbłędnie słysząc muzykę słów? Kto tak lekko, z uśmiechem, umie przechodzić od konkretu do abstrakcji?
W jej wierszach jest czar i urok, dzięki którym wracamy do nich często. Jest w niej tak niezwykłe podejście nie tylko do małego czytelnika.
UDAWANIE
Żaby udają liście
a liście -
zielony obłok.
Chmury
udają góry.
Góry -
rzekę co płynie obok.
Rzeka śpiewa jak świerszcze.
Świerszcze
to są flety na łące.
Flet naśladuje słowika.
A słowik -
żabi koncert.
Każdy okropnie się stara
udawać kogo innego.
Tylko ja
umiem być wszystkim naraz -
fletem
żabką
sobą
świerszczem
i rzeką.
Czytajmy dzieciom te wiersze pełne zachwytu światem, i sami - mimo że już dorośli, zachwyćmy się Jej zachwytem.
Kto raz pokochał Kulmową, zostanie z nią na zawsze.
Podpisuję się pod tym stwierdzeniem obiema rękami. 
Co to jest radość?
Niebo, kiedy nagle w kałuży zaświeci.
Ciepły wiatr
niespodziany,
Co nam wybiega naprzeciw,
I jeszcze:
wcześnie rano chleb,
kiedy słońce w ostrzu noża tuż obok.
I ni stąd, ni zowąd,
twój uśmiech,
mój uśmiech.
I tam w górze, dziko rozpędzony
obłok.
Radość mała
i radość wielka:
wielka jak sztandarów mokrych furkotanie,
mała
Jak czerwona kropelka
biedronki
na białym tulipanie.

poniedziałek, 11 czerwca 2018

Historie opowiedziane szeptem

WSCHÓD SŁOŃCA W PUSZCZY
Zarumieniony w poranku jesiennego chłodzie,
Pierwszy promień wystrzelił do góry na wschodzie,
Przebił z trudem zaporę rozlanej mgławicy
I dzień wieścić biegł w knieje lotem błyskawicy.
Majestatyczny, wielki stał pośród polany
W brzasku słońca Król Puszczy, jakby zadumany,
Ocknął się, potrząsł brodą, rozpalił źrenice
O przed bóstwem dnia schylił rogów półksiężyce
Co tydzień staram się oglądać program "Xięgarnia".
Jest to program poświęcony książkom i literaturze. Omawiane są w nim nie tylko najciekawsze nowości, ale także listy bestsellerów, wywiady, felietony. Zaproszeni goście polecają swoje ulubione książki. Autorzy książek opowiadają o swojej twórczości.
I taką książką proponowaną przez program, po którą natychmiast sięgnęłam w bibliotece była "Białowieża szeptem" Anny Kamińskiej.
Pewnie gdyby nie "Xięgarnia", to nie zwróciłabym na nią uwagi. Zapewne pomyślałabym, że zgodnie z modnym teraz nurtem ekologicznym, będzie to książka bardziej przyrodnicza, pełna opowieści o świecie zwierząt i roślin. „Białowieża szeptem” to reportaż i nie znajdziemy w nim ani żubrów, ani puszczy. To książka o ludziach, przyrody nie ma tam za wiele, a jeśli jest, to stanowi tylko tło dla człowieka. W momencie, kiedy z powodu wycinki drzew oczy wielu z nas są zwrócone w stronę białowieskiej puszczy, reporterka pokazuje nam ludzi, o których właściwie nic nie wiemy.
To wyjątkowa, ale mało optymistyczna książka.
Historie, które opowiada Anna Kamińska, czyta się bardzo dobrze. Autorka potrafi słuchać mieszkańców Białowieży, którzy mają do opowiedzenia dużo ciekawych historii, zwyczajnych, osobistych, niejednokrotnie wstydliwych, zapomnianych, ale i tragicznych. Opowiadają o sobie, o rodzinie, znajomych albo legendarnych mieszkańcach Białowieży. Snują opowieści o wszystkim, o czym na co dzień nie mówią. Są za to rodzinne, bardzo osobiste historie, ukrywane przed światem przez wiele lat. Dlatego też w tytule książki pojawia się słowo „szept”. Bo o tym, o czym przeczytamy w książce Kamińskiej, nikt głośno nie mówi: o zamordowaniu żony przez męża, o przemocy w rodzinie, o alkoholizmie, z którym rodziny borykają się od pokoleń, o dramatach dzieci, o wojnie...



