środa, 18 września 2019

Znane i nieznane, stare i nowe.....


Jestem wróciłam, urlop minął, nawet nie zauważyłam kiedy.
Trudno jednak tak od razu wtopić się z powrotem w codzienność. Nadal jestem zachwycona i odurzona pięknymi widokami, które jeszcze mam przed oczyma. Pełna jestem wspomnień.
Chyba nigdy się nie nauczę, że dobre chwile tak szybko mijają... Kolejne uciekły w przeszłość, a ja wciąż mam wrażenie niedosytu. A przecież jeszcze nie tak dawno z niecierpliwością czekałam na ten wyjazd.
Praga. To miasto, które dodaje mi energii i skrzydeł. Każdego roku jadę tam z radością, a ono wita mnie uśmiechem słońca na tle błękitnego nieba.
praga
praga nas witała deszczem
i historią starych kamienic.
kiedy przęsła mostu karola
wiązaliśmy gitar strunami,
złotych koron potoki znikały,
tyle barów było przed nami...

i spłynęły deszczu strugami,
wszystkie ulice starego mesta
spłynęły złotą pianą,

wszystkie bary malej strany.
a hradczanów mury tańczyły,
w księżyca świetle, w górze nad nami.

mala strana i stare mesto,
magią kusi złota uliczka.
staropramen, pilsner, budweiser,
śmiały do nas się z każdej gospody.
u kocoura, u hrocha, chimera,
tyle barów było za nami...

i spłynęły deszczu strugami,
wszystkie ulice starego mesta.
i spłynęły złotą pianą,
wszystkie bary malej strany.
a hradczanów mury tańczyły,
w księżyca świetle, w górze nad nami.
Mariusz Borowiec
Ale to nieprawda. Słońce wędrowało razem ze mną starymi uliczkami, czasem przeglądało się w oknach kamieniczek lub wodach rzeki. Nieraz miałam nawet wrażenie, że jest zbyt towarzyskie.
Ale deszcz także się pojawił. I dobrze. Padało, gdy miasto spało, po męczącym, upalnym dniu. Dzięki temu ranek był rześki i zachęcał do dalszych wędrówek
śpiąca Praga
Już północ głaz ciemności wlecze z dali.
już śpiące miasto w cień otula szary;
wszystko zamarło, mgła wyczynia czary.
ruch dzienny, zda się, zniknął w rzecznej fali.
Latarnia mętnie w oparach się pali
rząd czarnych klinów malują filary
na wodzie, słychać jej leniwe gwary,
jakby umarli w grobach rozmawiali.

Ciemnieją domy jak ruin szkielety.
majaczą wieże, mglą się drzew bukiety,
po które sięga ręka Nocy naga.

Nagle baśń stara w myśli się rozplata
staje woźnica w pustkach, strzela z bata
i mówi: „Tutaj była kiedyś Praga”.
Jaroslav Vrchlicky
O czym jednak mam dzisiaj wspominać? Nie chciałabym się powtarzać. Przecież każdego roku, o tej porze piszę o tym cudownym mieście. Ale ponieważ moje opowieści na WP zostały zlikwidowane, to powrócę do tematu, który zawsze mnie zachwyca. I w tym roku również szczególną uwagę zwróciłam na praskie schody, o których można pisać, mówić, śpiewać... Wiele jest o nich utworów.
Moje pierwsze, bardzo już odległe wspomnienie związane z praskimi schodami jest zupełnie inne.
To czym byłam zachwycona, co zrobiło na mnie i innych dzieciach wrażenie, to ruchome schody w domach towarowych i metrze. To one przykuwały naszą uwagę, jeździliśmy nimi bez przerwy w górę i w dół podczas, gdy rodzice robili zakupy. A ponieważ polskie sklepy w tym czasie świeciły pustkami, mieliśmy na to sporo czasu.
Schody w metrze, zwłaszcza te najdłuższe z początku budziły moje obawy. Pędziły bowiem znacznie szybciej, niż te w sklepie i były zdecydowanie dłuższe. Ale fascynacja ruchomymi schodami zwyciężyła i strach szybko minął. Rodzice robili zakupy, a my jeździliśmy z góry na dół i z powrotem.
Na stacji Jerzego z Podebrad
Widzimy się co dzień na schodach w metrze,
gdy ona jedzie na dół – ja na powierzchnię
Ja wracam z nocnej zmiany,
a ty pracujesz rano
Ja jestem niewyspany,
ty z twarzą zatroskaną
A schody jadą, choć mogłyby stać
na stacji Jerzego z Podebrad

Praga o szóstej jeszcze sennie ziewa
i tylko my naiwni – robimy co trzeba
Ja spieszę się z kliniki,
gna do kiosku ona
Zmęczone dwa trybiki,
dwie wyspy wśród miliona

A schody jadą, choć mogłyby stać
na stacji Jerzego z Podebrad.
Choć o tej samej porze - randki są ruchome,
bo w tym tandemie każdy jedzie w swoją stronę

Ja w lewo, ona w prawo
nie ma odwrotu
ją czeka Rude pravo
a na mnie pusty pokój

A schody jadą, choć mogłyby stać
na stacji Jerzego z Podebrad.
Na czarodziejskich schodach czuję w sercu drżenie,
gdy kioskareczka Ewa śle mi swe spojrzenie
W pospiechu ledwie zdążę
powiedzieć - „witam z rana”,
bo całowania w biegu
surowo się zabrania

