sobota, 14 lutego 2026

Kim jesteś? Jestem...

Takie sobie opowiadanie:
Kawa, herbata, ciasto....  Gwar rozmów przeplatany śmiechem lub narzekaniem. Każdy ma w zanadrzu do opowiedzenia historyjkę z  pracy. A to o szefie, który nakłada coraz więcej obowiązków i związanych z tym nadgodzinach, a to o tym, że ktoś po spotkaniu online nie wyłączył komputera i można go było zobaczyć w niebiurowych sytuacjach....
I tak rozmowa toczyła się płynnie, aż do chwili, gdy ktoś rzucił propozycję:
- A może porozmawiajmy o czymś innym niż praca?
Nagle zapadła cisza.
Nikt przez dłuższą chwilę nie potrafił odpowiedzieć na to przecież niby niewinne pytanie.
– Ja… chyba lubię robić zdjęcia – powiedziała niewysoka blondynka – Nie jako fotograf, tylko tak po prostu. Dla siebie.
Ktoś się uśmiechnął, ktoś inny skinął głową. Jakby ta odpowiedź otworzyła drzwi, których nikt wcześniej nie miał odwagi uchylić.
– A ja zaczęłam piec chleb – dodała stojąca obok szatynka – Bez pośpiechu, w każdą sobotę. Pachnie w całym domu, jak u babci.
– Ja uczę się japońskiego  – dorzucił szczupły chłopak w okularach – Zawsze chciałem podróżować po Japonii.
Po chwili rozmowa potoczyła się już zupełnie inaczej. O pasjach, o marzeniach, o tym, co sprawia, że czujemy się żywi nie tylko produktywni. Nikt nie miał już ochoty wracać do zwyczajowych narzekań na szefa czy terminy. Nagle okazało się, że każdy z nich to coś więcej niż zawód, stanowisko, podpis pod mailem... Że poza pracą jest inny  świat. Świat przez nas często zapomniany, ale jak najbardziej własny.
Kim jestem?
kim jestem bez mojego
świadectwa, dobrych ocen,
egzaminów.

Kim jestem gdy zdejmę
modne ciuchy i zarzucę
nadzieję na ramiona.

Kim jestem
siostrą
córką
Przyjacielem

Kim jestem w oczach tych,
którzy co dzień przechodzą
obok na zatłoczonej ulicy
MARIA PAWLIKOWSKA-JASNORZEWSKA
Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego praca tak mocno nas definiuje? Dlaczego określamy się się przez pracę, a nie życie prywatne?
Taka odpowiedź pozwala czasem uniknąć opowieści o życiu prywatnym, na którą nie zawsze jesteśmy gotowi lub która nie jest odpowiednia w danym towarzystwie.
Jednak nie ma w tym nic dziwnego, często utożsamiamy się z naszym zawodem, że praca wysuwa się na pierwszy plan. To ona zajmuje ogromną część naszego życia, reguluje rytm każdego dnia. A nawet często po  powrocie do domu także zaprząta nasze myśli – planujemy, analizujemy, martwimy się... W naturalny sposób zaczyna więc wpływać na nasz sposób myślenia, samopoczucie i relacje z innymi. Z czasem trudno jest nam oddzielić „siebie prywatnego” od „siebie zawodowego”.
Ale to dzięki pracy mamy powód, aby wyjść z domu, odwrócić nasze myśli od domowej codzienności. Praca daje nam poczucie sensu, przynależności....
Także współczesny świat w dużej mierze opiera się na tym, co robimy zawodowo. W społeczeństwie, w którym żyjemy, sukces zawodowy jest jednym z głównych mierników spełnienia. Od najmłodszych lat słyszymy, że warto dobrze się uczyć, aby mieć dobrą pracę. Zatem praktycznie od zawsze nasza tożsamość buduje się wokół kariery. Ludzie często są oceniani nie przez to, jacy są, lecz przez to, co osiągnęli zawodowo, ile zarabiają i na jakim stanowisku pracują. Media, reklamy i portale społecznościowe dodatkowo wzmacniają ten obraz – pokazują pracę jako wyznacznik szczęścia i prestiżu. Nic więc dziwnego, że wielu z nas zaczyna wierzyć, iż bez pracy lub bez zawodowych sukcesów traci część swojej wartości.
Dlatego kiedy ktoś pyta o to kim jesteśmy, odpowiadamy bez wahania: jestem nauczycielką, kierowcą, lekarzem, tłumaczką....
Na pytanie "kim jesteś?" zwykle odpowiadamy zawodem, ponieważ jest ona prosta, uniwersalna.
Jednak w ten sposób niepostrzeżenie zaczynamy utożsamiać swoją wartość z wykonywanym zawodem, stanowiskiem czy sukcesami zawodowymi.
Jestem nikim. A ty kim jesteś?
Czy także - jesteś - nikim?
A więc dwoje nas? Nic nie mów,
bo ogłoszą to z krzykiem.

Być kimś - jakie to żałosne.
Imienia swego nie pragnę
jak żaba w czerwcu życia głosić
przed zachwyconym bagnem.
Emily Dickinson

