czwartek, 26 maja 2022

Opowieść główką i ząbkami tkana

Czosnek olbrzymi
Nie zdmuchniesz
tak jak dmuchawca,
lecz na kwiat zetniesz
kulę, co uwagę zwraca...

Z przyziemnej różyczki
główkę ukazuje
czosnek olbrzymi,
co pęd w górę winduje...

Wzniesiony prosto
kwiatem jednobarwnym
na łodydze wysoko,
z wyglądem ciekawym...

Płatkami promienistymi
aczkolwiek drobnymi
puszy się słupkiem, pręcikami,
cudem z byliny - na ziemi...
Aleksandra Baltissen
Opowieść już dawno była przygotowana. Miała się pojawić miesiąc temu, ale los zdecydował inaczej. Dzisiaj zatem zaległa, utkana w kwietniu opowieść.
Była cebula, zatem dzisiaj o będę pisać o czosnku.     
Można go lubić lub nie. Nikogo jednak nie trzeba przekonywać, że czosnek jest zdrowy. Nawet te osoby, które nie lubią jego specyficznego zapachu, nie mogą mu odmówić niezwykłych właściwości.
Czosnek znany był już od najdawniejszych czasów. Zaczął być uprawiany ok. 5 tysięcy lat temu. Początkowo rozpowszechniony został w Chinach, następnie w Indiach. Dużą popularność zyskał w starożytności. Uprawiali go Rzymianie, Asyryjczycy, Egipcjanie, Grecy, Hebrajczycy i Arabowie. Wymienia go biblijna Księga Liczb:
Tłum pospolitego ludu,
który był wśród nich, ogarnęła żądza.
Izraelici również zaczęli płakać, mówiąc:
„Któż nam da mięsa, abyśmy jedli?  
Wspominamy ryby, któreśmy darmo jedli w Egipcie,
ogórki, melony, pory, cebulę i czosnek.
Tymczasem tu giniemy, pozbawieni tego wszystkiego.
czy nasze nie widzą nic poza manną”.
Gdy w Egipcie ok. 1600 r. p.n.e. robotnicy przy budowie piramidy nie otrzymali czosnku – wybuchł bunt.
Rzymianie spożywali czosnek, by spowodować przypływ odwagi. Wpływ czosnku na sprawność bojową zaobserwowały i zmierzyły wojska amerykańskie (wyliczono wzrost sprawności o 11%) podczas wojny koreańskiej. Dla „podniecenia odwagi” karmiono też czosnkiem koguty przygotowywane do walk.
Używali go również żeglarze by zapobiec zatonięciu statku.
Czosnek umieszcza się w domu, by zapobiec inwazji złych sił, oddalić złodziei i rabusiów. Zawieszano także czosnek nad drzwiami domu, by nie przybywali do niego zawistni goście.
Z ok. 450 roku p.n.e. pochodzi indyjska „pieśń o czosnku”, w której opiewany jest on jako środek przedłużający ludzkie życie o setki lat.
Hipokrates i Galen polecali go jako lekarstwo w schorzeniach układu pokarmowego, oddechowego, jako środek moczopędny i antytoksyczny. Pliniusz Starszy skatalogował 61 leków czosnkowych. Zarówno Rzymianie jak i Grecy uprawiali czosnek w specjalnych ogrodach czosnkowych
Starożytni Grecy i Słowianie uważali, że czosnek chroni przed ukąszeniami żmij i ich skutkami.
Słowianie wierzyli, że noszenie przy sobie czosnku zabezpiecza skutecznie przed upiorami i wampirami. Owoc ten ma też inne cenne właściwości. Ząbek czosnku zapiekają w połaźnikach łemkinie by w święto Jordanu dać kawałki wypieku (koniecznie z ząbkiem czosnku) każdej z hodowanych krów.
Na ziemie polskie czosnek trafił w średniowieczu, przywieziony najprawdopodobniej przez Tatarów. Był uniwersalnym lekiem i pokarmem warstw ubogich (określenie zjadacz czosnku znaczyło to samo co nędzarz)
W medycynie polskiej wsi czosnek był stosowany głównie przy chorobach układu oddechowego (podawany często z mlekiem, niekiedy z miodem), ale także przy dolegliwościach ze strony układu pokarmowego, przy chorobach zakaźnych, przy bólach zębów i dziąseł, a nawet przy chorobach serca i naczyń, bólach głowy, reumatyzmie itd. Czosnek był stosowany także w weterynarii ludowej. Leczono nim  kaszel u koni, a kurom podawano czosnek ze słoniną, aby je uchronić od pypcia:)))
Mario siostro Łazarza
gdy Pan wszedł do domu
zapomniałaś o piecu
nie nakryłaś stołu
bo miłość zaczyna się od niejedzenia
nieważnym stał się czajnik inaczej naciągacz
kasza jak chuda wrona sądzona za rozpacz
czosnek jak zęby wiedzmy
z zasady nierówne
powiedz siostrze swej Marcie
gdy Pana zobaczę -