Kamińska tych szeptów wysłuchała i napisała niezwykły reportaż, gdzie ludzie i przyroda żyją razem, przenikają się i współzależą od siebie całkowicie tworząc niezwykły świat. I tak poznajemy tutaj m.in. ostatniego bartnika w Białowieży, człowieka posługującego się czarną magią oraz innego, który siał przez lata postrach w tej miejscowości, carskiego ogrodnika, najbardziej znanego w okolicy kłusownika czy reportera, który Białowieżą zachwycił się prawie sto lat temu. Są też tutaj znakomite opowieści o wielkiej wycince lasu w 1922 roku i o rabunkowej gospodarce tego terenu przez Anglików, o ludziach mieszkających w ziemiankach, o rodzinach i małżeńskich zwyczajach, które budzą grozę czy o polowaniach z udziałem Hermanna Göringa. Prawdziwe opowieści czasem mieszają się tutaj z legendami, czasem bywają niespójne, podkolorowane przez rozmówców, czasem niedokładnie zapamiętane, ale dzięki temu całość jest bardziej wiarygodna, a autorka uchwyciła niepowtarzalny klimat tego miejsca.
KSIĄŻĘ PUSZCZY
Noc jasna, - w konarach sosen płyną szmery
Cichutkie, cichuteńkie, jak polot chimery,
Czasem szyszka w mech spadnie z wyniosłej smreka głowy,
Lub ponure się ozwie gdzieś wołanie sowy.
Sza!... Trzasnęła gałązka, błysło oczu dwoje...
Ryś, rabuś - wieczny tułacz wyszedł na rozboje.
Przystaje niespokojny, coś wietrzy... wnet zbacza.
Ruszył chyłkiem za tropem starego rogacza
Znajdziemy tutaj wiele pięknych historii, ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że książka tak naprawdę jest bardzo smutna.
Ci wszyscy ludzie, żyjący w Białowieży i w okolicach, obserwują na co dzień zupełnie inną rzeczywistości, niż turyści i przyjezdni. Kamińska pisze o biedzie, o zapomnianych zawodach, o końcach wielu rzeczy. Pisze o przemocy, kłusownictwie, pijaństwie, o ludziach zatrzaśniętych w tym małym białowieskim świecie jak w jakiejś pułapce, nie umiejących się z niego wyrwać. Po prostu taka była ówczesna rzeczywistość, tak wyglądało życie w Białowieży. Historia Białowieży jest niesamowita, jednak Kamińska mocno podkreśla, że dla mieszkańców przeszłość to coś, o czym nie należy mówić.
Dlatego autorka opowiada szeptem, pokazując nam świat, którego już nie ma albo który za chwilę zniknie. Mieszkali tam wyjątkowi ludzie, którzy i robili niesamowite rzeczy.
„Wiedźmar” był prawdziwym czarnoksiężnikiem, „Mordala” – zapalonym kłusownikiem, Filimon Waszkiewicz – ostatnim bartnikiem. lekarka Olga Nieścierowna miała własny rower za całodobową karetkę pogotowia. Halinę Kopalińską,wychowawczyni w domu dziecka, do Białowieży rzuciła burzliwa historia XX wieku, która odebrała jej męża i majątek pod Wilnem, zaś Jan Potoka – późniejszy hodowca żubrów – przetrwał dziesięć lat łagru tylko dzięki nadziei, że jeszcze kiedyś wróci do Puszczy.
Jest też opowieść o carskim ogrodniku „Makarze”, który był oddany roślinom, hodował, szczepił, eksperymentował, a najbardziej ukochał sobie róże. Jak wspominają sąsiedzi – jego dom tonął w kwiatach.
Podobnych „kolorowych ptaków” było znacznie więcej… Prawosławnych, katolików, Żydów i partyjnych. Drwali i ekologów. Jedni poświęcali życie, by chronić las, inni bez skrupułów go ograbiali. Wszyscy nierozerwalnie związani przez los z Puszczą.
Młody reporter Józef Mackiewicz, obserwując niszczycielską działalność kornika i masowy wyrąb lasu alarmował w 1922 roku - „Puszcza ginie!”
Kamińska dała im drugie życie, wyciągnęła z zapomnienia. Autorka opowiada o nich, rozmawia z ich dziećmi, wnukami, pokazuje też współczesnych mieszkańców – rodowitych białowieżan, tych z problemami z pamięcią, i przyjezdnych.
Kamińska z wieloma osobami już nie zdążyła porozmawiać, przy innych spotkaniach być może była to jedna z ostatnich szans, by kogoś wysłuchać.
Annie Kamińskiej udaje się oddać stan ducha odizolowanej wspólnoty. W życzliwej pamięci zachowującej cara, tęskniącej za jego zburzonym pałacem czy minionym stylem mordowni Sarenka.
Są także wątki bardziej współczesne, pokazujące próbę zadbania o przeszłość i zabytki, często niestety zapomniane i zaniedbane. To głównie przyjezdnym się chce coś zrobić. To oni paradoksalnie bardziej doceniają historię i starają się ją zachować.
Książka opatrzona jest pięknymi, starymi zdjęciami.
"Białowieża szeptem" to ciekaw , piękna książka. Kamińska tak prowadzi swoją opowieść, że nie można się od niej oderwać. Udało się jej uchwycić klimat tego miejsca, życia w nim, codzienności, a przede wszystkim ludzi z nim związanych. Jest pełna przeszłości i jej ulotności, którą bardziej się wyczuwa niż widzi. Jest przypomnieniem o dawnej Białowieży. Jednak wyłania się z tej książki również obraz Białowieży jako miejsca przeklętego. Miejsca, które warto odwiedzić i które przyciąga, bo jest tam pięknie. Ale żeby być szczęśliwym, trzeba mieszkać gdzie indziej.
PUSZCZA
Czy widziałeś te sosny tak dumnie wyniosłe,
I świerki niebotyczne, i dęby, porosłe
Mchem brodatym od podstaw aż hen pod sklepienie,
Stare lipy - olbrzymy, co są jak marzenie?...
Czy widziałeś jak zwartą gromadą od ziemi
Młodzieży bujnej legion pnie się za staremi?...
A czyś wiosną podsłuchał tam cudną pieśń głuszca?...
Nie?..
Idź, usłysz i obacz - poznasz, że to puszcza.
autor wierszy Jan Jerzy Karpiński