A schody jadą, choć mogłyby stać
na stacji Jerzego z Podebrad
A Praga drzemie i nic jeszcze nie wie
o dwojgu zakochanych, zapatrzonych w siebie
Już tęsknią nasze włosy
pędem rozwiane
do tego, co nas czeka
do tego, co nieznane

A schody jadą, choć mogłyby stać
na stacji Jerzego z Podebrad.
JAROMIR NOHAVICA
W Pradze jest też wiele innych schodów, zwłaszcza w pobliżu praskiego zamku. Jedne są znane, inne mniej. Wszyscy znają stare i nowe schody zamkowe. Każdego dnia przemierzają nimi tysiące turystów z całego świata. Ci najmniej zorientowani wspinają się z wysiłkiem, czasem aż z Mostu Karola. Zorganizowane grupy z przewodnikiem, zaczynają tradycyjnie od samego zamku, aby potem schodami zejść aż do Starego Rynku. A wystarczy tylko wsiąść do tramwaju nr 22, zająć miejsce po prawej stronie, aby cieszyć się najpiękniejszymi widokami i wysiąść na przystanku Pohorelec. Ja robię tak każdego roku. Tam ukrytymi między kamieniczkami schodami wspinam się na górę. Dzięki temu mogę z góry zachwycać się wspaniałą panoramą Hradczan, Malej Strany…. Prawie całej Pragi. Potrafię godzinę siedzieć na ławeczce i chłonąć ten piękny widok. Słuchać co kwadrans bicia zegara, a co godzinę pięknej muzyki. Tego nie zaznają turyści, którzy standardowo wysiadają na przystanku Prasky Hrad lub wspinają się z trudem od strony Malej Strany. Na terenie praskiego zamku wiele jest jeszcze takich ukrytych schodów, które skracają drogę, dodają dodatkowych wrażeń. Choćby te łączące ulice Úvoz i Loretánská.
Niewiele jednak turystów o nich wie. Wszyscy biegną tylko wcześniej już wytyczonymi ścieżkami.
Podobnie jest z zamkiem Vyšehrad. Tam także należy zacząć wycieczkę z góry, a potem kończyć ją schodząc schodami, a nie odwrotnie, jak czyni to wielu turystów…
Schody, schody, schody…. Jest ich tyle w złotej Pradze. Może w przyszłym roku odkryję kolejne?

Znowu łaziłem wśród balustrad
schodami w górę
a obok mnie waliły tłumy
z taką beztroską,
z jaką się snułem i ja.
Widać byli szczęśliwi, i ja także byłem.
Skąd z dołu, chyba od Wełtawy
Pobrzmiewał koncert.
Zaczynał się wieczór
i to powietrze posrebrzone wiatr roznosił,
dokąd tylko zapragnął.
Znalezione w Internecie

Skończył się wyjazd, zaczyna się codzienne życie.
Teraz jednak chciałabym bezboleśnie przejść do rutyny dnia codziennego, do obowiązków. Dużo lepiej zatopić się bowiem we wspomnieniach niż w rzeczywistości.
Na szczęście są jeszcze weekendy....
A i posłuchać czasem można ponownie Písničky






sobota, 7 września 2019

Przedurlopowe myśli

Jeszcze sierpniowy wieje wiatr
i noc nie prześcignęła dnia,
a gdzieś za lasem cicho grzmi,
jeszcze kumkanie słychać żab,
ktoś na harmonii cicho gra
panience, co w hamaku śpi.

A przecież słońce już zachodzi
i nie da się na wędkę złapać,
srebrnym skrzydełkiem muska wodę
ostatnia ważka tego lata.

Nie ma już malin do obiadu,
topnieje cisza niby wosk,
gdy kropla deszczu nagle spada
na pierwszy wrzos.

Jeszcze daleko światła aut,
maciejka pachnie jak we śnie,
dzięcioł zastukał raz - i znikł.
Jeszcze cię plecak pije w kark
i komar tuż za uchem tnie,
kiedy się wspinasz na sam szczyt.

A przecież słońce już zachodzi
i nie da się na wędkę złapać,
srebrnym skrzydełkiem muska wodę
ostatnia ważka tego lata.

Nie ma już malin do obiadu,
topnieje cisza niby wosk,
gdy kropla deszczu nagle spada
na pierwszy wrzos.

Jeszcze przydrożny szczeka pies,
nie rani ucha disco-bzdet
i ciurkający nocą kran.

Pod pianą fali mruga leszcz,
pod ziemią dróżkę robi kret,
przez łąkę panią goni pan.

A przecież słońce już zachodzi
i nie da się na wędkę złapać,
srebrnym skrzydełkiem muska wodę
ostatnia ważka tego lata.