czemu latasz po kuchni i po rondle skaczesz

- nic nie zjem. Padnę na pysk
jak grzech się rozpłaczę
Ksiądz Jan Twardowski
Współcześnie czosnek kojarzy się  z mrocznymi legendami, obrazem mglistych zamków w Transylwanii oraz z głównym „wielbicielem” tej aromatycznej rośliny – Hrabią Drakulą. O tym słyszeli wszyscy. Dodam tylko, że chłopi z Rumunii, chcąc bronić swoje bydło, smarowali czosnkiem rogi zwierząt.
W nocy z 29 na 30 listopada, w trakcie rumuńskiego „Halloween”, mieszkańcy obszarów wiejskich jedzą czosnek w dużych ilościach oraz smarują nim framugi okien i drzwi lub wieszają w nich czosnkowe warkocze.
Jeśli istnienie wampirów jest wciąż wątpliwe, to jedno jest pewne. Czosnek zajmuje znaczące miejsce w rumuńskiej kuchni regionalnej, ma szerokie zastosowanie w medycynie ludowej i jest nieodłącznym elementem folkloru tego kraju.
Właściwości czosnkowe zostały docenione także w Czechach, gdzie  co roku pod koniec lipca odbywa się popularny Festiwal Czosnkowy w parku otaczającym zamek Buchlovice. I ja zakochana w tym kraju (i w czosnku też) do tej pory o tym nie słyszałam?:)))))
Czosnek używany jest w medycynie od czasów starożytnych przy niezliczonych dolegliwościach. Przypisuje się mu działanie napotne, moczopędne, wykrztuśne oraz przeciwskurczowe w jelitach. Czosnek obniża poziom cholesterolu, obniżenia ciśnienia krwi
Czasem ponoć jest też skuteczniejszy od antybiotyków ze względu na zawarty w nim związek zwany allicyną (uwalniany z rośliny, gdy czosnek jest siekany lub miażdżony). Allicyna ma podobne właściwości do penicyliny. Czosnek jest naturalny i przeciwieństwie do większości antybiotyków, nie niszczy flory bakteryjnej i uważany jest za zioło, które leczy wszystko dzięki swemu oddziaływaniu na cały organizm.
W celu zwalczania grypy w Rumunii podaje się zupę czosnkową, w której pieczone główki czosnku łączy się z marchewką, cebulą, ziemniakami, pasternakiem i selerem. A do tego tost ze świeżo obranymi ząbkami czosnku. Zaczynam już być głodna:)))
Zastosowanie czosnku jest szerokie, jest to ważny składnik większości kuchni. Już odrobina tej przyprawy podnosi smak potraw z mięsa, ryb i warzyw pozostając przy tym niedostrzeżoną. Różne bukiety smaków zawierają czosnek. Jest on między innymi podstawą ostrej kuchni regionu śródziemnomorskiego.
Oczywiście mamy różne czosnki, choćby ten niedźwiedzi, ale ja lubię ten najzwyklejszy.  
Czosnek znany jest również pod nazwą "śmierdząca róża". Określenie to powstało w czasach Starożytnej Grecji i Rzymu. W Europie znany jako "najszlachetniejsza cebula", używany był jako lekarstwo i amulet w czasach średniowiecza. Zgodnie z arabską legendą cebulkę czosnku wyniósł na swoim kopycie szatan wygnany z raju. A czosnek wyrósł z odcisku stopy diabła.
Wiele osób unika jednak czosnku ze względu na jego zapach. Ja także go unikam, jeżeli wychodzę z domu.  Ale tak naprawdę lubię jego zapach.
Jak zwalczyć zapach czosnku? 
Zielarz Culpeper radził, by mocny zapach czosnku z ust zwalczać dzięki żuciu kminku lub fasolki szparagowej. Parę lampek czerwonego wina osłodzi czosnkowy oddech. Słyszałam jeszcze o zielonej pietruszce. A może są i inne sposoby? 
Ty który stwarzasz jagody
królika z marchewką
lato chrabąszczowe
cień wielki małych liści
zawilec półobecny bo uwiędnie
zanim go się przyniesie do domu

czosnek niedźwiedzi dla trzmieli
smutek roślin
wydrę na krótkich nogach
ślimaka co zasypia na sześć miesięcy
niezgrabny śnieg co ma wdzięk zanim zacznie tańczyć
serce choćby na chwilę

spraw
niech poeci piszą wiersze prostsze od wspaniałej poezji
Ksiądz Jan Twardowski

czwartek, 19 maja 2022

Ogród leniwych myśli

Ogród Dobrych Myśli
Jest ogród, gdzie są myśli tworzące dobro tego świata,
są to myśli piękne i zwiewne, jak kwiaty podczas lata

