sobota, 9 maja 2026

Ten i tamten maj 

Maj przyszedł tym razem niepostrzeżenie. A przecież zawsze tak na niego czekam. Jak dla mnie ktoś odwrócił kartkę w kalendarzu szybciej niż zwykle. W tym roku na początku maja nadal jeszcze żyję kwietniowym wyjazdem i podobnie jak dla maturzystów dopiero wczoraj było „kiedyś”, „zdążę”, „mam czas”.... Dziś jednak wszystko stało się „już” i "natychmiast". Do tego jeszcze poganiają, że nie ma mojej opowieści... Czas, który w kwietniu był rozciągnięty i płynął szeroką, spokojną rzeką, nagle zwęził się w rwący potok. Ale może zrobię sobie chwilę przerwy? Może na chwilkę otworzę moją szufladę wspomnień? Wszak rzeczywistość zbyt gwałtownie dała o sobie znać po moim powrocie.

Za oknem maj, chociaż pogoda tego nie potwierdza. Jest jasno, trochę zielono, ale chłodno i raczej nie zachęca do długich spacerów. Może dlatego łatwiej myślami cofnąć się do tamtych lat?

DAWNY MAJ

Dawno temu pewien maj
ukołysał mnie pod sercem matki
pewnie wtedy kwitły jabłonie
a może dzikie grusze
na pewno śpiewały kosy
zwiastując mamie dobrą nowinę...

A potem maj przychodził

zawsze z naręczami życia

z własną historią rozkwitających bzów

i szczęśliwego beztroskiego dzieciństwa

z zakochaniem naiwnej młodości

z ciężarem dojrzałego życia

i zwiastunami przewidywanej jesieni...


Przychodzi nadal

zagląda w okna mojej duszy

z cichym przypomnieniem

by nie zmarnować żadnej chwili...

A więc tylko tak trochę uchylam znowu szufladę wspomnień.

Mała Dziewczynka i jej matura. Jak wówczas było? Chociaż teraz z perspektywy czasu wszystko wydaje się, że było prostsze, ale wówczas nikt tak nie myślał. Stres był, wiadomo... I to nie taki zwykły, codzienny, ale nawet graniczący z paniką. 

Mała Dziewczynka pamięta, że dni przed egzaminami miały zupełnie inny, ważny ciężar, jakby od tej jednej chwili naprawdę zależało wszystko.

Czy matura jest dziś łatwiejsza niż czterdzieści lat temu? To pytanie wraca nieustannie, ilekroć zaczyna się maj i kolejne roczniki siadają do egzaminów. I choć Mała Dziewczynka próbuje udzielić odpowiedzi, to niestety nie jest ona taka prosta.

Przecież trudność matury nigdy nie zależała wyłącznie od poziomu zadań. Równie ważna jest jej forma, zakres materiału, świat, w którym funkcjonują uczniowie.

Z jednej strony Mała Dziewczynka może powiedzieć, że dziś jest łatwiej. Egzamin ma określoną strukturę, powtarzalne schematy, jasne kryteria oceniania. Można ćwiczyć arkusze, uczyć się klucza odpowiedzi, przewidywać typy zadań. matura była trudniejsza również w inny sposób. Matura była mniej przewidywalna. Wokół matury powstał cały system wsparcia. Są książki, kursy, materiały dostępne niemal od ręki, no i oczywiście Internet. W czasach, gdy Mała Dziewczynka zdawała maturę tego nie było. Sięgało się do podręczników, do notatek, czasem do biblioteki. Więcej zależało od własnej pracy, samodzielności w zdobywaniu wiedzy i od tego, co udało się zrozumieć samemu.