Nie ma już malin do obiadu,
topnieje cisza niby wosk,
gdy kropla deszczu nagle spada
na pierwszy wrzos,
na pierwszy wrzos.
Andrzej Brzeski


Mam urlop. Stop. Wyjeżdżam. Stop. Wracam niebawem. Stop. Pozdrawiam


I na tym dzisiaj powinnam zakończyć. Krótka, konkretna informacja. Przecież teraz tylko takie wiadomości się liczą. Ale jak dla mnie to za mało. Nie potrafiłabym na tym poprzestać. Więc:
Stało się! Doczekałam się!
Nadeszła chwila, na którą z niecierpliwością czekałam. Zamykam moją błękitną (cóż koloru prezentu nie można zmienić, chociaż ten odcień może jeszcze być) walizkę i jadę w kierunku tak dobrze mi znanym od lat.
Przede mną jeszcze tylko dzień przygotowań się do wyjazdu. Niby  tyle czasu na pakowanie już nie potrzebuję. Cóż to bowiem za problem spakować najpotrzebniejsze rzeczy? To nie jest trudne. Jednak muszę załatwić parę spraw, ogarnąć mieszkanie..... Nie jest to takie proste, ale trudności nie sprawi.  Zwykle jednak nie mam zbytniej ochoty do tego typu prac, ale jeśli mają mi one zapewnić komfort odpoczynku, to zabieram się do nich ze zdwojoną energią.
Mam nadzieję zostawić wszystkie problemy za sobą, zapomnieć o wszystkim, co ostatnio mnie dręczyło..... Chcę odpocząć z dala od codzienności, gazet, telewizji, Internetu.... Z dala od trosk. Tylko słońce przeglądające się w nurcie rzeki, niebieskie niebo, stare uliczki, czerwone dachy kamienic....
Bywałam tam w dzieciństwie wielokrotnie, od kilku dobrych lat jeżdżę tam ponownie co roku. Uwielbiam tam wracać. Niektórzy dziwią się, że jeżdżę tam co roku. Nie mogą zrozumieć, że skoro mam tyle różnych możliwości, cały czas odwiedzam te same miejsca. Gdybym jednak tam nie pojechała znowu, czegoś by mi zabrakło. To miasto ma jak dla mnie niepowtarzalny klimat, a poza tym czuję się tam jak w domu. Zupełnie nie pociągają mnie nowe kierunki. Wiem, że to dla innych dziwne. Ale to już nie mój problem. 
Sierpień
Lubię sierpniowe pogody,
upały bez żaru lipca,
łagodne wieczorne chłody,
i fiolet na wrzosowiskach.

Astrów zapach w ogródkach,
z tym dawnym, wiejskim urokiem,
i noce co jeszcze zbyt krótkie,
by serce napełnić mrokiem.

W niebo sierpniowych gwiazd
patrzę gotowy na jesień,
lata dopełnia się czas,
ptak złote jabłka niesie.

Spełniają się życzenia,
owoce zaokrąglają,
coś z raju ma w sobie ziemia,
w człowieku budzi się anioł.

Jest sierpień czasem spokoju,
zwalniają swój rytm zegary,
nie spieszy się nikomu,
do szkoły czy na wagary.

Nie spieszy się do słoty,
do świerszcza za kominem,
nie spieszy do tęsknoty,
za czasem co przeminie.
Maciej Świątek
Przełom sierpnia i września, to dla mnie najlepszy czas na wędrówkę. 
Zdecydowanie wolę mieć wtedy urlop niż w kapryśnym lipcu. Pogoda jeszcze nigdy w tym terminie nie sprawiła mi zawodu. Mam nadzieję, że i tym razem nie rozczaruje mnie.
Końcówka sierpnia, początek września to chłodniejsze wieczory i poranki. Królewna Lato jest już spokojniejsza, bardziej dojrzała, bardziej skora do odpoczynku. Powoli złoci świat kolorami jesieni, a dzieci wzywa do szkół. W takie dni najlepiej wędruje się po zabytkowych uliczkach, gdy nie spotyka się już tak hałaśliwego tłumu turystów.
Wakacyjne tłumy wnikają w każdy zakamarek, rozpływają się na boki. Rozglądają się wszędzie. Gdy odchodzą letnie dni, znika wartkość uliczek. Na ulicy zostają mieszkańcy, wędrujący w ustalonych kierunkach, załatwiający swoje zwykłe sprawy. Toczy się zwykły codzienny dzień.
Już cieszą mnie dni, które będą inne niż wszystkie. To dni w których można pozwolić sobie na coś innego niż zwykle.
Chwilowe oderwanie się od wszystkich znanych rzeczy.
Spojrzenie na piękny świat wokół. Piękno jest wszędzie, jeśli się patrzy oczyma duszy, to można je dostrzec. Już tęsknię, za dniami, kiedy nic nie musi być zaplanowane, gdy nie trzeba nigdzie gonić.
Teraz jednak muszę się tylko spakować, załatwić to co konieczne i w drogę...
W drogę! Żegnajcie, chłopcy!
W drogę! Już na mnie czas!
Dokąd poniosą oczy ...
W drogę!

W drogę! Z bagażem zdarzeń,
Chociaż w kieszeni wiatr.
Może wspomnicie czasem.
Może ...
Do przejścia mam tak wiele lat
Drogami, które ledwie znam.
Nim wpiszę je po stronie strat,
Swoją prawdę chciałbym znaleźć sam.

W drogę! Bez drogowskazów!
W drogę! Po własny los.
"Kłamiesz!" powiedzieć światu -
W drogę!

Do przejścia mam tak wiele lat
Drogami, które ledwie znam.
Nim wpiszę je po stronie strat,
Swoje miejsce chciałbym znaleźć sam.