środa, 30 maja 2018

Nie tylko Boże Ciało

Na Boże Ciało
Majowe świty pachną słodko,
gdy słońce radość intonuje;
brzask się zakrada w moje okno,
obłoki stroją się w purpurę.
Rozwieszam na nich swoje wiersze,
w odcieniach różu im do twarzy,
wiatr je potarga zwiewnym gestem,
by mogły lepiej się rozgwarzyć
ciepłotą uczuć, którą z rana
chciałam cię dzisiaj obdarować.
Melodia wersów delikatna,
refren powtarza się w dwóch słowach.
A kiedy dzień na dobre wstanie,
usłyszysz z góry lekki poszum;
strofy miłością rozśpiewane
sfruną do ciebie, jak puch z topól.
Ewa Pilipczuk
Majowy czas upływa bardzo szybko. Staram się w jednak w tej codziennej gonitwie zatrzymać się, rozejrzeć się i zachwycić tym czym dookoła czaruje nas majowa natura.
Miło jest móc nacieszyć się kolorami i zapachami kwiatów, zielenią drzew i trawników, porannym śpiewem ptaków. Każdą chwilę chciałabym zatrzymać na dłużej. Jednak z tygodnia na tydzień wszystko dookoła w przyrodzie się zmienia. Podobnie jak w naszym życiu. Bzy już przekwitły, spadają płatki akacji, nie ma już nieśmiałych konwalii..... Na szczęście są zachwycające barwą i zapachem piwonie, a także moje ukochane irysy. Punktualnie jak co roku na moje imieniny zakwitają róże.
Ale to wszystko się zmienia, biegnie do przodu. Dlaczego nikt i nic nie chce się zatrzymać? Żyjemy w miastach, codziennie wykonujemy praktycznie te same czynności, ale brakuje nam czasu aby zatrzymać się i zastanowić dokąd to nasze życie zmierza. Gonimy za sukcesem, pieniądzem i zapominamy o rzeczach ważnych. A przecież czasami tak mało nam do szczęścia potrzeba. Wystarczy uśmiech, dobre słowo,. zapach kwiatów, szum wiatru...
Może powinnam zatrzymać czas i wszystkich biegnących do przodu? A może wystarczy tylko wyrzucić wszystkie zegary, bo chwili raczej nie złapię?
A może to ja powinnam uciec do miejsca, gdzie czas płynie wolniej, a może po prostu zatrzymał się? Ale czy jest takie miejsce na ziemi, gdzie nie ma wyścigu szczurów i człowiek żyje w zgodzie z naturą? Może jutro w prezencie imieninowym powinnam pojechać do takiego miejsca?
Chcę uciec daleko stąd,
Tak gdzie nikt mnie nie znajdzie...
Tam gdzie nikt mnie nie zna...ucieczka.jpgDlaczego? Bo tam będę szczęśliwa!
Poszukuję...
Bo wiem, że gdzieś jest moje miejsce,
Bo wiem, że ono będzie dla mnie szczęściem...
Bo wiem, że będę tam sama...
A oni? Ich tam nie będzie!
Chcę uciec daleko stąd....
Tam gdzie nikt mnie nie pozna...
Tam gdzie nikt mi nie zada cierpienia...
Dlaczego? Bo tam będę szczęśliwa!
Znalezione w Internecie
Niedługo czerwiec w pełni rozdzwoni się białymi i fioletowymi dzwonkami. Ale to nie jedyne dzwonki, które w tym okresie możemy usłyszeć. Jutro zabrzmią jeszcze te w kościołach oraz na trasach procesji.
Boże Ciało podobnie jak inne święta - Pasterka, Rezurekcja, Droga Krzyżowa... - jest dla mnie czymś doniosłym, a zarazem też prostym.
Piękna jest prosta, polska tradycja, która tak łatwo trafia do mojego serca i jak co roku o różnej jego porze potrafi wywołać łzy.
Boże Ciało zapomniany już czas święcenia roślin. Dla mnie to jedna z najpiękniejszych ludowych tradycji. Dziś kwiaty święcimy głównie 15 sierpnia na Matki Boskiej Zielnej. W dawnych czasach robiono to również w oktawie Bożego Ciała. Obecnie Boże Ciało kojarzy się nam z procesjami. Tylko w niektórych miejscowościach w ostatni dzień oktawy Bożego Ciała przynosi się do święcenia tradycyjne, własnoręcznie uplecione wianki.