Ocenianie nie było tak jednoznaczne jak dziś. Dużo zależało od nauczyciela, od chwili, od wrażenia, a nawet sympatii do ucznia... Mała Dziewczynka pamięta jak ta niepewność potrafiła paraliżować bardziej niż same pytania.
Maj przyszedł tym razem niepostrzeżenie. A przecież zawsze tak na niego czekam. Jak dla mnie ktoś odwrócił kartkę w kalendarzu szybciej niż zwykle. W tym roku na początku maja nadal jeszcze żyję kwietniowym wyjazdem i podobnie jak dla maturzystów dopiero wczoraj było „kiedyś”, „zdążę”, „mam czas”.... Dziś jednak wszystko stało się „już” i "natychmiast". Czas, który w kwietniu był rozciągnięty i płynął szeroką, spokojną rzeką, nagle zwęził się w rwący potok. Ale może zrobię sobie chwilę przerwy? Może na chwilkę otworzę moją szufladę wspomnień? Wszak rzeczywistość zbyt gwałtownie dała o sobie znać po moim powrocie.
Za oknem maj, chociaż pogoda tego nie potwierdza. Jest jasno, trochę zielono, ale chłodno i raczej nie zachęca do długich spacerów. Może dlatego łatwiej myślami cofnąć się do tamtych lat?

A więc tylko tak trochę uchylam znowu szufladę wspomnień.

Mała Dziewczynka i jej matura. Jak wówczas było? Chociaż teraz z perspektywy czasu wszystko wydaje się, że było prostsze, ale wówczas nikt tak nie myślał. Stres był, wiadomo... I to nie taki zwykły, codzienny, ale nawet graniczący z paniką. 

Mała Dziewczynka pamięta, że dni przed egzaminami miały zupełnie inny, ważny ciężar, jakby od tej jednej chwili naprawdę zależało wszystko.

Czy matura jest dziś łatwiejsza niż czterdzieści lat temu? To pytanie wraca nieustannie, ilekroć zaczyna się maj i kolejne roczniki siadają do egzaminów. I choć Mała Dziewczynka próbuje udzielić odpowiedzi, to niestety nie jest ona taka prosta.

Przecież trudność matury nigdy nie zależała wyłącznie od poziomu zadań. Równie ważna jest jej forma, zakres materiału, świat, w którym funkcjonują uczniowie.

Z jednej strony Mała Dziewczynka może powiedzieć, że dziś jest łatwiej. Egzamin ma określoną strukturę, powtarzalne schematy, jasne kryteria oceniania. Można ćwiczyć arkusze, uczyć się klucza odpowiedzi, przewidywać typy zadań. matura była trudniejsza również w inny sposób. Matura była mniej przewidywalna. Wokół matury powstał cały system wsparcia. Są książki, kursy, materiały dostępne niemal od ręki, no i oczywiście Internet. W czasach, gdy Mała Dziewczynka zdawała maturę tego nie było. Sięgało się do podręczników, do notatek, czasem do biblioteki. Więcej zależało od własnej pracy, samodzielności w zdobywaniu wiedzy i od tego, co udało się zrozumieć samemu.

Ocenianie nie było tak jednoznaczne jak dziś. Dużo zależało od nauczyciela, od chwili, od wrażenia, a nawet sympatii do ucznia... Mała Dziewczynka pamięta jak ta niepewność potrafiła paraliżować bardziej niż same pytania.

Znów jest maj

i znów jest matura

słodko pachną kasztanowe kiście

nęcąc ludzi i owady

budzą wspomnienia piękniejsze od wiosny

znów jesteśmy młodzi i radośni

z plecakiem pełnym marzeń.


Szeleszczą mozolnie skrywane ściągi

tłuką się w głowie tematy pewniaki

biało- granatowo zasiedlone rzędy

starych krzeseł z niegasnącą pamięcią

mruczą te same melodie

w których powtarzalność i przewidywalność

trzyma wielu przy życiu.


Znów jest maj

całkiem inni młodzi ludzie

odkładają wszechwiedzące gadżety

bo znów zakwitły kasztany

inni młodzi ludzie

napełniają plecaki marzeń

a może wcale nie tacy inni?

Dzisiejsi maturzyści mają inaczej. Teoretycznie bezpieczniej, wszystko określone jest bardziej jasno. Ale teraz pojawiło się coś innego. Nie wystarczy zdać. Trzeba zdać dobrze, a czasem wręcz bardzo dobrze. Punkty, procenty, miejsca na listach... To one decydują o przyszłości.

Mała Dziewczynka pamięta jak kiedyś sama matura była już dużym osiągnięciem. Egzamin dojrzałości miał wówczas większy prestiż społeczny i był zdawany przez mniejszą grupę osób.