Praca daje poczucie sensu, przynależności i celu. Dzięki niej czujemy, że coś tworzymy, że jesteśmy potrzebni. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy to jedyne źródło sensu naszego życia. Wówczas bowiem każda porażka zawodowa może zachwiać naszym poczuciem własnej wartości. 
Wiele razy widziałam moment, a nawet byłam jego uczestnikiem, gdy ktoś tracił etat, stanowisko, projekt... A wraz z nim tracił również język, w którym o sobie mówił. Pojawiała się pustka, konsternacja, a czasem wstyd. Bo jak się przedstawić, skoro nie ma się wizytówki, która nas przedstawia?
Scena z krótkiego opowiadania na początku doskonale pokazuje, jak silnie jesteśmy związani z rolą zawodową. Gdy padła propozycja o zmianę tematu na inny niż praca, to najpierw zapadła cisza. Ludzie przez chwilę nie potrafili odpowiedzieć, jakby poza pracą nic innego nie istniało. Dopiero gdy jedna z osób odważyła się odezwać, to rozmowa nabrała innego wymiaru. Nagle okazało się, że każdy z obecnych ma swoje pasje, marzenia, coś, co sprawia, że czuje się żywy i prawdziwy, że człowiek to nie tylko pracownik, ale także twórca, marzyciel, pasjonat....
Warto dlatego pamiętać, że poza rolą pracownika istnieje coś więcej. Trzeba pielęgnować nasze pasje, marzenia, zainteresowania... To one pozwalają poczuć się sobą, nie tylko „częścią firmy”. Przecież człowiek to nie tylko trybik w zawodowej machinie, lecz istota z potrzebą tworzenia, odkrywania, doświadczania życia na własnych warunkach.
Dlatego warto zadać sobie pytanie: czy praca naprawdę musi nas definiować? Odpowiedź brzmi – nie musi, choć często na to pozwalamy. Praca jest ważna, bo daje stabilność, rozwój i poczucie celu, ale nie powinna przesłaniać wszystkiego innego. Poza nią istnieje świat, który należy do nas – rodzina, przyjaźnie, zainteresowania, chwile spokoju i radości. To one budują prawdziwą tożsamość człowieka, a nie tylko to, co wpisane jest w rubryce „zawód”. 
Jednak nasze „ja” nie kończy się na tym, co robimy w godzinach 7–15. Praca powinna nas definiować tak mocno, jak bardzo jej na to pozwolimy. To od nas zależy, czy stanie się całym naszym światem, czy tylko jednym z jego ważnych, ale nie dominujących elementów.
Kim jestem?
Kim jestem? To proste, choć nie do końca.
Nieraz czuły romantyk, nieraz zazdrość mną trąca.
Cenię sobie uśmiech, choć czasem innych to wkurza.
Dla przyjaciół przyjaciel, dla wszystkich wrogów niczym burza.
Niegasnący optymista, lecz też mam słabsze chwile.
W sumie każdy je ma, choć większość to kryje.
Marzeniami żyję! Ale nie z głową w chmurach.
Postępuję szczerze i nie skrywam swych uraz.
Jeśli kocham to na amen! I na amen też nienawidzę
Kim jestem? Poetą, który wciąż wiersze pisze.
znalezione w Internecie
Kim jesteś po godzinach pracy?
Może córką, przyjacielem, wędrowcem, wielbicielem płyt analogowych.... Osobą, która nie potrafi przejść obojętnie obok kwitnącego jaśminu. Może kimś, kto świetnie słucha. Kimś, kto od dziecka maluje, pisze wiersze.... Kimś, kto lubi piec chleb albo kolekcjonować stare zdjęcia....
Może następnym razem, gdy ktoś zapyta: „Kim jesteś?”, nie padnie od razu nazwa zawodu. Może odpowiedź będzie prostsza, ale prawdziwsza. Może będzie to: „Jestem kimś, kto lubi życie.”