W drogę! Żegnajcie, chłopcy!
W drogę! Już na mnie czas!
Słońce dla wszystkich wschodzi.
W drogę!
Stanislaw Halny, Janusz Kondratowicz

niedziela, 1 września 2019

Wrzosowy wrzesień

  Wrzesień
 Jeszcze lato nie odeszło,
 a już jesień bliska.
 Wrzesień milczkiem borowiki
 skrył we wrzosowiskach,
 na polany rude rydze
 stadkami wygonił
 i rumiane jabłka strąca
 raz po raz z jabłoni.
 Jeszcze słońce o południu
 tak potrafi przypiec,
 jakby to nie wrzesień rządził,
 lecz upalny lipiec.
 Ale już chłodniejsze noce
 niż bywały w lecie.
 Liściom - żółknąć czas,
 a ptakom - za morza odlecieć!
 znalezione w Internecie
Właśnie sierpień zamknął za sobą drzwi, a u progu stanął już wrzesień. 
Wrzesień... dla mnie miesiąc związany z praskimi wędrówkami. Ale nie tylko.
To miesiąc w którym w naszej części świata tradycyjnie zbiera się owoce całorocznej pracy.
Wrzesień dla dawnych Słowian był miesiącem równonocy, na którą przypadały obchody Święta Plonów. W czasie tym lato przechodzi w jesień, ziemia po wydaniu plonów przechodzi w stan uśpienia. Jest to czas dziękczynienia za plony i dary ziemi.
Nazwa tego miesiąca pochodzi oczywiście od wrzosów, które zakwitają późnym latem.
Nazwa wrzesień jest wspólna dla wielu słowiańskich krajów: ukraińskie вересень, białoruskie верасень.
Wrzos jest rośliną w kulturze ludowej dość popularną, wykorzystywaną nie tylko w celach ozdobnych, ale też w lecznictwie i w codziennym życiu. Ale o wrzosach i o wrzosowiskach, po wędrowaniu których marzę, jeszcze napiszę.
Rodzime nazewnictwo września zachowało się też u Czechów i Chorwatów, ale tradycyjnie miesiąc ten wywołał inne skojarzenie. Ciekawym przypadkiem jest czeskie září, które często mylnie łączone jest z promieniami słonecznymi, choć tak naprawdę forma ta wywodzi się od dawnego wyrażenia, które można przetłumaczyć jako "podczas rui". Podobna jest Chorwatów, gdzie wrzesień jest określany jako rujan.
W staropolszczyźnie można było też spotkać nazwę pajęcznik. Wszystko za sprawą babiego lata, drobnych nici przędzonych przez pająki przemieszczających się w ten sposób wraz z wiatrem.
Dawne nazwy zachowały się też wśród niektórych słowiańskich mniejszości etnicznych. Dla Kaszubów wrzesień to séwnik – miesiąc siewów. Z kolei Łużyczanie posługują się nazwą požnjenc – miesiąc po żniwach
Pozostałe narody słowiańskie skorzystały terminologii łacińskiej, gdzie nazwa september jest pozostałością po kalendarzu rzymskim, w którym nazwa ta została ukuta po prostu od przymiotnika "siódmy"
Wrześniowe tęsknoty
Wrzesień sypnął złotym liściem,
Dojrzał w słońcu wrzosów fiolet.
Świerszcze grają uroczyście
Główne role.

Mgła babiego lata włosy
Srebrzy ciszą o poranku.
Zewsząd czai się niedosyt
Polnych grajków.

W twym spojrzeniu błękit nieba
Odbił nasze dwie tęsknoty.
Chciałam krzyczeć, mówić, śpiewać-
Tylko o tym.
znalezione w Internecie
Wrzesień to czas dożynek, winobrania i co za tym idzie wesołej zabawy. Panowało przekonanie, że kto wówczas nie potrafi się dobrze zabawić (czyli pić wina w dużych ilościach), ten nie potrafi cieszyć się zsyłanym przez niebo do-brem. Wierzono również, że dzieci, które przyjdą na świat, kiedy we wsi czy gospodarstwie trwa winobranie, będą wesołe i szczęśliwe, lecz jednocześnie trochę lekkomyślne i rozrzutne. Szczególną uwagę trzeba było zwrócić na urodzone w tym czasie dziewczynki, które w przyszłości będą wyjątkowo gościnne oraz będą mieć skłonność do kokietowania wszystkich wokół. Matki nie powinny więc pozostawiać ich bez opieki lub bardzo szybko wydać za mąż, aby nie sprowadziły do domu jakichś niepotrzebnych kłopotów. 23 września rozpoczynała się kalendarzowa jesień. Pierwszy dzień tej pory roku uważano za wyjątkowo sprzyjający wróżbom, szczególnie związanym z przewidywaniem pogody. Uważano np., że jeśli ten dzień jest pogodny, niemal letni - ciepły i słoneczny, to jesień będzie długa i ciepła. Jeśli zaś wówczas po-jawiły się jesienne, chłodne deszcze, to oznaczało, że plucha potrwa aż do dnia św. Andrzeja. Natomiast przenikający aż do kości chłód zapowiadał, że nadchodzącą porę roku naznaczą przymrozki i będzie przypominać wczesną zimę. Ten dzień był również tradycyjnym dniem oddawania się w opiekę archaniołom. Początkowo bowiem właśnie 23 września obchodzono dzień św. Michała, dowódcy wojsk niebieskich, który pokonał Lucyfera i zepchnął go w otchłań piekieł. Dopiero później to święto przeniesiono na 29 września. Modlono się do tego archanioła o obronę przed grzechem, pokusami podsuwanymi przez szatana i wszelkimi złymi wydarzeniami. Gabriela proszono natomiast o dobrą radę i zesłanie dobrych nowin. Do archanioła Rafała wnoszono o opiekę w podróży. Najprawdopodobniej nie modlono się do czwartego z archaniołów - Uriela, przynoszącego światło, którego kompetencje wy-dawały się zapewne zbyt abstrakcyjne i niezrozumiałe. 23 września odbywały się chrzciny dzieci, które nie miały rodziców - podrzutków lub innych wychowanków przytułków. Wierzono, że wówczas wezmą je pod swoją opiekę archaniołowie. Nie była to jednak opieka zbyt skuteczna, gdyż w XIX wieku w sierocińcach umierała przedwcześnie prawie połowa wychowanków.
Między 23 a 29 września wznoszono w portowych miastach Francji i Włoch modlitwy do archaniołów, którzy byli opiekuna-mi szczęśliwych podróży. W tych dniach najczęściej spuszczano świeżo wybudowane lub wyremontowane statki i lodzie na wodę oraz święcono je. Wierzono bowiem, że statki poświęcone w okresie, kiedy oddawano wyjątkową cześć archaniołom, unik-ną wszelkich niebezpieczeństw, a w najgorszym przypadku załoga uratuje się z katastrofy morskiej.
 Wrzesień 
 Mija ciepłe lato,
 wkrótce przyjdzie jesień,
 zbudził się o świcie,
 niespokojny wrzesień.