Dziś jest raczej początkiem dalszej drogi niż jej zwieńczeniem. Maturę zdaje prawie każdy.

Inny był też świat wokół samej matury. Był bardziej zamknięty, spokojniejszy, mniej wymagający pod względem wyborów. Dziś uczniowie mają więcej możliwości. Znajomość języków, otwartość na świat, świadomość, że można wyjechać, studiować gdzie indziej... Tego wszystkiego dawniej nie było. 

Mała Dziewczynka pamięta jak wtedy nikt nie mówił o strategiach egzaminacyjnych, o zarządzaniu stresem, o technikach uczenia się. Uczyło się po prostu. Czasem lepiej, czasem gorzej. Dziś uczy się nie tylko wiedzy, ale i sposobu zdawania egzaminu.

Każdy egzamin urastał do rangi czegoś bardzo ważnego. Wydawało się, że od tych kilku dni zależy naprawdę dużo. Dlatego niektórzy uczyli się do ostatniej chwili. Było powtarzanie materiału, wzajemne przepytywanie się, porównywanie, kto ile umie i czy to już wystarczy....

Mała Dziewczynka nie uczyła się w ostatniej chwili. Raczej starała się mieć wszystko ogarnięte wcześniej. Mimo to stres i tak się pojawiał,  szczególnie przed językiem polskim. Mała Dziewczynka pamięta jak jej dłonie były trochę zimne, a myśli uciekały gdzieś w bok, zamiast spokojnie trzymać się tego, co już przecież było opanowane. Najgorzej było przed wejściem na salę. Potem napięcie powoli schodziło. Mała Dziewczynka pamięta ulgę, gdy zobaczyła tematy.

Nie wszystko jednak poszło idealnie. Tam, gdzie była pewna siebie, wyniki okazały się przeciętne. A z języka polskiego, którego obawiała się najbardziej, poszło jej lepiej, niż przypuszczała. Mała Dziewczynka pamięta jak bardzo była tym zaskoczona  i jak to zaskoczenie przyniosło radość. Chociaż pozostał zawód przy przedmiotach, których była pewna. Moze mniej się ich uczyła...? 

Po maturze przyszła ulga. Ale także takie poczucie żalu, że coś się skończyło. Że zamknął się pewien etap.

WSPÓŁCZESNY MAJ

Trzy skromne litery

w jednej sylabie niezmierzonego piękna

wybuchają nieokiełznaną radością

niby tak samo

a każdego roku inaczej

oddają insygnia władzy

ptakom drzewom i kwiatom

popatrują z błękitnego nieba

na życie

w tysiącach jego form zapachów i kolorów

a ja

kolejny raz przytulam maj

biorę garściami białe różowe i żółte cuda

układam w nieśmiertelnym wazonie serca

klękam wśród słonecznych główek mleczu

by wyszeptać litanię podziękowań.

wiersze Basia Wójcik

Dziś Mała Dziewczynka patrzy na to spokojnie. Wie, że nie da się jednoznacznie powiedzieć, która matura była trudniejsza. Każda miała swoje trudności, łatwiejsze strony. Zmienił się egzamin, tak jak zmienił się świat, jak zmienili się uczniowie. Ale chyba nie zmieniło się jedno. Nie zmienił się ten stres tuż przed wejściem na salę i ta niepewność, czy dam radę.

I może właśnie to łączy wszystkie pokolenia maturzystów bardziej niż jakiekolwiek różnice.

Maj co roku trochę o tym przypomina, zwłaszcza gdy kwitną kasztany, zaczynają się matury.

Zamykam szufladę.