Myśli te są niczym delikatne kwiaty,
dzięki nim świat jest w piękno bogaty

Są tam myśli o zdrowiu, szczęściu i miłości
i każda inna myśl dobra, która w ludzkim sercu gości

Kto je w tym ogrodzie zasiał? Tego nikt nie wie.
One od zawsze tam były
i harmonię na świecie tworzyły
i także dziś pomogą będącemu w potrzebie

Czy to świadomie, czy też mimochodem,
jak znajdziesz trochę czasu - przejdź się tym ogrodem!

I zasiej tam swoich dobrych myśli parę,
aby rozkwitły i dały szczęście, miłość i wiarę

Dopomóż, aby ten ogród kwitnął wiecznie,
a zapanuje na świecie miłość, pokój i będzie bezpiecznie

Niech te myśli płyną od serca do serca jak rzeka,
niech każdy w końcu odzyska miano Człowieka!
znalezione w Internecie
Jest maj, wiosna rozkwita dookoła, a ja nie miałam zbyt wiele czasu aby zachwycić się jej pięknem, zapachem... Chociaż powinnam go mieć aż w nadmiarze.
Tak jak wszyscy czekałam na maj, który zawsze dodaje mi energii i optymizmu. Tym razem jest inaczej. Maj przyniósł ze sobą w tym roku osłabienie, rozleniwienie...
Siedząc na zakręcie rozleniwiłam się zupełnie. Najchętniej leżałabym na huśtawce w moim ogrodzie, zapatrzona w drzewa na tle błękitnego nieba.
Maj, wszystko kwitnie dookoła, śpiewa, a tu już zmęczenie? A może to po prostu zwykłe lenistwo i chęć poleżenia na słońcu pod jabłonką?
Wiosna ma w sobie coś rozleniwiającego i nie potrafię się na to uodpornić. Trawnik w moim Ogrodzie pokrywa się fiołkami, niezapominajkami i stokrotkami. Za chwile znikną tak szybko jak się pojawiły, Powinnam je zerwać i włożyć do wazonu w moim mieszkanku, aby zachwycać się ich widokiem i zapachem. Już bowiem pojawiają się mlecze i lada chwila zagłuszą wszystko. Tak, można je wyrywać, co często robię, ale w tym roku są wyjątkowo odporne i szybko pojawiają się nowe. Wcześniej pielenie trawnika mnie uspakajało, ale teraz zniechęca. Po co mam to robić skoro za płotem mlecze przemieniają się w dmuchawce i rozsiewają się dookoła?
Do tego od pewnego czasu w mojej głowie galopują myśli, których nie potrafię schwytać. Coś jak trzepot ćmy w ciemności, z której obecności nie do końca zdajemy sobie sprawę.
Chciałabym czasem zatrzymać te myśli, aby posiedziały ze mną na zakręcie i choć na chwilę nacieszyć się spokojem. Chciałabym w ciszy wsłuchać się w swój głos. Teraz jednak, kiedy mam ku temu okazję, nagle okazuje się, że nie mam sobie nic interesującego do powiedzenia. Jednak gdyby taka myśl pojawiła się teraz w mojej głowie, to pewnie zepchnęłabym ją do tej nieuporządkowanej części, gdzie niektóre myśli tkwią bezpiecznie zamknięte. Może kiedyś zrobię z nimi porządek? Jednak nie wszystkie myśli dają się uczesać. Nie wiem jednak, czy przy tym bałaganie będę w stanie myśleć. Mój umysł przypomina zatłoczoną, pełną zamętu poczekalnię. Wiem, wiem... Powinnam zaprowadzić tu porządek, ale tak naprawdę nie Umysłu nie powinnam zaśmiecać. Inaczej wśród różnych rupieci nigdy nie znajdę potrzebnych informacji. Dlatego, gdy coś przeczytam, zapisuję. Teraz i w moich notatkach trochę bałaganu. Ale ja tak nie lubię sprzątać.