Dawniej wierzono, że wianki mają ochronną moc. Dlatego przynoszono je do kościoła przed końcem oktawy, aby wisząc tam, tej mocy nabrały. Potem wieszano je na drzwiach prowadzących do domu, nad nimi lub na ścianach budynków gospodarczych. Często jedna rodzina plotła wiele takich wianków czasem każdy z innej rośliny. Ważne było, aby była ich nieparzysta liczba.
Podkładano je też nieopodal zboża, aby odgonić gryzonie. Wianki szczególne znaczenie miały podczas burz z błyskawicami, powszechnie wierzono, że chronią od uderzenia pioruna. Wówczas kruszono rośliny z wianka i okadzano nimi dom.
Boże Ciało przypomina mi też o przydrożnych, czasem już zapomnianych kapliczkach. Chociaż czasem ktoś, zapewne bardzo prosty, o nich pamięta, ktoś o nie dba starając się uczynić to miejsce jeszcze piękniejszym.
Dlatego nie przeszkadzają mi sztuczne kwiatki, czy też kiczowate figurki. Tu nikt się nie martwi, aby wszystko się razem komponowało, pasowało do siebie. Ważne są uczucia, to co chcemy ofiarować. Zdanie i opinia innych są całkowicie nieważne. Tylko pozazdrościć takiego podejścia do życia, bo przecież my wszystko robimy na pokaz, aby tylko inni to zaaprobowali. Prości ludzie, wychowani w tradycyjnej wierze wydają się być lepsi od nas, żyjących w zakłamanym świecie.
Dlatego staram się wykorzystać każdą możliwość, aby uczestniczyć w takim prostym misterium. To mnie dowartościowuje, ale także przenosi w inny lepszy świat.
Każdego dnia staram się odmówić przed snem prostą modlitwę. Tak wiem, mamy tyle pięknych modlitw, jednak jak często je „klepiemy", automatycznie przesuwamy paciorki różańca i myślami jesteśmy gdzie indziej? Nie możemy się więc wówczas dziwić, że nasz Anioł nas nie słucha.
A przecież proste słowa są najszczersze, wypływają prosto z serca. Prosta prośba jednoczy ludzi i sprawia, że Bóg nas wysłucha.
Moja babcia, często przy codziennych pracach śpiewała pieśni religijne. Jeszcze o tylu latach jej głos dźwięczy mi w głowie. Ponoć prosta wiara śpiewa, a śpiewając modlisz się dwa razy. Może powinnam zacząć naśladować moją babcię, aby prosta tradycja rodzinna nie zaginęła? Przecież czasem wracając z kościoła często nucę usłyszane tam pieśni. Dlaczego więc nie przynoszę ich do domu? Może dlatego, że nie mam ich tam komu przekazać dalej? Ale przecież czy to jest najważniejsze? Czyż nie modlę się dla siebie, po to, aby być wy słuchaną przez Kogoś tam na górze? Chciałabym nauczyć się takiej prostej wiary, którą miała moja babcia.
Kapliczka
W przydrożnej kapliczce
zatrzymał się Chrystus,na dłużej
przymyka powieki
znużony po długiej podróży
On dla nas się trudził
i przy nas się zechciał zatrzymać
odnalazł swe miejsce
wśród ludzi co są jak rodzina
Gdzie każdy życzliwy
jest zawsze dla swego sąsiada
przystanie, przysiądzie
by chwilę zwyczajnie pogadać
Więc dobrze też będzie
wśród ludzi Synowi Bożemu
tu wszyscy życzliwie
zwracają swe twarze ku niemu
Z miłością wpatrują się
w Jego oblicze niezmiennie
modlitwą na ustach
swój trud uświęcają codziennie
Błogosław nam Panie
z kapliczki przydrożnej, chociażby
pozostań tu z nami
gdzie sercem kieruje się każdy
Nie mamy przed Tobą
nikogo od Ciebie milszego
będziemy w pokoju
dla serca spokoju żyć Twego.
Znalezione w sieci