sobota, 7 lutego 2026

Pod znakiem Konia i ognia

Swoboda
Koń bryzgiem srebrnych dzwonków parska
w zieloną ruń jak wodę miękką
kwiaty przynoszą w barwnych garstkach
świt gęstych rek na sutkach dźwięku
Drzewa są wolne w rudych lasach
przebiega koń przez płynność polan
różowo gra rozbiegiem oczu
balony nozdrz gnie do klan
a kiedy wbiegnie w dźwięczne stepy
w rozlany łan błękitem świeży
stanie wysoko wyzwolony
i wchłonę słońce wolne zwierzę...
Krzysztof Kamil Baczyński
Czas płynie niemiłosiernie szybko. Nadal nie mogę uwierzyć, że od miesiąca mamy Nowy Rok 2026. Czy to możliwe, że również chiński rok Węża jest już za nami?
Jak co roku, gdy na niebie w kraju Środka rozbłyskują fajerwerki, płoną czerwone lampiony, a w powietrzu unosi się zapach kadzideł, snuję swoją chińską opowieść.
Nowy Rok to najważniejsze święto w chińskim kalendarzu. To połączenie starożytnych zwyczajów i nowoczesnej zabawy. Ponieważ początek roku w Chinach ustalany jest według kalendarza księżycowego, to jest to święto ruchome. Chińczycy rozsypani po całym kraju zjeżdżają do rodzinnych domów i ostatniego dnia starego roku spotykają się podczas uroczystej kolacji całą rodziną.
W tym czasie ulice miast przyozdobione są na czerwono. Kolor czerwony jest w Chinach kolorem szczęścia, powodzenia i miłości, ochroną przed złem.
Nowy Rok Chiński rozpoczyna się wraz z nowiem księżyca i kończy po 15 dniach w czasie jego pełni. W świetle opartej na kalendarzu księżycowym astrologii chińskiej, ludzie przynależą do 12 znaków zodiaku, a każdy znak rządzi całym rokiem.
Swoje panowanie obejmuje właśnie kolejne, siódme zwierzę, które uczestniczyło w Wielkim Wyścigu. Tym razem z głośnym tętentem i z rozwianą grzywą przybył Koń.
Legenda mówi, że gdy Koń był już niemal przy mecie, to z rzeki wyskoczył sprytny Wąż i wystraszył go na moment. Dzięki temu wyprzedził go o włos. Dlatego Koń przybył jako siódmy. Cesarz uśmiechnął się wtedy łagodnie i powiedział:
— Nie każdy, kto zwycięża, jest zwycięzcą. Ty, Koniu przynosisz światu ruch, radość i natchnienie.
W kulturze chińskiej Koń bowiem symbolizuje energię, ambicję, wolność i sukces. To zwierzę, które nie znosi stagnacji. Uwielbia zmiany, podróże, nowe pomysły i nie boi się wyzwań. Koń jest szczery, lojalny i namiętny, choć czasem zbyt porywczy. Ale czyż to nie właśnie w tym tkwi jego piękno?
Mój koń
Niemało koni jest na świecie
Odważnych, lotnych, urodziwych,
Ale takiego nie znajdziecie
Jak mój Kasztanek złotogrzywy.
Kasztanek gwiazdkę ma na czole,
Sprężyste nogi, piękny ogon.
A kiedy niesie mnie przez pole,
Ludzie napatrzyć się nie mogą.
Ileż odbyliśmy podróży,
Ileśmy lądów przejechali,
A on mi zawsze wiernie służył
W Afryce, w Azji, w Australii.
Gdy w pióropuszu Indianina
Lekko uniosę się w strzemionach,
Kasztanek, pędząc jak lawina,
Każdą przeszkodę w lot pokona.
A kiedy rankiem w drogę rwie się,
Napięty ogon lśni jak struna.
Gdzie tylko zechcę, wnet mnie niesie
Poczciwy koń mój na biegunach.
Igor Sikirycki
Rok Konia w chińskim kalendarzu księżycowym przypada w okresie od 17 lutego 2026 do 5 lutego 2027.
Rok 2026 będzie Rokiem Ognistego Konia, który zdarza się raz na 60 lat.
Ogień potęguje energię, charyzmę i kreatywność, ale też niekiedy przynosi gwałtowne emocje. To czas, w którym świat może przyspieszyć jeszcze bardziej. Ludzie będą odważni, przedsiębiorczy, gotowi działać, ale też bardziej impulsywni.
Chiński przesąd mówi, że rok Ognistego Konia jest zły dla samego Konia, jak i jego rodziny. Dlatego w tym czasie na Dalekim Wschodzie tym czasie rodzice powstrzymywali się od płodzenia dzieci, wzrastała też liczba aborcji. Wszystko po to, aby ustrzec się nieszczęścia. Czy jednak jest tak naprawdę?
Astrologowie mówią, że Rok Konia sprzyja jednak rozpoczynaniu nowych przedsięwzięć, podróżom, zmianom zawodowym, miłości z pierwszego wejrzenia i twórczym eksplozjom pomysłów. W tym okresie wszelkiego rodzaju działania osiągają większą skuteczność. To czas zdrowego rozsądku i dobrego nastroju, który służy wszystkim.