Teraz mogę jedynie słuchać szumu wiatru, który może opowie mi jakąś kolejną ciekawą historie. Tylko, gdzie ja ją upchnę? Szuflada z pomysłami do tkania opowieści jest pełna. Karteczki już wychylają się ciekawie uniemożliwiając jej zamknięcie. Nie mam chęci do niczego. Nawet nie wiem o czym dzisiaj mogłabym napisać. To nie jest kwestia braku natchnienia. Mam tyle pomysłów, ale wszystko trzeba jeszcze dopracować. A to wymaga czasu i pracy. I oczywiście chęci. 
Praca
Znużenie posklejało pajęczyną oczy,
godziny bruzdy ryją po mózgu kroplami,
w plecach w kabłąk wygiętych ból bezn1d1u zamilkł.
Serce rozsadza usta sklejone milczeniem,
papier się piętrzy w stosy pajęczastych wiórów,
palce splątane grają po maszyny oczach
i grają długie pieśni roboczego chóru.
Plączą się białe karty wśród nocy posocza,
wisi gdzieś w bezprzestrzeni czarne ciszy grono
i palce, palce....
palce biją w nieskończoność...
Krzysztof Kamil Baczyński
(znalazłam ten wiersz, ale w każdej wersji jest to, co pogrubiłam i podkreśliłam. Czy tak powinno być? Nie mogę nic innego znaleźć. Będę wdzięczna za pomoc)
Staram się pisać chociaż raz w tygodniu. Ale czy trzeba to robić systematycznie?
Gdzieś przeczytałam, że amator czeka na natchnienie, a profesjonalista bierze się do roboty. Ja natchnienie mam, ale do roboty nie chce mi się zabierać. 
Somerset Maugham powiedział, że pisał tylko wtedy, gdy miał natchnienie, które nawiedzało go codziennie rano, punktualnie o dziewiątej.
Natomiast Pablo Picasso twierdził - Gdy przychodzi natchnienie, zastaje mnie przy pracy.
Nawet nasz oboista i kompozytor Wojtek Blecharz mówił - Nie wierzę w wenę. Wierzę w systematyczną, intensywną pracę. 
Niemiecki kompozytor Karlheinz Stockhausen swoim studentom zawsze życzył "dobrej pracy", a nie "miłego komponowania". Uważał, że komponowanie jest ciężką pracą. Nie wierzył chyba za bardzo  w romantyczny mit twórcy piszącego pod wpływem natchnienia. Tworzenie  wymaga systematyczności w pracy.
Wisława Szymborska w swojej mowie Noblowskiej powiedziała: ” Natchnienie nie jest wyłącznym przywilejem poetów czy artystów w ogólności. Jest, była, zawsze będzie pewna grupa ludzi, których natchnienie nawiedza. To ci wszyscy, którzy świadomie wybierają sobie pracę i wykonują ją z zamiłowaniem i wyobraźnią. Bywają tacy lekarze, bywają tacy pedagodzy, bywają tacy ogrodnicy i jeszcze setka innych zawodów. Ich praca może być bezustanną przygodą, jeśli tylko potrafią w niej dostrzec coraz to nowe wyzwania. Pomimo trudów i porażek, ich ciekawość nie stygnie. Z każdego rozwiązanego zagadnienia wyfruwa im rój nowych pytań. Natchnienie, czymkolwiek ono jest, rodzi się z bezustannego „nie wiem”
Może i z mojego "nie wiem" coś się urodzi?
W mojej głowie jest wiele pomysłów. Teraz jednak brakuje mi ochoty. Moje bodźce do pisania gdzieś się zagubiły. Gdzie mam ich szukać?
W pisaniu nie ma nic gorszego niż zastój. Systematyczne pisanie jest jedną z wartości, dla których ktoś będzie zaglądał na moje Zielone Szumiące Stronki. Ale, czy jak nie ma ochoty, to mam napisać gorszy tekst, taki jak ten o niczym? Czy kiepski, nijaki wpis jest lepszy niż żaden?
Co jest ważniejsze częste pisanie za wszelką cenę, czy czekanie na ochotę i siłę? Ale przecież inni nie będą czekać i przestaną tu zaglądać. Z czasem zapomną. Co mam zatem robić skoro tematy są, a mi się nie chce pisać?
Pytasz
Pytasz dlaczego nic mi się nie chce
A ja sama nie wiem co się dzieje
Wietrzyk policzki i czoło łechce
Pewnie wiosenne rozleniwienie