 Tyle pracy w koło
 czy wykonać zdołam?
 Najpierw pootwieram
 drzwi we wszystkich szkołach.

 Przyjdą do szkół dzieci
 calutką gromadką
 o słonecznym lecie będą opowiadać.
  G. Karasiewicz


Przysłowia ludowe na wrzesień:

Jaki pierwszy wrzesień, taka będzie jesień.
Czego lipiec i sierpień nie dowarzy, tego wrzesień nie dosmaży.
Gdy wrzesień z pogodą zaczyna, zwykle przez miesiąc pogoda się trzyma.
Gdy wrzesień bez deszczów będzie, w zimie wiatrów pełno wszędzie.
Jeśli wrzesień będzie suchy, październik nie oszczędzi nam pluchy.
Kiedy wrzesień, to już jesień, wtedy jabłek pełna kieszeń.
Wrzesień chodzi po rosie, zbiera grzyby we wrzosie.
Wrzesień jeszcze w słońcu chodzi, babie lato już się rodzi.
Wrzesień wrzosami strojny, lecz od pracy znojny.
Wrześniowa słota, miarka deszczu, korzec błota.
Gdy we wrześniu krety kopią po nizinach, będzie wietrzna, ale lekka zima.
We wrześniu tłuste ptaki - mróz w zimie nie byle jaki.
Gdy na święty Idzi ładnie, śnieg na pewno późno spadnie (1.09.)
Święty Idzi wiedzie wrzesień, wnet nadejdzie dżdżysta jesień (1.09.)
Jeśli w Maryi Narodzenie nie pada, to sucha jesień się zapowiada (8.09.)
W Narodzenie Panny Marii pogodnie - tak będzie cztery tygodnie (8.09.)
Gdy grzyby wielkie korzenie mają, wielką zimę zapowiadają.
Jeśli na Jacka nie panuje plucha, to pewnie zima będzie sucha (11.09.)
Im głębiej we wrześniu grzebią się robaki, tym srożej się zima da ludziom we znaki.
Gdy na święty Mateusz śnieg przybieżał, będzie po pas całą zimę leżał (21.09.)
Niech po świętym Mateuszu chucha, kto sobie nie kupił kożucha (21.09.)
Do Michała przymrozków ile - i w maju tyle (29.09.)

niedziela, 25 sierpnia 2019

Myśli przy ukwieconym stole

Najwspanialsze piękno świata ,
podarował nam Bóg w kwiatach.
Kwiat nam zawsze towarzyszy
od krzyku narodzin , aż do śmierci
ciszy.

Kochajmy więc Kwiaty i cieszmy
się nimi,
od pierwszego dnia wiosny
do ostatniego dnia zimy.