Rok Konia to jeden z lepszych okresów według horoskopu chińskiego. 
Koń z pewnością wprowadzi do naszego życia nowe zasady. W  horoskopie chińskim to symbol wolności, pasji i odwagi, a żywioł Ognia dodatkowo wzmacnia te cechy. Wraz z końcem refleksyjnego i spokojnego Roku Węża 2025, poczujemy nagłą zmianę. Nabierzemy entuzjazmu, chęci do działania, będziemy podejmowali decyzje o wiele szybciej niż dotychczas. Zacznie się czas wyścigu, dlatego nie będziemy zwalniać tempa, popędzimy do przodu. Konie to przecież najpiękniejsi biegacze świata. Galopują przez stepy, łąki, a wiatr rozwiewa ich grzywę. Uosabiają siłę i delikatność zarazem. Trudno nie podziwiać ich smukłej sylwetki, płynności ruchów, ognistego temperamentu. Są piękne, szybkie, zwinne, wolne... Jednak astrologowie przestrzegają, że nie wolno spalać się w biegu. Dlatego trzeba uważać, by nie pogubić się w pędzie. Nawet Koń  musi czasem przystanąć, napić się wody z rzeki i spojrzeć na swoje odbicie w tafli wody.
Relacje między ludźmi w 2026 roku nabiorą wyjątkowej intensywności. To dobry czas, by pogodzić serce z rozumem, a marzenia z codziennością.  Trzeba pamiętać, że Koń jest szczery i ciepły, ale bywa też niecierpliwy. Coś o tym wiem...
A ja, jako Koń, po cichu wierzę, że może właśnie nadszedł mój czas, że wszystko ułoży się dobrze... Że przesąd się nie spełni...Jaki zatem będzie ten rok dla mnie?
Rok 2026 zapewne dla mnie rokiem przełomowym. Ale nie takim, który przychodzi gładko, bez wysiłku. To rok, w którym "spalę" to, co stare, aby zrobić miejsce dla nowego. Według horoskopu będzie to czas decyzji, odwagi i oczyszczenia. Możesz poczuć, że pojawić się nowe, mogę zmienić kierunek biegu...
Dla mnie, Konia z natury, to powinien być rokiem spełnienia. Rok, w którym będę mogła kłusować przed siebie bez lęku, z sercem pełnym iskier.
To czas, w którym Twoja intuicja stanie się Twoim kompasem jeśli jej zaufasz, poprowadzi Cię dokładnie tam, gdzie trzeba. Nie bój się ryzyka, ale działaj z planem
Znajdź codzienny rytuał uspokojenia: spacer, medytację, taniec, muzykę.
Uważaj na układ nerwowy i serce — Koń często pędzi, zanim odpocznie. Naucz się zatrzymywać.
Nie da się jednak zatrzymać czasu. Jest on dla nas nieubłagalny. Dopiero był poniedziałek, a tu już jest piątek, weekend i od nowa… Zegar wybija sekundy, minuty, godziny. Z dnia na dzień wydaje mi się, że czas pędzi jeszcze szybciej niż wczoraj. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu. Ciągle naprzód i naprzód. Czas nie ma się czasu zatrzymać...
Dlatego powinniśmy czerpać z życia, z każdego dnia, z każdej chwili tego co najlepsze...
No tak, zatrzymałam się, zamyśliłam, a czas pobiegł już naprzód jak koń w galopie
Z drugiej strony nie należy się dać ponieść koniowi. Koń przecież zbyt szybko się płoszy i łatwo może nas zrzucić.
Wschód słońca w stadninie koni
Słońce nad stadniną,
w końską grzywę chowa twarz,
wstęgą nad łąkami
jeszcze się unosi mgła...
Stoją napięte
jak strzała gdy drży,
nim cięciwy świst
znów do lotu ją poderwie.
Konie, dumne konie,
zasłuchane w szumy traw,
lekkie i swobodne,
jak na czystym niebie ptak.
Kiedy tak patrzę,
do biegu się rwą
chciałbym uciec stąd,
chciałbym gnać za swą tęsknotą...
Tam, gdzie lśni horyzont,
drga niebieską linią
wprost w otwarte wrota chmur,
siwych chmur,
tam, gdzie w kuźni słońca
dzień powstaje nowy,
gdzie wytycza drogi
rytm - serca rytm.
Konie, dumne konie
w blasku wstającego dnia,
czułe i szalone,
czemu was uwielbiam tak?
Nieraz poniosą,
poniosą jak wiatr,
czasem bywa tak,
jak z dziewczyną...
Krzysztof Dzikowski
Czas, aby zaufać instynktowi i wreszcie ruszyć drogą, o której marzyłam od dawna.
Niech więc 2026 przyniesie wszystkim wiatr w grzywie, radość w sercu i odwagę, by ruszyć tam, gdzie prowadzi nas instynkt.