Kurtka uwiera i gniotą buty
Chustka się sama z szyi odwija
W końcu odpuścił nam mroźny luty
Serce rytm wiosny szybciej wybija

Włosy wymknęły się na powietrze
spod kolorowej z pomponem czapy
niby coś szroni nad ranem jeszcze
niby roztopy i niby chlapy

Ale mnie wcale to nie przeszkadza
Gdy nos wystawiam na mocne słońce
Dzień się z zegarkiem dłużej przechadza
I kwitnie hiacynt w szklanej osłonce

Chce mi się leżeć na pustej łące
Rozmawiać z pszczołą pierwszym motylem
Chwytać bociany przylatujące
Szalonych marzeń wiosennych tyle
Agata Podłęcka

piątek, 13 maja 2022

Majowe święto

O maluchach
Tylko maluchom nie nudziło się w czasie kazania
stale mieli coś o roboty
oswajali sterczące z ławek zdechłe parasole z zawistnymi łapkami
klękali nad upuszczonym przez babcię futerałem jak szczypawką
pokazywali różowy język
grzeszników drapali po wąsach sznurowadłem
dziwili się że ksiądz nosi spodnie
że ktoś zdjął koronkową rękawiczkę i ubrał tłustą rękę
w wodę święconą
liczyli pobożne nogi pań
urządzali konkurs kto podniesie szpilkę za łepek
niuchali co w mszale piszczy
pieniądze na tacę odkładali na lody
tupali na zegar z którego rozchodzą się osy minut
wspinali się jak czyżyki na sosnach aby zobaczyć
co się dzieje w górze pomiędzy rękawem
a kołnierzem
wymawiali jak fonetyk otwarte zdziwione "O"
kiedy ksiądz zacinał się na ambonie
---- ale Jezus brał je z powagą na kolana
ksiądz Jan Twardowski
Pierwszą połowę maja spędziłam w moim Domu. Jest tak jak sobie wymarzyłam: cicho, spokojnie, blisko natury. Bez końca patrzyłam na widok świeżej zieleni, czułam ciepło słońca i zapach rozkwitających kwiatów. Każdego, co prawda jeszcze chłodnego poranka. a raczej już dużo wcześniej, budził mnie śpiew ptaków, który przywoływał beztroskie myśli.
Na szczęście Pani Zima nie dała już znać o sobie. A przecież pamiętam, gdy w pierwsze dni majowe za oknem robiło się biało. Kiedy widziałam kwiaty kasztanów, pachnących bzów i niebieskich niezapominajek przykrytych białą kołderką. Mam jednak nadzieję, że Pani Wiosna zadomowiła się już na dobre i nie da nawet spojrzeć na świat swojej najstarszej siostrze. 
Zapewne jak dla każdego i dla mnie maj jest jednym z najpiękniejszych miesięcy. 
Napływają nie tylko wspomnienia o maturze, ale i komunii świętej.
Dopiero po latach z nostalgią i sentymentem wracamy do tamtych majowych dni. . Cieszę się, że mogę pozostawić kolejną pamiątkę na czas, kiedy mnie tu już nie będzie...
Pamiętam, że tak "niedawno" moi bratankowie przyjmowali ten sakrament. Nie chce mi się wierzyć, że czas tak szybko umyka.
Jak zawsze wracam też myślami do kościoła, który kiedyś był moim parafialnym. Teraz już tego malutkiego budynku nie ma. Na jego miejscu powstał nowy, zdecydowanie większy. W międzyczasie niedaleko mojego Domu wyrosła nowa, mała parafia, która teraz jest mi najbliższa.    
Ale wracając do tematu.
Ten dzień powinien zapisać się z dobrej strony w pamięci każdego dziecka.
Pierwsza Komunia Święta to nie tylko ważne przeżycie duchowe, ale niestety również finansowe. Coraz częściej niestety przypomina wystawne wesele. Teraz od talerzyka w restauracji zapłacimy 200zł.
W ubiegłym wieku (jak to brzmi:((() wystarczał rodzinny obiad… 
Tak
Pierwsza Komunia z białą kokardką
jak w śniegu z ogonem ptak
ufaj jak chłopiec z buzią otwartą
Bogu się mówi - tak
Nie rycz jak osioł, nie drżyj jak żaba
wytrwaj choć nie wiesz jak
choćby się cały Kościół zawalił
Bogu się mówi - tak
Miłość zerwaną znieś jak gorączkę
z chustką do nosa w łzach
święte cierpienie pocałuj w rączkę
Bogu się mówi - tak
ksiądz Jan Twardowski
Mała Dziewczynka jeszcze dziś pamięta ten dzień.
To był słoneczny i bardzo ciepły środek maja.
Mała Dziewczynka  z radością i ciekawością czekała na ten dzień. Może trudno w to dzisiaj uwierzyć, ale obyło się bez krawca, fryzjera i dużego przyjęcia. Było skromnie, ale jakże rodzinnie.
Mama Małej Dziewczynki zawsze miała (i nadal ma) dobry gust i w uszytej przez nią skromnej sukience Mała Dziewczynka czuła się bardzo elegancko. Do dziś pamięta biały materiał z kwiatowymi wypustkami. Jej cienkie, niesforne, mysie włosy zostały lekko podkręcone przez Mamę i Babcię i ozdobione wiankiem ze świeżych kwiatów. 
Prezentów prawie nie było. Mała Dziewczynka została obdarowana tylko przez rodziców chrzestnych. I nie były one drogie. A jednak ten dzień głęboko zapadł jej w pamięci.
Przyjęcie odbyło się w Domu Małej Dziewczynki. Obiad i podwieczorek przygotowane były własnoręcznie przez Mamę i Babcię.
Dla Małej Dziewczynki najważniejsze było, że cała jej rodzina mogła z nią świętować ten dzień. Mała Dziewczynka pamięta również uczucie ulgi, gdy nareszcie mogła przebrać się założyć bluzeczkę i krótkie spodenki, aby z innymi dziećmi normalnie się pobawić. Z tamtych dni pozostało jej tylko parę czarno-białych zdjęć.
Do tej jednak pory Mała Dziewczynka patrzy jednak na nie z rozrzewnieniem i łezką w oku. Spogląda na dumnych Dziadków, uśmiechniętą Ciocię, Wujka... Ich już nie ma wśród nas, jednak w jej sercu pozostaną na zawsze. Patrzy na tą małą drobną  dziewczynkę stojącą w ostatnim rzędzie, jedyną schowaną za świecą. Nie może uwierzyć, że to ona, chociaż dokładnie pamięta moment, kiedy robiono tą fotografię.