czwartek, 24 maja 2018

Boso do szczęścia

Róża
W tym parku pobladłym,
bez śmiechów i gości,
przy róży rozkwitłej stoję.
Otośmy jedynymi świadkami piękności -
ja jej, a ona mojej.
Maria Pawlikowska-Jasnorzewska

Tak jest każdego roku o tej porze. Także w tym roku róża zakwitła dla mnie pod koniec maja. Jestem w moim Domu, w jego zaczarowanym ogrodzie. Na te ostatnie dni majowe postanowiłam zapomnieć o codzienności, życiu... Chcę odpocząć, wrócić z nową siłą do życia. Jednak tak do końca nie to nie jestem pewna, czy tak naprawdę chcę wrócić do tego, co zostawiłam na ten tydzień za sobą. Jednak przywiozłam ze sobą bagaż obaw, lęków, niepokojów, który zostawiłam u furtki, z nadzieją, że może ktoś go zabierze. Niedługo będę świętować urodziny mojego Domu, święto mojej mamy i na koniec majowych dni moje imieniny. Może w Boże Ciało uda mi się wyjść "na pola", narwać kwiatów i sprawdzić, czy cywilizacja znowu nie zabrała kolejnej wolnej przestrzeni.
To trochę smutne, że zapominamy o świeceniu roślin w Boże Ciało. Dla mnie to jedna z najpiękniejszych ludowych tradycji. Dziś kwiaty święcimy głównie 15 sierpnia. Dawniej robiono to również w oktawie Bożego Ciała. Obecnie Boże Ciało kojarzy się nam tylko z procesjami. Ale to święto dopiero za parę dni.
Teraz chciałabym delektować się moim szczęściem, jakby było dobrze przyrządzonym koktajlem, drinkiem. Sączyć je powoli, aż do ostatniej kropli na dnie szklanki.
Dlatego chwytam każdą piękną chwilę w Domu, ogrodzie i staram się jej tak prędko nie wypuścić.
Każdy dzień tutaj jest idealny. Każdego ranka, gdy Dom jeszcze śpi, wychodzę na słońce, patrzę z zachwytem na błękitne niebo, puszyste chmury do których chciałabym się przytulić i położyć głowę.
Tylko brać
Jak pięknie jest rano,
gdy jeszcze nie wszystko się stało,
i wszystko może się stać,
tylko brać.

Jak pięknie jest wiosną,
gdy jeszcze nie wszystko wyrosło,
i wszystko może się stać
tylko brać, tylko brać...

Jak pięknie jest w maju,
Gdy ryba się kąpie w ruczaju
i wszystko może się stać,
tylko brać.

Jak pięknie jest rano,
gdy jeszcze nie wszystko się stało,
i wszystko może się stać,
tylko brać, tylko brać, tylko brać...

Jak pięknie bywa na wiosnę,
gdy ziarnko bawi się w sosnę,
kamień pod łodzią, łódź z powodzią,
koza się śmieje z osłem...