sobota, 31 stycznia 2026

Między płomieniem a ekranem

Początek lutego to czas zawieszenia. Zima jeszcze trwa, dzień dopiero zaczyna się wydłużać, a wiosna pozostaje obietnicą.
Głęboko w szafie z godnością odpoczywają gromnice
zmęczone życiem staruszki z kroplami zastygłego wosku
opowiadają sobie historie z dawnych lat
czytając wzajemnie w woskowych sercach
w tych sercach nadal pomrukują uciszone pioruny
oddalone choroby i niebezpieczne zasadzki
drzemią dobre chwile komunijnych obietnic i marzeń dziecięcych
budzą się chrzcielne kąpiele nowych pokoleń
zaklęte w modlitwie dłonie umierających rozpływają się w mglistych obrazach
niejedna łza tęsknoty spada
gdy nabożnie wyciągam moje gromnice ze starej szafy
w której przechowuję najcenniejsze wspomnienia
skarby moje i tych co nauczyli mnie kochać gromnice.
Drugiego lutego, jak co roku zapalę świecę. Nie tą największą. Nie najnowszą. Ale tą starą, kapiącą na dłoń, pamiętającą dłonie ośmioletniej Małej Dziewczynki, inne zimy, inne drogi do domu. To przecież święto Matki Boskiej Gromnicznej, czyli Ofiarowania Pańskiego, obchodzone w Kościele od IV wieku. Upamiętnia ono przyniesienie Jezusa do świątyni i słowa Symeona: 

"Teraz, o Władco, pozwól odejść słudze Twemu
w pokoju, według Twojego słowa.
Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie,
któreś przygotował wobec wszystkich narodów:
światło na oświecenie pogan
i chwałę ludu Twego, Izraela".
 