Trzy pytania z dnia Pierwszej Komunii Świętej trzeba sobie stawiać przy drugiej, dwudziestej, siedemdziesiątej, sto pięćdziesiątej i ostatniej Komunii Świętej.
Kto przychodzi?
- Pan Jezus.
Do kogo przychodzi?
- Do mnie.
Dlaczego przychodzi?
- Żebym był lepszy, kochał ludzi i wszystkim służył".
Ks. Jan Twardowski
Teraz Mała Dziewczynka zastanawia się tylko, czy dzieci nie powinny przystępować do Pierwszej Komunii, gdy skończą przynajmniej 12 lat. Przed I wojną światową dzieci przystępowały do komunii w wieku 13 – 15 lat. Jednak potem papież Pius X obniżył go do 8 – 9. Jej zdaniem dziecko idące do komunii ono niewiele rozumie z samego faktu przyjęcia sakramentu. Dzieci gubią w tym wszystkim sens. Nie czekają na Pierwszą Komunię jako na ważną uroczystość duchową.
Dla dzieci jest to przede wszystkim wyuczenie się i zdanie podstawowych przykazań, prawd, regułek…., których do końca niestety nie rozumieją. Czy to ma sens? Zwłaszcza, że przygotowania do uroczystości dotyczą tego jak dzieci będą ubrane, jakie dostaną prezenty, gdzie i za ile urządzić przyjęcie….? Czyli wszyscy skupiają się na tym co jest zewnętrzne i mało znaczące dla tego sakramentu. Ojciec Święty Jan Paweł II roku napisał w liście do dzieci: "Drodzy przyjaciele, niezapomnianym spotkaniem z Panem Jezusem jest bez wątpienia Pierwsza Komunia Święta".
Niestety, ale dzisiaj zapomina się o wartości Pierwszej Komunii. Dla wielu nie jest to już przeżycie duchowe, ale zwykłe targowisko próżności. Niektórzy teraz nawet nie chcą być rodzicami chrzestnymi, bo to w przyszłości wiąże się przede wszystkim z dużymi wydatkami. Do tego często dochodzi do sytuacji, że chrzestny widzi dziecko tylko kilka razy w życiu i za każdym razem wiążę się to z prezentem. A przecież rola chrzestnego miała być i jest przecież inna. Kiedyś naprawdę był to zaszczyt.
A teraz….Ale o tym może innym razem.
Owszem wszyscy naokoło mówimy i tłumaczymy, że wartość prezentu nie ma wielkiego znaczenia. Jednak jak ma to zrozumieć dziecko, skoro dookoła inni mają obiecane coś o wiele droższego? Dlatego zazdroszczę synowi Basi (chociaż za nic nie oddałabym wspomnień o mojej Komunii), który w prezencie otrzymał od niej życzenia:
W dniu I Komunii świętej
Piszę ten wiersz Synku dla Ciebie
Dziś w najpiękniejszy życia dzień
Bo nasze święto na ziemi i w niebie
Szczęścia połączył tajemniczy cień.