Niech na każdym stole bukiet
kwiatów stoi,
kształtem, barwą, wonią
chore serce koi.
Barbara Turczyk
Tegoroczne lato jest, niczym kapryśna panienka... Raz świeci słońce, to znowu ponure chmury zasłaniają błękit nieba, a deszcz bez opamiętania stuka w parapet... Słońce bawi się z nami w chowanego, czasem starając się nadrobić zaległości z poprzednich dni. Ta zmienna aura nastraja jesiennie, melancholijnie, przygnębiająco. Pogodny nastrój chowa się do kącika, znika gdzieś również radość i ciepło. Niedługo już wrzesień. Czyli Jesień powoli zbliża się Pani. Jesień już prawie za oknem i w zachmurzonych myślach.
Na szczęście w moim ogrodzie wciąż kwitną kwiaty. Zerwałam je i przyniosłam do domu.
Na stole stoi teraz kolorowy, pachnący bukiet. Wącham je. Zamyślam się i od razu pojawiają się wspomnienia... Wspomnienia moje nieodłączne.... Wszystkie teraz tańczą wokół mojego bukietu i wraz z niektórymi płatkami cichutko opadają na stół.
Ktoś kiedyś powiedział, że jak nie ma stołu, to nie na rodziny, nie ma stołu nie ma rozmowy.
Kto zaprzeczy temu, że stół jest najważniejszym meblem w domu?
Czy teraz stół znaczy to samo co kiedyś? Jakiś czas temu pisałam już na ten temat (Myśli przy stole), ale warto do niego wrócić. 
Nasze życie spowodowało, że stół nie jest już tak ważny. Nasz ciągły bieg przez życie powoduje, że spotykamy się na chwilę, szybkie śniadanie lub kolację niestety zazwyczaj przy telewizorze. Obiady niestety jadamy raczej osobno, gdzieś w biegu, na mieście. A przecież w czasach mojego dzieciństwa śniadanie, obiad, podwieczorek (obowiązkowo) i kolacja to były chwile, kiedy cała rodzina wspólnie siadała do stołu. Nie było też mowy, aby ktoś przyszedł później lub też wstał od stołu wcześniej.
Tak wiem, czasem miałam ochotę jak najszybciej wstać i zająć się swoimi sprawami, ale teraz żal mi tamtych, minionych lat. Tego, że byłam taka niecierpliwa. Teraz oddałabym wszystko, aby znowu wspólnie usiąść przy rodzinnym stole. Zwłaszcza przy tych z domu moich Dziadków. Jeszcze dzisiaj zamykam oczy i widzę stół stojący w kuchni przy oknie, gdzie każdy miał wyznaczone swoje miejsce, gdzie wszyscy czekali na powrót Dziadka z pracy i ten w pokoju z białym obrusem, gdzie przyjmowano gości, gdzie zawsze stały zerwane przez Babcię kwiaty piwonie, floksy, gladiole...
W którym domu jest teraz taki rodzinny stół z kilkoma solidnymi krzesłami, gdzie każdy ma swoje wyznaczone miejsce? Czy siadamy tam, aby zaczynać i kończyć wspólnie dzień? Czy stawiamy na nim wazon z kwiatami? Pewnie nie, bo kto je będzie tam podziwiał, skoro nie mamy czasu na codzienną rozmowę przy stole?
Tulipan i róża
W jednym stali wazonie tulipan i róża.
Rzekł tulipan:
„Dalipan,
Że to mnie oburza,
Pokoju nikt nie wietrzy, duszno niesłychanie,
W takiej temperaturze żyć nie jestem w stanie.
Lufcik niech gospodyni przynajmniej otworzy,
Już wczoraj źle się czułem, a dziś - jeszcze gorzej!”
Odrzecze na to róża: „Panie Tulipanie,
Proszę, niech pan nie nudzi i kwękać przestanie.
Egoista i sobek z pana! Jak pan może
Domagać się wietrzenia, gdy chłód jest na dworze?
Jeśli pan nie zamilknie - język panu przytnę!
Zdrowie mam takie kruche, płatki aksamitne,
Łodyżki delikatne, przeciągów się boję,
Zaraz dreszczy dostaję, gdy wietrzą pokoje,
Woń, barwę mogę stracić przy lada chorobie,
A pana to nie wzrusza. Pan myśli o sobie!”
Rzekł tulipan:
„Dalipan,
Sądzi pani błędnie,
Wiadomo, że kwiat każdy bez powietrza więdnie,
Lecz jeśli pani każe - chętnie się poświęcę,
Dla pięknej róży - wszystko! I nie mówmy więcej!
Okna pozamykane niech będą. Pokoje
Nieprzewietrzane. Trudno!”
I zwiędli oboje.
Nazajutrz gospodyni, żałując tej straty,
Wyrzuciła na śmietnik dwa zwiędnięte kwiaty.
Jan Brzechwa
U mojej Babci, podobnie jak na obrazach Basi (obok wierszy),  zawsze na stole musiały być kwiaty. Mówiła zresztą: Jest stół, muszą być kwiaty... Dom bez kwiatów był dla niej taki niepełny. Dlatego z działki przynosiła zawsze naręcza kwiatów. Pamiętam przede wszystkim bukiety z piwonii i mieczyków. Do dzisiaj te kwiaty będą mi się kojarzyć z Babcią i jej domem.
Niestety owalnego stołu już nie ma, domu dziadków nie ma.... Mam je jednak w sercu. Stamtąd nigdy nie znikną. Został jednak wazon.
Wazon
Czyj to jest wazon? Chyba Agaty,
W którym trzymała niegdyś swe kwiaty.
Jej imieniny, czy urodziny,
Ciągle przebywał na stole z nimi.