Na razie wystarczy.

sobota, 2 maja 2026

Walizka pachnąca kwietniowymi wspomnieniami 

Jestem. Wróciłam z mojego Małego Miasteczka.
Z tego co pamiętam byłam tam po raz pierwszy pod koniec kwietnia. W czasie, gdy królewna Wiosna naprawdę już rozkwita. Drzewa ubrane były w tą świeżą zieleń, która pojawia się tylko o tej porze roku. Taką jasną, delikatną, jeszcze trochę nieśmiałą. Niektóre, jak przystało na nazwę mieniąca zachwycały kwieciem.  Zaczynały też kwitnąć bzy zapowiadając już nadchodzący maj.
I choć dzisiaj ciało jest już tutaj, to myśli wciąż snują się między tamtymi uliczkami, ścieżkami na plantach, polnymi dróżkami... Jakby nie chciały przyjąć do wiadomości, że podróż naprawdę się skończyła. A może jednak nie tak do końca?
Liryka
Wiem, piechotą będę szedł ze stacji,
Choćby ciemnym to było wieczorem.
Zbłądzić trudno, kolejowym torem
I na lewo od dwu drzew akacji.
Kwiat tytoniu w ciemności pachnący,
Miodny zapach końskiego nawozu
I daleko gdzieś gwizd parowozu
Długi, smętny, tęskliwie cichnący.
Tak jak nieraz to już było we śnie,
Poznam głos twój, gdy zapytasz: "Kto tu?"
I za gardło uchwyci boleśnie
Strach i rozpacz, i szczęście powrotu.
"Kto tu?" - spytasz. Powiem: "Ja - Antoni,
Tutaj jestem". Jeszcze krok, pół kroku.
I dłoń drżącą poczuję na skroni.
I usłyszę bicie serca w mroku.
" Nie myślałem, że cię tak przestraszę!
Nie pal światła, stójmy tak, w ciemności.
Po co patrzeć w oczy już nie nasze,
Kiedy serca biją jak w młodości?"
"Po coś wrócił? Tu źle". Ja wiedziałem,
Lecz nie było dla mnie ukojenia,
Zostawiłem tu wszystko, co miałem,
Nasze wspólne młodzieńcze marzenia".
Antoni Słonimski
Pociąg z Małego Miasteczka odjechał, a ja jeszcze stałam na peronie słuchając stukotu torów.... Tak jakby Małe Miasteczko z oddali szeptało do mnie swoimi zapachami, kolorami, dźwiękami... Jakby próbowało zatrzymać mnie jeszcze na tę jedną, ostatnią chwilę, która i tak zawsze okazuje się za krótka.
- Nie zapominaj o nas. Wracaj jak najszybciej...
- Jakże mogłabym zapomnieć? Zawsze będę  wracać....  - odpowiedziała Mała Dziewczynka, która przywiozła ze sobą walizkę pełną wspomnień. Był w niej śmiech, gwar rozmów, szum wiatru, echo kroków na znajomych ścieżkach , zapach bzu, błękit nieba.... Wszystko ciasno upchane w makowej walizce. Dlatego Mała Dziewczynka wszystko rozpakowuje powoli, ostrożnie.... Tak jakby chciała, aby wspomnienia pozostały z nią jak najdłużej. A może chce odwlec moment wpuszczenia do mieszkanka codzienności? 
Codzienność potrafi być dla Małej Dziewczynki zbyt szybka, zbyt głośna, zbyt dążąca do przyszłości... Czas i cały świat pędzą nie oglądając się za siebie. Rozpychają się między obowiązkami, przypominają o rzeczach pilnych, ważnych, koniecznych... Jakby nie było nic innego. No tak...  Puka do drzwi i woła:
- Pośpiesz się. Ileż  można się rozpakowywać? Nie masz chwili do stracenia. Musisz...
Mała Dziewczynka wzdycha. W Małym Miasteczku czas płynął inaczej. A może wcale nie płynął tylko trwał? Mała Dziewczynka ma jeszcze w sobie tamten rytm. Taki spokojny, leniwy... Jakby świat dookoła mógł poczekać.
- Jeszcze chwilę - szepcze Mała Dziewczynka...  
Powoli wraca do rozpakowywania. Bierze kolejne wspomnienie i zanim włoży je do szuflady znów jest w Małym Miasteczku.
Powrót Do Przeszłości
Droga mi się dłużyła, bo powrót
do przeszłości był emocjonalny.
Cóż tam zastanę, czy będzie tak jak było,
a może czas robił zbyt wiele?
Dom stał jakby ten sam,
ale umęczony przez upływające lata.
Nie było przed domem rabatek z kwiatami,
nie pachniało maciejką,
ani piękne róże mnie nie witały.
Tylko smutek wyjrzał zza rogu,
jakby chciał powiedzieć;
niepotrzebnie tu przyszłaś.
znalezione w Internecie
Dom Dziadków stoi. Ale to już nie jest Dom, do którego Mała Dziewczynka może wejść fizycznie. Drzwi istnieją, ale nie prowadzą już do tego samego świata. W jego ścianach mieszkają już inni, nieznajomi ludzie. To jest dom, do którego się wraca tylko myślami. A w sercu Małej Dziewczynki pozostaje niezmienny obraz, ten sprzed lat...