W Twoim sercu sam Bóg zagościł
Jesteś podobny do wspaniałej świątyni
Przyjaźń z Bogiem - tak będzie najprościej
Wtedy życie pięknym uczynisz.

Bądź zawsze dobry, Synku kochany
Kochaj Jezusa i Matkę Jego,
Tyś Jego dzieckiem umiłowanym
Przyjmuj Go zawsze do serca swego.

piątek, 6 maja 2022

Uwięzione i złamane serce

Na balkonie
mam ogród malutki
żeby mi zieleń 
odpędzała smutki
i żeby jak w prawdziwym ogrodzie 
kwiaty "dzień dobry"
mówiły mi co dzień. 
A ja rano swoim kwiatom
świeżą wodę daję za to.
Dorota Gellner
Zostałam uwięziona w mieszkanku. Nie mogę wyjść na balkon.
A przecież już teraz, przy tej pogodzie, śniadanie lub kolację mogłabym tam zjeść.
To już drugi taki przypadek odkąd tu mieszkam. Kilka lat temu był pierwszy raz. Co się wówczas wydarzyło? Zawitały do mnie dwa małe pisklątka sikorki. Skąd się tam wzięły? Do dzisiaj się nad tym zastanawiam. Były już całkiem upierzone, jednak nie potrafiły jeszcze dobrze fruwać. I na moim balkonie po prostu się tego uczyły. Podskakiwały, przefruwały z doniczki na doniczkę. Po pewnym czasie dotarły jednak na balustradę i odleciały zapewne do rodzinnego gniazdka.
Zanim jednak to uczyniły, przez kilka dni przez uchylone okno słyszałam ich popiskiwanie i głos dokarmiającej je matki. A może to był ojciec? Oczywiście Starałam się nie robić hałasu. Gdy wyszłam na balkon, jeszcze nie wiedząc o ich bytności, usłyszałam ich pełen strachu pisk. Biedactwa starały się ukryć wśród moich roślinek. Po otrząśnięciu się z lekkiego zaskoczenia, cichutko wycofałam się do mieszkania.
Na szczęście nauka latania nie trwała długo i już po kilku dniach mogłam podlać mój ogródek.
Do tego nie wiadomo skąd w jednej z doniczek wyrósł pomidor, który miał już zielone owoce. Nastawiłam się więc na pomidorową z własnego „ogródka”, jednak wystarczyło tylko na kanapkę. 
Potem trochę mi brakowało tych pierzastych gości, chociaż uniemożliwiały mi wyjście na balkon. .
To nie był koszmarny sen dziś rano
świat schowany za folią budowlaną

Milczące stanęły obojętne rusztowania
stary beton kruszył się i bezsilny pękał
jak serce które już swoje lata przeżyło
jakieś taśmy poprzyklejał Sasza i Wania

Drży jak z zimna wieżowiec żelbetowy
spłoszone wrony do parku odleciały
krzyki robotników na każdym niemal kroku
w nocy sobie pośpię bo to nie noc Kupały

Wszystkie zmysły męczyła jedna udręka
gdyż nawet u sąsiada głośniej się zrobiło
harmider jak na ogromnym placu budowy
świdry słychać choć to w sąsiednim bloku