Jak pięknie jest rano,
gdy jeszcze nic się nie stało,
i wszystko może się stać,
tylko brać, tylko brać.
Agnieszka Osiecka
O świcie powietrze pachnie świeżością, słońce powoli wspina się coraz wyżej, a ukryte w trawie krople rosy w południe powoli parują tworząc lekkie, ledwo widoczne jak pajęczyna obłoczki mgły.
Jak dobrze, że moja mama rano jeszcze śpi. Zawsze w takich chwilach strofuje mnie niczym małe dziecko. Nie może patrzeć spokojnie, gdy biegam biegam boso
trawie okrytej błyszczącą pelerynką utkaną z chłodnych, w tym roku wyjątkowo, kropel rosy.
Przez większość życia wkładam na stopy skarpetki. Wciskam je w różne rodzaje obuwia. Bo jak inaczej? Przecież powszechnie wiadomo, że boso to nienaturalnie, niewygodnie, nieelegancko i niezdrowo. Dlatego tak trudno sobie wyobrazić, że są ludzie, którzy chodzą na bosaka. Butów nie noszą nie tylko na spacerach po trawie i na plaży, ale nawet wtedy, gdy idą do pracy, po codzienne sprawunki, do znajomych... Twierdzą, że życie bez butów jest znacznie wygodniejsze.....
A przecież jako czarownica instynktownie wiem, co jest dobre.
Medycyna ludowa, naturalna wiąże leczenie z bezpośrednim kontaktem z Naturą, Ziemią. Właśnie chodzenie boso jest jedną z takich metod leczenia.
Kontakt z Ziemią ma działanie psychoterapeutyczne. Wystające kamyki, trawa, grudki ziemi masują stopy, czyli jest to swego rodzaju akupresura stóp. Chodzenie w obuwiu sprawia, że stopy stają się wrażliwe i nieodporne na czynniki zewnętrzne, co jest przyczyną wielu schorzeń. Chodzenie bez obuwia stymuluje pracę wszystkich organów i reguluje krążenie krwi. Chodzić boso mogłabym chodzić od wiosny do jesieni. Skarpetki zakładałabym tylko wieczorem, przed pójściem spać. bez nich raczej nie zasnę.
Zostawiam wszystkie moje myśli daleko za sobą, bym mogla iść nawet boso po rosie o poranku
Zostawiam wszystkie swe złe myśli, bym mogła cieszyć się dobrymi
Zostawiam wszystkie swe myśli, które zatruwają mnie...
Znalezione w Internecie
O zmierzchu, gdy dzień ma się ku końcowi, a kolory blakną pod naporem nadchodzącej nocy, siadam na huśtawce i patrzę jak idealny dzień kapituluje przed nocą.
Spoglądam na gwiazdy, którymi obsypane było niebo. Migoczą nie zwracając na mnie uwagi, zajęte swoimi gwiezdnymi sprawami. Jak niewyobrażalnie wielka odległość dzieli je od ziemi, choć jednocześnie wydaje się, że jeśli sięgnę ręka.....Siedz, kołysałam się i zastanawiałam się, kiedy na to miałam ostatnio czas.
To niesamowite jak miasto ogranicza świat. Jesteśmy zaprzyjaźnieni z betonem, elektrycznością i nic nie wiemy co straciliśmy. Miasto zagłusza wszystko. Łuna świateł przyćmiewa gwiazdy, a hałas głosy natury,
Tak, tu w Domu zawsze jest tak dobrze, bezpiecznie. Tutaj zanurzam się w szczęściu niczym w ciepłym, spokojnym morzu. Zamykam się tutaj jak w kokonie, przez który nie dociera do mnie szara codzienność.
Boso po rosie
Maj rozkwita radośnie
jak w bajce barwi świat cały
śpiewem dodaje barw wiośnie
serca radość dostały

już trawa zielenią się mieni
pąki na drzewach patrzą nieśmiało
niknie pejzaż już cieni
wonią wokół powiało

trawa leciutko już tańczy
kusi nieba obłoki
wiatr w ramionach swych niańczy
przejrzyste srebrne potoki

choć pójdziemy na łąki
tam gdzie wiosny spojrzenie
gdzie rozkwitły już pąki
jak bajkowe marzenie

pobiegniemy tam boso
kiedy ranek zawita
gdzie ze srebrną już rosą
maj znów będzie rozkwitał
Znalezione w Internecie