Dziś niewiele osób pamięta, dlaczego ten dzień był tak ważny. Dla większości to zwykła data w kalendarzu. A przecież dawniej 
gromnica była jednym z najważniejszych przedmiotów w  domu. Wierzono, że jej płomień chroni przed burzą, mrozem, chorobą i nagłą śmiercią. Zapalano ją podczas nawałnic, przy konających, a także wtedy, gdy rodziło się dziecko. Na belkach stropu często rysowano znak krzyża okopconym knotem na ochronę domu i obejścia.
Luty nazywano wilczym miesiącem. To był czas największego głodu i strachu — zarówno ludzi, jak i zwierząt. Według ludowych podań Matka Boska Gromniczna chodziła nocą po polach, pilnując ozimin i odpędzając wilki od ludzkich siedzib. Często przedstawiano ją z zapaloną świecą, osłaniającą ludzi i zwierzęta przed niebezpieczeństwem.
Ale o tym już pisałam TUTAJ
Dla mnie ten dzień od zawsze miał jeszcze jeden wymiar. Drugiego lutego swoje urodziny i imieniny obchodziła Babcia Domowa. Gdy zapalam gromnicę, myślę o niej, a także o tym, jak wiele znaczeń może zmieścić się w jednym płomieniu.
Zapalenie świecy to dla mnie nie przesąd, a raczej gest pamięci. Chwila, w której człowiek zwalnia i przypomina sobie, skąd jest.
Początek lutego to także czas rozstań. Drugiego lutego definitywnie znikają choinki, ozdoby świąteczne, milkną kolędy, kończy się czas Bożego Narodzenia. Jest w tym lekki żal, ale i zrozumienie, że nic nie trwa wiecznie. Gdyby święta były cały rok, przestałyby być wyjątkowe. Jest więc zgoda na ten rytm rzeczy, na naturalne następstwo świąt i zwyczajności, które porządkuje nasze życie.
Święto Matki Bożej Gromnicznej od zawsze jest takim momentem przejścia.
Lubię ten moment. Jeszcze nie wiosna, ale już nie święta. Czas, w którym można spojrzeć spokojniej na to, co było, i na to, co dopiero przyjdzie. Bez dużych planów, bez postanowień. Wystarczy cicha nadzieja, że to, co nie tylko pod ziemią i śniegiem, znowu się obudzi.
Słowa
Dobre słowa
poszybowały z podmuchem wiatru
białe ptaki
wtopione w błękit zwyczajnych dni
zanoszą codzienne wieści
bez nich wszystko byłoby inne
zwyczajność sprawia
że bliskość nie rani
nie zagraża cudzemu szczęściu
na zbudowanych gniazdach przyjaźni
osiadają słowa
tysiące słów
o barwie szczerości
utkanej na tych samych falach odbioru
co nie zakłócają cudzego spokoju
trwaj
w tej samej codzienności
by dobre słowa
niczym ptaki
szybowały do drugich serc
Drugiego lutego są też moje wirtualne urodziny. Trudno mi uwierzyć, że piszę tutaj 8 lat Jednak tak naprawdę piszę już 20 lat. Wcześniej 12 lat na zlikwidowanych stronach WP. Ale o tym zapewne pamięta jeszcze tylko Jola. Przez przez ten czas tyle myśli znalazło swoje miejsce w słowach wysyłanych w przestrzeń bez gwarancji odpowiedzi. Pisanie stało się cotygodniowym nawykiem, nawet wtedy, gdy nie było pewne, czy po drugiej stronie ktoś naprawdę jest.
A zatem w poniedziałek kolejne wirtualne urodziny. Bez świeczek i tortu. Zamiast tego jest ekran, migający kursor i chwila zawieszenia. Cisza teraz panująca dookoła wydaje się dłuższa niż zwykle, jakby wszystko miało zacząć się dopiero po kliknięciu „opublikuj”. Nie ma zapachu ciasta... Jest jednak nadzieja, że za chwilę ktoś po drugiej stronie ekranu pamięta. Może ktoś napisze? Może ktoś wpadnie na moment, zostawi krótkie „pamiętam”, kilka życzliwych słów, znak obecności. Czasem dla niektórych znaczą one więcej, niż mogłoby się wydawać. To potrzeba bycia zauważonym. 
A ja? Za każde życzliwe słowo czuję wdzięczność, bo każde z nich potwierdza, że te lata nie minęły bez śladu. Że to pisanie nie rozpływa się w pustce. Że ktoś czytał, ktoś się zatrzymał, ktoś wracał. Świętuję więc po cichu, między jednym zdaniem a drugim, ciesząc się każdą obecnością, która choć na chwilę zdecyduje się tu zatrzymać i zostać.
Każdy komentarz, każda myśl zostawiona nawet w biegu, działa jak mały płomień, który nie ogrzeje całego świata, ale potrafi rozjaśnić chwilę.
I wtedy myślę, że choć znaczenie starej gromnicy jest głęboko religijne, a nowoczesny ekran należy do zupełnie innego porządku, oba mogą stać się dla człowieka znakiem obecności i pamięci. Pomagają przetrwać ciemniejszy moment roku. Żeby zaznaczyć obecność. Żeby powiedzieć: jestem, pamiętam, widzę. Oczywiście każde z nich na swój sposób.
Iskierki radości
Widziałam radość w twoich oczach
dwie błyszczące iskierki
w których odbija się płomień świecy
tak cieszą się ludzie
dla których wiatr to szum za oknem
a płatki śniegu to baśniowe dary
oczekiwanie – spełnienie
i znów oczekiwanie
jak muśnięcie – dotyk czyjegoś serca
o barwie świeżego śniegu
radość jak ptak
przycupnęła na świerku
zapalonymi lampionami dobrych myśli
potem usiadła na ramieniu
by pozostać w domu
w którym będzie jej ciepło
bo radość często puka
w otwarte drzwi
i zagląda do oczu
w których odbija się zawsze błękitne niebo. 
wiersze Basia Wójcik
I może właśnie o to w tym wszystkim chodzi, aby w czasie zawieszenia nie zgubić drobnych znaków, które pozwalają iść dalej. Wystarczy jedno małe światło, dosłownie iskierka aby nie zgubić drogi. 
Bo niezależnie od epoki człowiek wciąż szuka światła, które nie musi rozpraszać całej ciemności. Wystarczy, że pomoże przetrwać noc.
Reszta przyjdzie sama, gdy człowiek pozwoli sobie na chwilę uważności i pamięci.