Także obraz tych, którzy odeszli, a jednak zostali w pamięci, w sercu, w tych wszystkich drobnych śladach, które po sobie zostawili. Dla Małej Dziewczynki nadal tam w pewien sposób są.
Babcia na zawsze pozostanie w ciepłych gestach, w znajomych zapachach... Dziadek w miejscach, które znał najlepiej, w prostych słowach, które wciąż gdzieś brzmią...
W tym wszystkim, czego chcieli Małą Dziewczynkę nauczyć. W tym co zostało w niej na zawsze.
Ale to także inni ludzie, których Mała Dziewczynka spotykała tam kiedyś. Twarze może dziś już są mniej wyraźne, a jednak wciąż są obecne w pamięci. Wszyscy oni zapisani są we wspomnieniach, które wracają niespodziewanie. Jednak są one niepełne. Dziadkowie i większość osób odeszło, zabierając ze sobą garść nieopowiedzianych wspomnień. Zniknęły razem z nimi historie, które mogłyby Małą Dziewczynkę jeszcze wiele nauczyć, wzruszyć... Pozostało jedynie poczucie niedosytu i tęsknota za tym, co już nigdy nie zostanie opowiedziane. A Mała Dziewczynka może już tylko ich domyślać się, składając je z fragmentów opowieści, które po nich pozostały w pamięci tych żyjących.
Bo przede wszystkim w Małym Miasteczku Mała Dziewczynka spotkała ludzie, którzy wciąż tam są. Trochę starsi, trochę bardziej zmienieni. Podobnie jak Mała Dziewczynka. Czas dla niej i dla nich płynie w tym samym tempie. A jednak w ich spojrzeniach było coś znajomego. Coś, co mówiło: „pamiętam”. I w tym jednym słowie mieściło się więcej niż w całych rozmowach. Nie trzeba było nic więcej. I nagle okazywało się, że czas nie zabrał wszystkiego. Że coś jednak nadal zostało.
Powrót
Wracam do prostych rzeczy - do pyłów tańczących w próżni,
do małego ślepego pająka, co się barwą od ściany nie różni,
do drżących w słocie okiennic głośnego, gorzkiego szlochu,
do szpar ciekawych w podłodze, pełnych zagadek i prochu.
Wracam z zawiłej drogi zwycięskiej, wracam z podboju
do tajni mysiej nory, ukrytej w kącie pokoju,
do strasznej śmierci dzięcioła, do przygód okropnych jeża,
do niepojętej ucieczki sowy i nietoperza.
Coraz jest prościej, ciszej... coraz bezpieczniej, jaśniej...
Wracam - jak smok znużony - do starej, starej baśni.
Kazimiera Iłłakowiczówna
Jak dobrze, że ta cienka nić łącząca Małą Dziewczynkę z jej Miasteczkiem wciąż istnieje. Może z roku na rok jest delikatniejsza, mniej widoczna... Ale jest i trzyma. To ona chyba właśnie sprawia, że Mała Dziewczynka wraca do Małego Miasteczka
Czy jednak takie powroty są dobre?
Nie wiem. Bo każdy z nich coś daje… Ale i coś zabiera.
Dają ciepło. Dają ukojenie. Pozwalają na chwilę usiąść obok dawnej siebie i przypomnieć sobie, kim się było.
Ale zabierają złudzenie, że to wszystko nadal gdzieś trwa w niezmienionej formie.
I może właśnie na tym polega ich sens.
Że uczą nas godzić się z przemijaniem.
– Czy przeprowadziłabyś się tam na zawsze? – pyta Anioł Stróż
– Wątpię… Czułabym brak czegoś, co zostało tu, w codzienności - odpowiada Mała Dziewczynka
– A czy zostałabyś tam dłużej niż dwa tygodnie?
– No nie wiem… To tutaj jest teraz mój Dom...
– Czy zazdrościsz temu spokojniejszemu życiu?
– Może… Kocham Małe Miasteczko za jego powolność, ale czasem potrzebny jest mi bieg, obowiązki....
– Czy wrócisz ponownie w tym roku?
– Chciałabym nawet już za chwilę… Bo coś w tym miejscu wciąż mnie wzywa.
– Czy będziesz tęsknić?
– Cóż to za pytanie? Oczywiście, że tak… I chyba właśnie ta tęsknota sprawia, że powroty mają sens.
Jak dobrze, że istnieje to niewytłumaczalne poczucie, że gdzieś istnieje kawałek świata, w którym była naprawdę sobą. Bez pośpiechu. Bez lęku. Bez tego ciężaru, który niesie dorosłość.
Puk, puk.... Pora zamknąć szufladę wspomnień. Codzienność już przekracza próg i wchodzi do środka. Ale zapach bzu jeszcze przez chwilę zostaje w powietrzu, jakby  na potwierdzenie, że to wszystko naprawdę się wydarzyło.
 