wtorek, 15 maja 2018

Konwaliowo

Nie musimy o to pytać fachowego ogrodnika,
Z amatorskich bowiem obserwacji już wynika,
Że konwalia jest wyraźnym przeciwieństwem słonecznika.
Jako drobny,
Skromny kwiat od urodzenia,
Nie pcha się na plaże pełne słońca,
Szuka raczej cienia.
A w tym cieniu,
Gdzie wokoło są konwalie inne,
Życie wiedzie typowo rodzinne.
Gdy się człowiek czasem spotka z konwaliami,
To tak wyglądają konwalie pod drzewami,
Jakby właśnie przyjechały na wycieczkę,
Żeby sobie w lesie odpocząć troszeczkę.
Wszędzie dzieci konwaliowe,
Mężowie
I żony,
Taki konwaliowy piknik na kocach zielonych.
Tyle, że nikt tu nie pije
I jajek nie pieprzy,
No i zapach od konwalii płynie dużo lepszy.
Chociaż niepokaźna taka,
Choć ma wzrost na dwóję,
To konwalia, mimo wszystko, pierwszorzędnie truje.
Takie jak ta wiadomostki
Przydać się nam mogą,
Bo wskazują jakie kwiaty dawać naszym wrogom.
A konwalie wypadają w dodatku niedrogo.
L. J. Kern
Dzień Niezapominajki? Chyba nie. W moim ogrodzie większość niezapominajek jest już wspomnieniem, a te które jeszcze kwitną straciły swój niebieski kolor, który wyblakł, a i zółte oczka straciły swój blask.
W moim Ogrodzie właśnie zakwitły konwalie, moje ulubione majowe kwiaty. Nie mogę przejść obojętnie obok tych uroczych dzwoneczków. Odkąd sięgnę pamięcią to zawsze zachwycał mnie delikatny i świeży zapach konwalii. Dlatego wczoraj musiałam postawić w moim mieszkanku mały bukiecik.
Dziś więc będę snuć opowieść o konwalii, utkaną z wiadomości z Internetu.
Konwalia to kwiat występujący najczęściej w północnej i centralnej części Europy. Tworzy rozległe kolonie w lasach, jednak równie chętnie bywa sadzona w przydomowych ogrodach. Na początku maja na zielonych łodyżkach pojawiają się białe dzwoneczki, których słodki zapach jest niezwykle intensywny.
Dlaczego konwalię nazywamy konwalią? W XV i XVI wieku roślinę nazywano Lilium convallium, czyli lilia z doliny. Nazwa ta była tak popularna, że przetrwała do dziś w języku angielskim jako Lily of the Valley. Ponieważ jednak mylono ją z Lilium candidum – lilią białą, Linneusz tworząc nazwę naukową nawiązał do okresu kwitnienia rośliny i wprowadził nazwę Convallaria majalis. Gatunek ten posiada wiele nazw zwyczajowych i ludowych: konwalia leśna, lanusz, lanka, lanuszka, końska grzywa, lilia podobna, gładysz, konwalilia, konwalyja majowa, kokoryczka, lanysz, majówka, padolna. Nazwa „konwalia” w języku polskim pierwszy raz spośród zachowanych źródeł użyta została w Zielniku Syreniusza (1613), a nazwa „konwalia majowa” – przez Pacewicza R. w wydanej w 1867 w Warszawie publikacji pt. Botanika treściwie zebrana dla młodzieży
Dawne wierzenia traktowały konwalię jako znak pomyślności, szczęścia i miłości. Znalazła również miejsce na obrazach poświęconych tematyce religijnej. Ułożenie kwiatów przypominało drabinę, dlatego też w średniowieczu mnisi nazywali konwalię „drabiną do nieba".
Do tej pory nie wiedziałam także, że są one nazywani łzami uronionymi przez Ewe wygnaną z raju.
Konwalia jest również obiektem innych legend na przykład jej białe drobne kwiaty stały się symbolem Matki Boskiej, nazywane łzami Naszej Pani, naszej Królowej. Konwalie wyrosły z łez, jakie wypłakała Maryja, gdy krzyżowano Chrystusa.
W dawnej Europie konwalię uważano za kwiat szczęścia, pomyślności i młodości. W mitologii germańskiej była atrybutem Ostary (Eostre), dziewiczej bogini wiosny. W języku kwiatów oznaczała nieśmiałość, była atrybutem młodych i zakochanych. Jako symbol czystości i skromności często pojawiała się w bukietach panien młodych. W ikonografii chrześcijańskiej jest jednym z kwiatów poświęconych Maryi. Białe kwiaty mają symbolizować jej miłość i niewinność oraz zbawienie świata.
Konwalia była też w średniowieczu symbolem wiedzy i sztuki medycznej. W średniowieczu i później pojawiała się na wizerunkach lekarzy i uczonych - na przykład Mikołaja Kopernika.
Przed pierwszą niedzielą maja we Francji zbierano w lesie konwalie i zdobiono nimi okna i drzwi domów. W kraju tym jest też tradycyjnie sprzedawana na ulicach w dniu 1 maja – w święto konwalii, podczas którego członkowie rodzin obdarowują się wzajemnie bukietami tych kwiatów. Tradycję tę także z terenu Niemiec ilustruje obraz niemieckiego malarza Franza Winterhaltera zatytułowany 1 maja 1851. W Niemczech podczas kwitnienia konwalii urządzano w lasach festyny ludowe, podczas których wrzucano kwiaty konwalii do ognisk jako ofiarę dla bogini wiosny.
Konwalie były wielokrotnie przedmiotem natchnienia artystów. O kwiatach tych pisali poeci, m.in. Joseph von Eichendorff i August Heinrich Hoffmann von Fallersleben. Książka i jeden z wierszy Adama Wiedemanna noszą tytuł Konwalia ponieważ autor znalazł analogie między swą twórczością a „symetrią, podwójnością i bliźniactwem” konwalii. Konwalia stała się także tytułową bohaterką jednej z ballad zespołu Queen („Lily of the Valley” z albumu Sheer Heart Attack). Odniesienie do kwitnących konwalii jako symbolu wiosny zostało użyte w piosence Đurđevdan zespołu Gorana Bregovica
Konwalia stała się od 1982 r. narodowym kwiatem Finlandii, znalazła się na rewersie fińskiej monety 10 penniä.
Konwalia
W jutrzennych łunach cała,
Wśród czarnych sosen wieńca,
Czeka konwalia biała
Na swego oblubieńca.
Las spłonął — w ogniach drżąca
Na trawach rosa stoi;
Wychodzi promień słońca,
Królewicz w jasnej zbroi.
"Czekaj tu na mnie mało,
O biały ty mój kwiecie,
Bo jeszcze dość zostało
Nocy na bożym świecie.
Złocisty miecz podniosę
Nad ziemią tą zaćmioną,
Potem pić przyjdę rosę
Na białe twoje łono".
Nad lasem chmura stoi,
Z zachodu idą burze...
Królewicz w złotej zbroi
Poszedł — i zagasł w chmurze.
"Dalekoż mi, daleko,
Słoneczko me, do ciebie!
Już zimne rosy cieką,
Już idzie noc po niebie!"
We łzach srebrzysta cała,
Wśród czarnych sosen wieńca,
Czeka konwalia biała
Swojego oblubieńca.
Maria Konopnicka
Konwalia jest też rośliną leczniczą.
Chińska medycyna korzeń i ziele konwalii stosowała już w starożytności do leczenia schorzeń naczyniowo-sercowych. W Europie już w średniowieczu leki z konwalii stosowane były w chorobach serca, epilepsji i bólach.
W XVIII wieku zanika stosowanie leków z konwalii. Zastępują je leki nasercowe z naparstnicy. Dopiero w 1929 r. odkryto glikozyd konwalatoksynę Odkrycie te spowodowało, że gatunek ten wrócił do użytkowania zielarskiego. Obecnie uważa się, że konwalia jako surowiec jest lepiej tolerowana niż naparstnica i wywołuje mniej działań ubocznych
Konwalia…
Wyciąg z konwalii wzmacnia osłabione serce,
Kiedy nierówno bije, waha się, ustaje.
(O, sam widok konwalii mógłby dziś uzdrowić,
Tej, co w kępach rozkwitu pod Bielańskim gajem…)