wtorek, 20 stycznia 2026

To, co zostaje na zawsze

Styczeń jak zawsze przyszedł hucznie, głośny od fajerwerków, śmiechu, głośnych odliczeń, życzeń.... Wpadł przez otwarte okna niczym zimny powiew.
Jednak gdy nastał poranek Nowego Roku, gdy sylwestrowy gwar wreszcie opadł, Pan Styczeń powoli milknie, spowalnia, odnajduje swój prawdziwy, trochę zamyślony rytm. Dla Małej Dziewczynki to zawsze czas pełen wspomnień. Jak bowiem  wiadomo, był to miesiąc jej Dziadków. Oboje w tym miesiącu świętowali swoje urodziny, imieniny. No i jeszcze ten Dzień Babci i Dziadka...
Wspomnienia
Odwiedzaj swoje wspomnienia,
Uszyj dla niech płócienne pokrowce.
Odsłoń okna i otwórz powietrze.
Bądź dla nich serdeczny i nigdy
nie daj im poznać po sobie.
To są twoje wspomnienia.
Myśl o tym, kiedy płyniesz
w sargassowym morzu pamięci
i trawa morska zarasta ci usta.
To są twoje wspomnienia, których
nie zapomnisz aż do końca życia.
Zagajewski Adam
Tego roku wspomnienia nie czekały, aż Mała Dziewczynka otworzy ich szufladę. Same wysunęły się na światło, jakby wiedziały, że są jej potrzebne bardziej niż kiedykolwiek.
Najpierw pojawił się więc zapach, otulając ją niczym ciepły szal.
Babcia pachniała zawsze swoją ulubioną Panią Walewską i nieodłącznym kremem  Nivea.
W jej kuchni unosił się zapach, rosołu, pieczonego mięsa, drożdżowego ciasta, maślanych bułeczek które parowały jakby były jeszcze ciepłe od jej serca....
A kiedy przez drzwi wchodził Dziadek, dom pachniał także jego wodą kolońską, koperkiem,  ziemniakami, kapustą lub kalafiorem, jabłkami, truskawkami,  które przynosił w wiklinowym koszu z działki. Nie zapominał też o pachnących kwiatach dla Babci, zwłaszcza tych różowych różach.
Ten dom pachniał latem, bezpieczeństwem, spokojem, miłością... Te zapachy Mała Dziewczynka od lat niesie w sobie jak najcenniejsze i najpiękniejsze na świecie. I u niej od zawsze pachnie krem Nivea, a ostatnio podarowana jej przez Mamę Pani Walewska.
Za zapachem przychodził dźwięk. Taki trochę cichy, jakby wspomnienia nie chciały wyrywać Małej Dziewczynki z zamyślenia, zanurzenia w zapachach. Dźwięki po chwili były już jednak wyraźne, rozpoznawalne. Pierwszy to szum pracującej Frani i dzwonek tak rzadkiego wówczas telefonu.
Kroki Dziadka na ganku, brzęk kluczy w kieszeni, otwieranie kramy garażowej, warkot jego samochodu, pogwizdywanie, szuranie laczkami w domu i to najważniejsze: „Już jestem”.
Babcia delikatnie stukała naczyniami w kuchni, włączała radio, które tak lubiła słuchać. Babcia lubiła śpiewać. Śpiewała niezbyt głośno, jakby piosenka przeznaczona była tylko dla domowników. A popołudniu przy pobrzękiwaniu drutów Babcia snuła opowieści. Opowieści te prawdziwe, ale i trochę przez nią ubarwione, zaczarowane. Ale w uszach Małej Dziewczynki nadal jeszcze brzmi wołanie Babci przed obiadem lub kolacją, gdy wychlała się przez okno i wołała: "Do domu..."
Niezmiennie pojawiał się odgłos pociągów. Najpierw ten dobrze znany stukot kół i ciężkie westchnienia parowozu, którym dawno temu  jeździła Małą Dziewczynka do Małego Miasteczka. Rytmiczne „tak–tak” przeplatające się z sykiem pary, jakby pociąg też cieszył się, że wiezie ją do Babci i Dziadka. A potem był ten drugi, ten słyszany z kuchennego okna Dziadków. W oddali słuchać było przede wszystkim częste głośne gwizdy pociągów. Do tej pory Mała Dziewczynka uważa, że w okolicach Małego Miasteczka te pogwizdywania są najgłośniejsze.
Na końcu za zapachem i dźwiękiem zawsze przychodziły obrazy.
Najpierw nieśmiałe, jakby malowane akwarelą, potem wyraźniejsze, nabierające barw i kształtów.
Pierwszy, to obraz Babci i Dziadka na peronie dworca Małego Miasteczka, jakby całe życie czekali tylko na ten jeden pociąg z którego wysiądzie także Małą Dziewczynka.
Wspomnienia różnie płyną
nie bacząc na nasze oczekiwania
mieszają dźwięki zapachy i kolory
a może inna jest kolejność tylko my nie wiemy
falami łez i uśmiechów zalewają drogi istnienia
wdzierają się do mózgu mimo braku zaproszenia
łamią serce albo je leczą zupełnie za darmo
nieuporządkowane natarczywe i wytrwałe drążą bruzdy i szczeliny
zmuszają do przystanku niecierpliwych przechodniów 
potrafią przycupnąć na zakrętach i rozstajach
albo ukryć się pod starą deską i na popękanych szybach
kocham je miłością trudną i stałą
przytulam ostre krawędzie i wygładzam je o swoje zwyczajne życie…
Basia Wójcik
Potem przyfruwał obraz mieszkania Dziadków.
Kuchnia z piecem pod którym Babcia rozpalała ogień. Pokoje z kaflowymi piecami, o które dbał Dziadek. No i przedpokój z dużym lustrem i czerwonym telefonem. Duży pokój z owalnym stołem, na którym leżał biały koronkowy obrus, który Babcia najpierw wygładzała dłonią, choć i tak leżał równo. Potem stawiała na nim wazon ze świeżymi kwiatami. Do tego pokoju Mała Dziewczynka wchodziła rzadko. Dopiero jak pojawił się telewizor zaglądała tam częściej. Przede wszystkim w mieszkaniu bawiła się z bratem w małym pokoju wujka, a najchętniej na balkonie, gdzie królowały babcine pelargonie.
Pojawiała się też działka Dziadków, z gankiem, altanką i stołem również przykrytym obrusem. Na stole Babcia kładła talerz maślanych bułeczek, czy też czasem biszkopt z galaretką, zwłaszcza gdy Mała Dziewczynka jeszcze w lipcu obchodziła swoje imieniny. Ale Działka to przede wszystkim praca. Dlatego Mała Dziewczynka widzi Dziadka w kapeluszu wykopującego młode ziemniaczki lub Babcię z haczką, która walczyła z chwastami. Widzi także samą siebie, gdy pomagała zbierać porzeczki, najchętniej te czerwone, bo szybko zapełniały wiaderko. Zdecydowanie wolała to bardziej niż zbieranie do słoiczka stonki.  Najwyraźniej widać jednak jak razem z Babcią siedzi przy stole i obierają zielony groszek. który w przypadku Małej Dziewczynki tylko w połowie trafiał do miseczki. Reszta bowiem była pałaszowana z apetytem. 
Oczywiście nie można zapoznać o widoku Naszej Dróżki. Tak ją nazywała Babcia.  Dróżka najpierw prowadziła powoli pod górę, między polami, które miejscami były wyższe niż Babcia. Szło się niczym w niecce, dookoła na wysokości oczu tylko maki, chabry, kłosy zbóż... Na szczycie czekał widok rozległej przestrzeni. W dole sunęły i pogwizdywały pociągi.
Ta dróżka została w pamięci na zawsze. Mała Dziewczynka za każdym razem, gdy jest w Małym Miasteczku wędruje nią, wspomina i zachwyca się nadal widokami
Chwila
Idę sto­kiem pa­gór­ka za­zie­le­nio­ne­go.
Tra­wa, kwia­tusz­ki w tra­wie
jak na ob­raz­ku dla dzie­ci.
Nie­bo za­mglo­ne, już błę­kit­nie­ją­ce.
Wi­dok na inne wzgó­rza roz­le­ga się w ci­szy.
Jak­by tu­taj nie było żad­nych kam­brów, sy­lu­rów,
skał war­czą­cych na sie­bie,
wy­pię­trzo­nych ot­chła­ni,
żad­nych nocy w pło­mie­niach
i dni w kłę­bach ciem­no­ści.
Jak­by nie prze­su­wa­ły się tędy ni­zi­ny
w go­rącz­ko­wych ma­li­gnach,
lo­do­wa­tych dresz­czach.
Jak­by tyl­ko gdzie in­dziej bu­rzy­ły się mo­rza
i roz­ry­wa­ły brze­gi ho­ry­zon­tów.
Jest dzie­wią­ta trzy­dzie­ści cza­su lo­kal­ne­go.
Wszyst­ko na swo­im miej­scu i w układ­nej zgo­dzie.
W do­lin­ce po­tok mały jako po­tok mały.
Ścież­ka w po­sta­ci ścież­ki od za­wsze do za­wsze.
Las pod po­zo­rem lasu na wie­ki wie­ków i amen,
a w gó­rze pta­ki w lo­cie w roli pta­ków w lo­cie.
Jak okiem się­gnąć, pa­nu­je tu chwi­la.
Jed­na z tych ziem­skich chwil
pro­szo­nych, żeby trwa­ły.
Wisława Szymborska
Wspomnienia pozostają z Małą Dziewczynką jeszcze przez jakiś czas. To one prowadzą ją przez czas, przypominając, że to, co najcenniejsze, zostaje w nas na zawsze.
Po chwili do drzwi puka codzienność. Wspomnienia na pożegnanie jeszcze raz uśmiechają się i wracają do swojej szuflady. Ciekawe na jak długo?