sobota, 18 kwietnia 2026

Zwykły, a jednak niezwykły...

Więc będę śpiewał i dążył do kresu
Ożywię ogień, jeśli jest w iskierce.
Tak Egipcjanin w liście z aloesu
Obwija zwiędłe umarłego serce;
Na liściu pisze zmartwychwstania słowa;
Chociaż w tym liściu serce nie ożyje,
Lecz od zepsucia wiecznie się zachowa,
W proch nie rozsypie... Godzina wybije,
Kiedy myśli słowa tajemne odgadnie,
Wtenczas odpowiedź będzie w sercu – na dnie.
Juliusz Słowacki
Właściwości rośliny, o której dzisiaj tkam opowieść, Mała Dziewczynka tak naprawdę poznała, gdy zdążyła się ona kiedyś zadomowić w doniczce w jej Domu.
A przecież pamięta, jak Babcia czasem na chory palec Małej Dziewczynki przykładała przecięty, mięsisty liść tej rośliny, która rosła zawsze w domu Dziadków. Jednak wówczas nie zastanawiała się nad tym. 
Dopiero potem Mała Dziewczynka uświadomiła sobie jakim wspaniałym lekarzem potrafi być aloes.  Roślina, która od dawna dziś cieszy się u nas  zainteresowaniem. Jednak szczyt jej popularności przypadał na czasy słusznie minione (ale czy tak do końca?). Znała ją na pewno niejedna babcia, mama... A może ktoś jeszcze pamięta do czego w tych latach był wykorzystywany aloes?
Ale zacznę od początku...
Aloes jest rośliną pochodzącą z suchych, pustynnych i sawannowych obszarów Afryki, Madagaskaru i Azji Mniejszej. Stamtąd zawędrował  do wielu innych regionów świata o zbliżonych warunkach klimatycznych. 
Aloes rośnie tam, gdzie inne rośliny nie potrafią przeżyć. Zadziwia tym, że w najbardziej suchej przestrzeni można być pełnym wody.
Słowo aloes pochodzi od arabskiego alloeh i pierwotnie oznaczał to, co gorzkie, błyszczące, przezroczyste. Skórka aloesu jest bowiem gorzka, a środek żelowy, kleisty, trochę jak ślina. Właśnie z tego powodu na Półwyspie Iberyjskim roślinę nazywa się babosa. W większości miejsc świata roślina występuje jednak zazwyczaj jako aloe albo aloes.
Najstarsze zapisane doniesienia o jej zastosowaniu pochodzą z 2200 r. p.n.e. W mieście Nippur, na południe od Bagdadu, odnaleziono bibliotekę króla Asyrii zwanego Aszurbanipal. Na jednej z glinianych tabliczek znaleziono informacje o roślinie, której „liście przypominają pochwy na noże”. Także liczące ok 3500 lat papirusy egipskie donoszą o uzdrawiających właściwościach aloesu.
W młodszej od nich Biblii znajduje się wyznanie zakochanego w oblubienicy:
Ogrodem zamkniętym jesteś, siostro ma, oblubienico,
ogrodem zamkniętym, źródłem zapieczętowanym.
Pędy twe - granatów gaj,
z owocem wybornym kwiaty henny i nardu:
nard i szafran, wonna trzcina i cynamon,
i wszelkie drzewa żywiczne,
mirra i aloes, i wszystkie najprzedniejsze balsamy
źródłem mego ogrodu, zdrojem wód żywych
spływających z Libanu.
Biblia, Stary Testament, Pieśń nad pieśniami
"Jak szerokie doliny potoków, jak ogrody nad brzegiem strumieni lub jak aloes, który Pan sadził, i jak cedry nad wodami."
Ks. Liczb 24:6
"Wszystkie twoje szaty pachną mirrą, aloesem; płynący z pałaców z kości słoniowej dźwięk lutni raduje ciebie."