Róże, fiołki, maki czy bez,
Tak smutno teraz mu bez nich jest.
Choć stracił ucho i jest szczerbaty,
Marzy by wrócić znowu do chaty.
Jolanta Janus

Może to dzięki Babci (nomen omen - miała być Agatą, ale...) kocham kwiaty, bez których nie wyobrażam sobie domu, mieszkania...
Zdecydowanie na stole muszą stać świeże kwiaty, a w zimowe dni różne kompozycje z iglaków, liści, traw... . Uważam, że kwiaty nadają domowi uroku. Stwarzają przytulną, ciepłą atmosferę. Oczywiście młodsze córki króla Słońce obdarowują nas świeżymi kwiatami. Gorzej ma najstarsza z sióstr Pani Zima. Królewna Jesień zawsze rozpacza przed jej nadejściem, ale w prezencie zostawia jej kolorowe liście, szyszki, żołędzie, kasztany, jarzębinę , dziką różę ....
Bez stołu nie będzie wazonu ze świeżymi kwiatami, nie będzie codziennego spotkania. A przecież pomimo wiecznie goniących nam terminów warto na chwilę się zatrzymać, usiąść przy stole, zwłaszcza tym z kwiatami i powiedzieć komuś bliskiemu dobre słowo, spytać go o jego problemy, radości... Miłe słowo, uśmiech to bezcenna rzecz, którą można ofiarować drugiemu człowiekowi. Może i on nas wysłucha. Przecież może się okazać, że jesteśmy swoimi jedynymi słuchaczami w ciągu danego dnia.
Cieszę się zatem, że udało się mi usiąść przy stole, a nawet dwóch z Hanią, Jolą i Marysią (kolejność alfabetyczna). To naprawdę było miłe spotkanie. Muszę jednak przyznać, że długo do niego dojrzewałam. Ale było warto.
Dlatego tak ważne są dla mnie te sobotnie i niedzielne spotkania przy rodzinnym stole. W tygodniu niestety muszę wystarczyć sama sobie. Nie zawsze jest to łatwe, zwłaszcza w poniedziałek.... Jednak i w tygodniu nawiedza mnie tęsknota za rodzinnym stołem.
Chciałabym:

  • postawić w wazonie na moim stole wszystkie kolorowe kwiaty,
  • pokochać moją samotną codzienność,
  • odnaleźć w niej kolorowe chwile, podobne do kwiatów z wazonu,
  • jak najczęściej dzielić się radościami i smuteczkami z bliskimi przy rodzinnym stole.

WAZON
W pokoju na stole,
Zasuszone kwiaty w wazonie.
Bo już lato się skończyło,
A z kwiatami zawsze miło.

Jest ich wiele i przeróżne,
Nawet zasuszone róże.
Jest też trzcina i czeremcha,
Także pachną – można wąchać.

A jak pięknie jest w pokoju,
Gdy w wazonie kwiaty stoją…
Choć jesteście zasuszone,
To was kocham w tym wazonie.
H.Trybenek

niedziela, 18 sierpnia 2019

Kapliczki

Krzyż w kępie bzów
Pusty byłby
Rodzinny krajobraz
Pozbawiony treści
Gdyby znaków świętych
Zabrakło

Krzyże i kapliczki
Na skrzyżowaniu dróg
Wiejskich wyglądają
Z krzaków bzu
Z wierzb płaczących

Krzyże i kapliczki
Drogę wskazują
Zbłąkanym, zbłądzonym
Wędrowcom nieznanym
W wiersze zagubionym

Krzyże i kapliczki
Mchem porosłe
Przeżyły wieki długie
Z wiarą naszą przetrwały
Do nieskończoności

Krzyże i kapliczki
Nam przypominają
Powstańców walczących
Zhańbionych bajcow i esesmanów
Doń strzelających

Krzyże i kapliczki
Przędza historii
Wiernym przyszłości wyznaniom
Spleciony z pajęczyny wspomnień
Prawdziwy, cudowny dar trwania
Katarzyna Wasilewska
Wędrując po wakacyjnych ścieżkach nieraz napotykałam przy drodze samotne drewniane krzyże, malowniczo usytuowane kapliczki i stare cmentarze. Niestety często sprawiały one wrażenie zapomnianych przez świat.
A przecież właśnie czas letnich wędrówek, to dobra okazja, aby na nowo dostrzec i odkryć piękno tych przydrożnych symboli wiary poprzednich pokoleń. Warto choć na chwilę zatrzymać się przy nich, aby pomodlić się, odpocząć.
Niektórzy ludzie przechodzą obok nich obojętnie. Jednak są wędrowcy, którzy zatrzymują się przy nich aby na chwilę zadumać się przed obliczem ludowych świątków.