Naparstnica…
A gdy nam tu przyszło z tęsknoty umierać,
ratunkiem naparstnica, czyli digitalis…
(Nie zastrzyków z niej chcemy —
lecz niech ją ujrzymy,
tam gdzie, zroszona, kwitnie w rodzinnej oddali…)
Maria Pawlikowska-Jasnorzewska
W XVI wieku napary z kwiatów konwalii majowej w wodzie stosowano w celu złagodzenia skazy moczanowej. Napary w winie stosowano dla poprawienia pamięci oraz łagodzenia stanów zapalnych oczu. Lekarstwa te ceniono tak, że nazywano je „złotą wodą” i trzymano w złotych lub srebrnych naczyniach. Tworzenie leków w czasach elżbietańskich traktowano jak praktyki iście magiczne. Jedna z recept zaleca:
„Włóż kwiaty konwalii do szklanicy i postaw ją dokładnie zamkniętą na szczycie mrowiska na jeden miesiąc. Po tym czasie znajdziesz tam likwor, który użyty uciszy boleść spowodowaną przez podagrę”
W Rosji sokiem z kłącza konwalii dziewczęta nacierały sobie policzki, aby nabrały rumieńców. W lecznictwie ludowym kłącza i jagody stosowano dawniej przy leczeniu padaczki, kwiatów używano jako środka przeczyszczającego, wewnętrznie zażywano ziele przeciw skurczom. Sproszkowane kwiaty w formie tabaki zażywane były przeciw chronicznym katarom i przeziębieniom. 
Oczywiście na początku maja oprócz konwalii w moim Ogrodzie zakwitło wiele innych kwiatów. Ale ja tylko napiszę: maju, bądź tak dobry i każdego roku przybywaj do mnie z bukietem pachnących i nieśmiałych konwalii.
KONWALIE
W ustroniu zacisznym, śród grabów, leszczyny,
I świerków kępiastych, wysmukłej brzeziny
W balsamicznym zapachu poranku skąpana,
Jakby śniegiem pokryta, bieli się polana.
Morze, morze konwalii w dzwoneczków biel strojone!
Wiatr poruszył gałązki, wpadł w gąszcze spokojne,
Podchwycił hejnał puszczy, niosąc go w dal światu,
A z polany wionęło falą aromatu.
Jan Jerzy Karpiński