Ks. Psalmów 45:9
"Swą pościel mirrą skropiłam, aloesem i cynamonem."
Ks. Przysłów 7:17
"Przybył również i Nikodem, ten, który po raz pierwszy przyszedł do Jezusa w nocy, i przyniósł około stu funtów mieszaniny mirry i aloesu."
Ew. Jana 19:39
Stąd też aloes przez niektórych nazywany jest biblijnym kwiatem.
Ale, ale... STOP. Najprawdopodobniej aloes, o którym mowa w Biblii, nie ma nic wspólnego ze znanym nam aloesem zwyczajnym (Aloe vera). No i pogubiłam się.... 
Egipcjanie uważali aloes za symbol piękna i młodości.
Według legend nie tylko nie tylko piękna Kleopatra używała aloesu do pielęgnacji skóry. Również królowa Nefretete przypisywała tej roślinie pierwszorzędną rolę. Obie używały regularnie aloesu do przemywania oczu i do kąpieli. Pozwoliło im to zachować gładkość ciała oraz jego jasny koloryt Egipcjanie uznawali aloes także za roślinę nieśmiertelności i stosowali go do balsamowania zwłok. Aloes uprawiano też przy wejściach do piramid w celu wskazania faraonom drogi wiodącej do ziemi zmarłych.
Starożytni Grecy i Rzymianie cenili aloes za jego zdolności przyspieszające gojenie ran i łagodzenie bólu. Aleksander Wielki nawet podbił wyspę Socotra, aby zdobyć zapasy aloesu dla swoich żołnierzy.  
Inna legenda mówi, że podczas oblężenia Gazy w 332 roku p.n.e. Aleksander został trafiony zatrutą strzałą. Rana nie chciała się goić i dopiero w Persji, w świątyni Śiwy, jeden z kapłanów go żelem aloesowym.
Grecy i Rzymianie wierzyli także, że aloes zapobiega wypadaniu włosów. Nie bez powodu Grecy nazwali go „darem Wenus”.
Również Indianie stosowali go jako środek odmładzający i nazywali „niebiańskimi pałeczkami”.
Aloes dzięki swojemu szerokiemu działaniu szybko przestał być traktowany wyłącznie jako szamańska roślina lecznicza i został włączony do systemów medycznych, stosowanych nie tylko przez Arabów, Syryjczyków....
W Afryce aloes był wykorzystywany przede wszystkim w dolegliwościach żołądkowych, chorobach reumatoidalnych stawów, rwie kulszowej oraz do nacierania nadwyrężonych miejsc. Kobiety z plemienia Zulusów sok aloesowy stosowany był w procesie odłączenia swojego dziecka od piersi. Karmiące mamy smarowały nim sutki, a jego gorzki smak stawał się przyczyną rezygnacji niemowląt z chęci ssania piersi. 
Lekarz Rufus z Efezu pisał, że aloes bywał stosowany w leczeniu melancholii, dżumy, jaskry oraz katarakty. Wspominał, że roślina ta przynosiła ulgę w się na niestrawności objawiającej się utratą apetytu, słabym trawieniem, zaparciami i wzdęciami. Lecznicze działanie aloesu wykorzystywane było również przy krwotokach, jako środek na oparzenia, na porost włosów, do leczenia trudno gojących się ran, przeciw komarom, w leczeniu skaleczeń i pęknięć skóry.
W pozostawionych przez Hildegardę z Bingen tekstach można znaleźć liczne zapiski o tej roślinie. Jej zdaniem była świetnym lekiem na problemy stomatologiczne. Twierdziła też, że pozwala zwalczać szkodliwe dla zdrowia bakterie i stany zapalne.