Na obronę nam dane i na pocieszenie
by żegnać odchodzących
i witać przybyłych
wierne strażniczki naszych smutków i radości
otulone zapachem bzów i lipowego kwiecia
na rozstajach dróg i rozstajach życia
smagane wiatrem, piorunami i spiekotą
jak my sami
co idziemy szukać ratunku
przed kapliczką pochyloną od trosk i starości...
Basia Wójcik
Każda kapliczka, każdy krzyż ma swoją własną historię, swój niepowtarzalny wygląd. Naznaczone są bowiem tradycją danej wioski, miasteczka, ich historią. Wyrażają żywą, prostą wiarę ludu. Często upamiętniają zdarzenia tragiczne i radosne, ważne dla miejscowej ludności. Są jednak wyrazem ich wiary, świadectwem ludzi i czasów, które odeszły już na zawsze.
Fundowano je nie tylko z pobożności, ale częściej z potrzeby serca.
Czasem możemy dowiedzieć się, kto był fundatorem kapliczek, krzyży, jednak z reguły nie znamy ich twórców. Ale tak to już niestety bywa w przypadku sztuki ludowej. Ich autorzy zazwyczaj pozostają anonimowi, a przecież dokładali wielu starań, aby były jak najpiękniejsze. Niektóre elementy były rzeźbione, inne wycięte, daszki osłaniające figury uformowane były często w bardzo oryginalny sposób. Jedne kapliczki są bogatsze, inne znowu skromniejsze, ale na swój sposób równie piękne.
Jednak wokół prawie wszystkich rosną kolorowe i jakże polskie malwy, rozsiewające zapach majowe bzy i jaśminy, a nierzadko polne kwiaty i trawy, co dodaje niespotykanego uroku tym szczególnym miejscom.
Obecnie te przydrożne świadectwa wiary mówią wiele o ludziach opiekujących się nimi w dniu dzisiejszym.
To właśnie teraz przy tych kapliczkach, krzyżach gromadzą się wierni zwłaszcza na nabożeństwa majowe, Boże Ciało, czy też Wniebowzięcie. Można wówczas usłyszeć niosący się po polach i łąkach śpiew: 
„Chwalcie łąki umajone",
 czy „Po górach i dolinach".

Niedawno znalazłam jeszcze jedną:
Do Twej dążymy kaplicy,
Co z brzegu czeka nas,
Wśród wichru, nawałnicy,
W pochmurny, słotny czas.

Napotykane kapliczki, krzyże skłaniają przechodniów do zatrzymania się, przeżegnania, zadumy, refleksji....
W dniu Matki Boskiej Zielnej to tutaj składane się w ofierze płody ziemi, zioła, kwiaty, owoce, zboże.
I ja jak co roku w połowie sierpnia nie zapomnę o tym moim ulubionym święcie. To już tradycja, że z wędrówki po moich „polach" przyniosę naręcza kwiatów i traw ozdobnych, z których skomponuję bukiet, poprzetykany dodatkowo ziołami z ogrodu.
 Przydrożna kapliczka 
Z przydrożnej kapliczki
Chrystus spoglądał łaskawie
i dłonią swą błogosławił
wychodzących w pole
pośród róż i jaśminów
zamyślony czekał
gdy będą wracać
utrudzeni pracą na roli
a gdy wracali o zachodzie słońca
znów im błogosławił
za to że ziemię ukochali
i że przed Nim czapki zdejmują
i że dzieci do Niego prowadzą małe
wieczorem ptaszęta przygarniał
co się o nic nie troszczą,
tylko Jemu hołd wyśpiewują.
rankiem znów będzie czekał na ciebie

jeśli tylko zechcesz Go zauważyć.
słowa i obrazy Basia Wójcik 
Jednak moim marzeniem jest wędrówka w Dzień Wniebowzięcia NMP przez takie prawdziwe pola do przydrożnej kapliczki. Po drodze skomponowałabym bukiet z napotkanych darów natury, który po poświęceniu powiesiłabym nad drzwiami do mojego mieszkanka. Może to marzenie kiedyś się spełni? Przecież nie brak ich na naszych polskich ścieżkach.
Jednak jak każdego roku i koło drzwi wejściowych zawiesiłam bukiet z moich „pól" i ogródka. Bez tego czegoś by mi brakowało.
Msza maryjna na Matkę Boską Zielną
„Hyzop, lawenda, jałowiec?
Wszak to potrzebne chorobie?"
Mamy je, chcemy dziewanną
Ucieszyć Maryję Pannę

Niechaj to księża poświęcą
Dzisiaj w ten dzień Wniebowzięcia.
„A tę pszenicę i jęczmień
Czy także mamy poświęcić?"
Proso też i mak, i żyto
Na coraz większą obfitość.

„Na cóż bób i rzodkiew zda się
w niebie, na rajskim popasie?"

Maryi z żyta korona,
A nam - chleb zeń upieczony.
Niechaj je księża święcą
Dzisiaj, w ten dzień Wniebowzięcia"
Kazimiera Iłłakowiczówna
Niestety dzisiaj niektóre kapliczki i krzyże niszczeją, popadają w zapomnienie. a niektóre nawet znikają z naszego krajobrazu. Czasem na ich miejscu buduje się nowe, które moim zdaniem w pełni nie zastąpią tych starych. Zmienia się ich wygląd i wymowa. Oczywiście stare kapliczki należy odnawiać, remontować ale nie zmieniając ich całkowicie i pozostawiając dla zwykłego człowieka taki, jakimi były poprzednio.
Kapliczki i krzyże są przecież skarbem naszego polskiego krajobrazu. Dlatego warto ocalić je od zapomnienia, aby tak jak w minionych stuleciach były jak drogowskazy i miejsca, gdzie można się zatrzymać, podziękować za otrzymane dary i nieśmiało poprosić o kolejne.

Gdzie się podziały przydrożne kapliczki
Okruchy nieba rozrzucone po ziemi
Tak oczywiste jak znak krzyża
Którym je witał każdy przechodzień (…)
Gdzie znaleźć te ciche obserwatorki
Ludzkich zmagań (…)
One trwają nieobojętne na los człowieka
Służąc mu niczym budki telefoniczne
Z gorącą linią do Pana Boga
Niech nie odpłyną w zapomnienie.
Wacław Hajduga