Senny zimowy dzień z ciszy cały ogołocony
na osiedlu od niedawna remontują balkony
Maciej_Jackiewicz
Co jednak jest teraz przyczyną, że nie mogę wyjść na balkon? Cóż remont całego budynku od zewnątrz.
Wszystko dosłownie jak w wierszu. Folia na oknach, rusztowania, nieustający hałas, kurz, wiercenie, walenie, piłowanie.... Nic tylko trzeba kupić słuchawki budowlane, czy jak też one się tam nazywają. 
Remont trwa już w najlepsze, jednak przede mną jeszcze kilka miesięcy takich "atrakcji". Niestety.... 
W tym roku nie będę się cieszyć ogrodem na balkonie. Musiałam też usunąć z niego dosłownie wszystko. 
Część roślin postanowiłam wynieść na korytarz, na półpiętro. Tam i tak od lat zimują moje kwiaty. Wyniosłam pierwszą partię i serce mi prawie pękło. Nie, nie od wysiłku. To bym jeszcze przebolała i zniosła. Niestety ktoś ukradł dwie duże donice z kilkuletnimi pelargoniami. Piękne, wysokie, z dużymi jasnołososiowymi, dużymi kwiatami. Były oczkiem w mojej głowie. Może przebolałabym tą stratę, wszak zawsze można kupić nowe. Ale szczepki tych pelargonii dostałam jeszcze w ubiegłym wieku od mojej cioci. Natomiast ona z kolei pierwszą sadzonkę dostała od mojej prababci.  Czyli te moje były ponad 50 razy prawnuczkami tych pierwotnych w naszej rodzinie. Była to dla mnie taka żywa nitka łącząca mnie z prababką, której nie było mi poznać, a z którą czuję szczególną więź.
Stałam więc i niedowierzając patrzyłam na puste miejsce po donicach. Przecież tyle lat stały tam zimą jeszcze ciekawsze, piękniejsze rośliny i nikt ich nie zabrał. A teraz? Może złodziej doszedł do wniosku, że po co mi w tym roku pelargonie, skoro i tak nie będę mogła ich wynieść na balkon. A tak przynajmniej ktoś inny będzie się nimi cieszył, a one skorzystają ze słońca i świeżego powietrza. Nie pocieszyło mnie to. Serce nadal płakało i nie tylko one. Przez łzy zobaczyłam jednak głęboko, pod ścianą, schowaną za innymi roślinami doniczkę z pelargonią. No tak przecież były trzy pojemniki. Dwie dorodne, silne, rozłożyste Córki Macochy i niepozorny, lichy w porównaniu z nimi Kopciuszek. Czyżby złodziej nim pogardził, a może po prostu nie zdążył go zabrać? Bo przecież za jednym razem na pewno by nie dał rady? A może coś go spłoszyło? Nie zastanawiałam się nad tym. Szybko chwyciłam Kopciuszka i zaniosłam do mieszkania. 
Resztę kwiatów z balkonu postawiłam obok niego. Cóż nie jest to idealne rozwiązanie, przecież muszę w kuchni przeciskać się między doniczkami i skrzynkami. Jednak moje najukochańsze roślinki są bezpieczne. Byle tylko przeżyły.  
Pan Bałagan
Wstaje z łóżka pan Bałagan,
trafia nogą w żurku sagan.
Chce się umyć po tym żurku,
szuka mydła w szafie, w biurku,
pod pianinem, w łóżku, w koszu,
w cukiernicy i w bamboszu.
– Gdzie jest ręcznik? Gdzie jest szczotka?
Może szczotkę zjadła kotka?
Gdzie jest kotka? Gdzieś przepadła!
Gdzie są moje sznurowadła?
Gdzie jest krawat w czarne kółka?
Był na półce! Gdzie jest półka?
Boże! Półki brak w komodzie!!!
Pewnie półkę ukradł złodziej!!!
Gdzie jest złodziej??? W wannie??? W bucie???
Przez telefon może uciekł???
Dzień mu zeszedł na szukaniu.
Biegał, biegał po mieszkaniu,
aż zaprzysiągł się wieczorem:
– Ręczę za to mym honorem,  
Wanda Chotomska
Niestety remontów nie lubię. Drażni mnie ten bałagan dookoła. Lubię porządek, chociaż nie lubię sprzątać. Dlatego denerwuje mnie i męczy to zamieszanie wokół odświeżania mojego bloku. Mam tylko nadzieję, że do końca remontu i ja przetrwam ten cały rozgardiasz w domu.
Jedno mnie tylko pociesza. Za kilka miesięcy będzie już po wszystkim i będę miała spokój na bardzo, bardzo długo. No chyba, że wymyślę remont w środku:(((( Chociaż nie sądzę, aby miało to nastąpić szybko.
Remont jednak w toku, a raczej w przerwie. Panowie zabrali się do innej części budynku, ale u mnie jeszcze nie skończyli, więc muszę czekać. Jednak nawet teraz po otwarciu okien nadal unosi się mieszanka pyłu i kurzu. Ale przynajmniej jest trochę ciszej. Mogę posłuchać własnych myśli. Ciekawe tylko jak długo to potrwa i panowie ponownie wrócą pod moje okna i na zdewastowany do połowu balkon? Jak zatem przetrwać i nie zwariować?