środa, 7 stycznia 2026

Mały liść, wielki smak

To już moja 400 opowieść. Będzie ona jednak zwykła, z roślinnego cyklu.  

Dzisiaj o przyprawie, która jest znana od wieków i chociaż została wymieniona nawet w Inwokacji, to  nadal wciąż jest rzadko używana w naszej kuchni. A może się mylę?
A przecież ta niepozorna roślina, która czasem rośnie skromnie na uboczu za lubczykiem lub melisą, jakby nie chciała się narzucać. Jednak ma w sobie wielką siłę, zaklętą w drobnych listkach.
Litwo, Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie;
Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie
Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie.

Panno święta, co Jasnej bronisz Częstochowy
I w Ostrej świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy
Nowogródzki ochraniasz z jego wiernym ludem!
Jak mnie dziecko do zdrowia powróciłaś cudem
(— Gdy od płaczącej matki, pod Twoją opiekę
Ofiarowany martwą podniosłem powiekę;
I zaraz mogłem pieszo, do Twych świątyń progu
Iść za wrócone życie podziękować Bogu —)
Tak nas powrócisz cudem na Ojczyzny łono!...
Tymczasem, przenoś moją duszę utęsknioną
Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych,
Szeroko nad błękitnym Niemnem rozciągnionych;
Do tych pól malowanych zbożem rozmaitem,
Wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem;
Gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała,
Gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała,
A wszystko przepasane jakby wstęgą, miedzą
Zieloną, na niej zrzadka ciche grusze siedzą.
Dzięcielina czyli po prostu cząber.
Naturalnym środowiskiem występowania cząbru ogrodowego są kraje rejonu Morza Śródziemnego i Azji Zachodniej.
Zioło to znano już w starożytnym Egipcie, gdzie stosowano cząber do konserwacji pożywienia i aromatyzowania win. Starożytni Grecy zachwycali się jego miłosnym aromatem – cząber uznawany był za afrodyzjak, wg legendy uprawiali go sami bogowie Olimpijscy, by dodać smaku swoim potrawom.
W starożytnym Rzymie gałązki cząbru były częścią składową wieńców laurowych, które były symbolem zwycięstwa.
Zanim na kontynent europejski trafiły zamorskie przyprawy korzenne, cząber uchodził za jedno z najbardziej intensywnych w smaku ziół dodawanych do potraw.
Tak dzisiaj opowieść o cząbrze.
Inne nazwy tej rośliny to: cząberek, pieprzyk, ziele fasolowe, satureja (od nazwy łacińskiej) i oczywiście dzięcielina.
Cząber znany był starożytnym Rzymianom i Grekom. Stosowano go nie tylko w kuchni, ale też w medycynie. Hipokrates i Dioskurides zalecali cząber w chorobach pęcherza moczowego i żołądka oraz w przypadku zapalenia płuc.
Zioło to znano już w starożytnym Egipcie, gdzie stosowano go do konserwacji pożywienia i aromatyzowania win.
Starożytni Grecy uznawali cząber za afrodyzjak. A wg legendy uprawiali go sami bogowie Olimpijscy, by dodać smaku swoim potrawom.
Do Europy północnej przeniosły go legiony rzymskie.
Cząber szybko rozprzestrzenił się do Europy Środkowej i Zachodniej, stając się jedną z ulubionych przypraw kuchni polskiej, niemieckiej i francuskiej.
W średniowieczu był nieodzownym elementem przyklasztornych ogrodów zielnych. Mnisi cenili cząber ogrodowy jako roślinę ułatwiającą strawność tłustych mięs, a także naturalny środek wspierający walkę z przeziębieniem. Marcin z Urzędowa pisał, że: „cząber jest pospolite ziele, że je też w serzech jedzą w Polszcze". Wspomina go też Syreniusz. Ongiś wierzono w jego magiczną moc, jak również w to, że spożywanie cząbru pobudza do podejmowania szlachetnych czynów. Wchodził w skład tzw. afrodyzjaku. Był wówczas zarówno rośliną leczniczą, jak i przyprawową.
Według nauk św. Hildegardy, spożywany na surowo, wzmacniał serce i żołądek, pomagał na melancholię oraz poprawiał wzrok.
Ostra Brama
Modlitw ludzkich macierzanko wonna,
Gorzki cząbrze, woni serc najprostszych ,
Przeciw złu – najhartowniejsze ostrze,
Przeciw wrogom – Wieżo Obronna.
O, Najświętsza Panno Ciemnolica,
Zasłuchana w powszednie modlitwy,
W ich treść prostą, codzienną, pilną
Odgrodzona od ziemi – księżycem,
Gdzie jest napis : Dzięki Ci za Wilno.
Matko…
Matko Polski i Litwy
Krystyna Krahelska
Jego nazwa łacińska "satureja"oznacza pełny, obfity, nasycony, co bardzo trafnie sugeruje, do jakich potraw warto go dodawać.
W języku niemieckim nazywany jest Bohnenkraut – ziele fasolowe – ponieważ łagodzi skutki spożycia roślin strączkowych. Cząber zawiera bowiem wysokie ilości olejków eterycznych, które korzystnie wpływają na trawienie i pracę jelit.
Cząber zawiera właśnie przede wszystkimolejki eteryczne. W jego składzie można także znaleźć garbniki, flawonoidy, witaminę C oraz sole mineralne (m.in. wapń, magnez, żelazo).
Zawarte w nim substancje działają przeciwzapalnie, antyseptycznie, wiatropędnie i przeciwbiegunkowo. Ziela cząbru używa się jako składnika mieszanek ziołowych pobudzających wydzielanie soków żołądkowych i przeciwskurczowych. Stosuje się je przy braku apetytu, niestrawnościach, bólach brzucha, biegunkach i wzdęciach. Zewnętrznie ziela cząbru używa się jako dodatku do kąpieli, zwłaszcza małych dzieci, przy stanach zapalnych skóry. Zaleca się picie naparu z ziela cząbru. Jest on bowiem skutecznym środkiem przeciwrobaczym, działa także wykrztuśnie.
Jednak cząber ogrodowy ma współcześnie większe znaczenie w sztuce kulinarnej niż w medycznej.
Właśnie w kuchni pokazuje swoje najważniejsze oblicze – ostre, pikantne, gorzkie, zdecydowane. Jest on świetną przyprawą wykorzystywaną podczas przyrządzania ciężkostrawnych posiłków. Ponieważ ma specyficzny smak, to nadaje potrawom wyrazistości. . Najczęściej dodaje się go właśnie do roślin strączkowych, stąd jego dawna nazwa „fasolowe ziele”. Jest nieodłącznym składnikiem fasolówki i grochówki. Warto go też dodać do ciecierzycy i soczewicy. Nadaje ciekawy aromat zupom o mało wyraźnym zapachu, takim jak krupnik lub ziemniaczana. Dobrze komponuje się też z pomidorami, ziemniakami... Dodawany jest do tłustych mięs i ryb, gęstych sosów i farszy. Wchodzi w skład ziół prowansalskich, czubrycy zielonej i pieprzu ziołowego. Bez cząbru strączki bywają ciężkie, a potrawy... po prostu nudne. Z cząbrem wszystko nabiera głębi...
Cząber może zastąpić w kuchni dietetycznej sól i pieprz.
Dodanie go do marynat, kiszonek czy mięs przedłuża ich trwałość i chroni przed rozwojem drobnoustrojów.
W kosmetyce cząber znalazł także swoją niszę jako środek do pielęgnacji i dezynfekcji skóry tłustej lub trądzikowej.
Co jeszcze potrafi ta niepozorna przyprawa?
Można dodać go do kąpieli dla dzieci, gdy ich skóra potrzebuje ukojenia – albo po prostu, by zapach ogrodu przeniósł się do łazienki i ukołysał do snu. Zawarte w cząbrze terpeny wykazują delikatne działanie uspokajające, pomagają rozładować napięcie i poprawić jakość snu.
...
Śpiąca nocka, śpiąca,
Gwiazdy z nieba strąca
Tuż przed wschodem słońca.
Szuka miejsca do snu
Pod filarem mostu
W cienistym zaroślu.
Gdzie ciemno i mrocznie
Tam nocka odpocznie
Gdy się słońce schowa,
Obudzi ją sowa,
Znów będzie wędrować.

Dylu, dylu, na badylu,
Śpij biedronko, śpij motylu.
Śpij lebiodo i cząbrze,
Nocko snów im nie skąpże.
Ześlij baśnie i dziwy
Dla ostu i dla pokrzywy.
Niech się w całym ogrodzie
Rozsiądzie sen dobrodziej.

Przyszły liski do kołyski,
Miały bardzo senne pyski,
Senne łapki, senne nosy
I ziewały wniebogłosy
Aaaa Aaa____Aaaa Aa
Niech już śpi dziewczynka mała,
Niech już zaśnie, nie kaprysi.
Darujemy jej sen lisi,
Mocny, smaczny i głęboki,
Cichy jak te lisie kroki.
Jest w nim pięknych rzeczy wiele:
Zapach trawy, listek rdzawy,
Piasku szelest, głosy pszczele,
Nad polami księżyc blady
I na śniegu drobne ślady…
Joanna Papuzińska
To zioło naszych babć, to skarb dawnych spiżarni... To smak tradycji zamknięty w niepozornym liściu. Prosty, a jakże wyrazisty...
Może warto zaskoczyć czasem swoich gości wyjątkowym aromatem serwowanych dań?  Szczypta cząbru potrafi przemienić prostą potrawę w aromatyczną i rozgrzewającą, która pachnie domem i tradycją.
Dziś, w świecie pełnym sztucznych dodatków i szybkich rozwiązań, warto wrócić do tego, co sprawdzone i prawdziwe.