Obecnie aloes jest stosowany głównie w chorobach skóry.
W kosmetyce żelu aloesowego używa się jako spowalniacza starzenia się skóry, do ochrony przed promieniowaniem słonecznym a także skutkami odmrożeń czy poparzeń.
Żel z aloesu jest ceniony za swoje właściwości nawilżające i regenerujące. Szybciej niż woda przenika przez skórę, dzięki czemu doskonale nadaje się nie tylko do pielęgnacji skóry suchej i  podrażnionej, ale także do włosów, które dzięki niemu stają się mocniejsze, bardziej elastyczne i mniej łamliwe.
Aloes stosowany jest również w stomatologii. Z acemannanu obecnego w aloesie wytwarza się kleje do protez oraz środki zmniejszające krwawienie i obrzęk dziąseł.
Natomiast osoby cierpiące z powodu dolegliwości reumatycznych stosują aloes, by ukoić ból stawów i mięśni.
Aloes jest skutecznym, naturalnym produktem stosowanym w walce z  różnorodnymi schorzeniami przewodu pokarmowego. Szczególnie polecany jest na dolegliwości trawienne i w leczeniu wrzodów żołądka. Dowiedziono, że wykazuje właściwości antybakteryjne przeciwko szczepom Helicobacter pylori, który odpowiedzialny jest za stany zapalne układu pokarmowego.
Aloes często jest kojarzony głównie z kosmetyką i medycyną. Jednak może być też cennym składnikiem w kuchni. To prawda, że jego smak jest specyficzny, jednak w połączeniu na przykład z owocami, warzywami, może wzbogacić dania o dodatkowe wartości odżywcze, które pozytywnie wpłyną na nasze zdrowie.
Miąższ z liści aloesu jest prawdziwą skarbnicą składników. Zawiera w sobie m.in. tłuszcze, kwasy organiczne, aminokwasy, witaminy (w tym C i B), sole mineralne oraz enzymy roślinne. Aloes dostarcza aż 18 z 22 aminokwasów, które są niezbędne dla człowieka. Jednym z najważniejszych składników aloesu jest acemannan – polisacharyd, który wspomaga układ odpornościowy i ma działanie przeciwzapalne.
Zawarte w roślinie polisacharydy pobudzają produkcję białych krwinek, które odgrywają kluczową rolę w zwalczaniu infekcji. Regularne picie soku z aloesu może wspierać organizm w ochronie przed przeziębieniami i infekcjami wirusowymi.
Aloes zwyczajny
Nie nazywaj mnie kaktusem.
Jestem zwykłym aloesem.
W każdym domu chętnie goszczę,
mało piję, prawie poszczę.
Specjalnej troski nie wymagam,
za to chętnie wam pomagam
na przeróżne dolegliwości,
oprócz ostrych złamań kości.
Mam własności nawilżające,
przede wszystkim odkażające.
Złe bakterie zawojuję,
mikroflorę odbuduję.
Choć urody mi brakuje,
chętnie w oknie paraduję.
Więc nie żałuj, bardzo proszę,
trochę światła. Resztę zniosę.
znalezione w Internecie
O niezwykłych właściwościach tej zwykłej rośliny mogłabym jeszcze długo pisać.... 
Mogę powiedzieć, a raczej napisać, że chyba niewiele jest roślin, które byłyby tak szeroko wykorzystywane przez  liczne narody, kultury... Do dnia dzisiejszego aloes niezmiennie cieszy się dużym zainteresowaniem firm farmaceutycznych, kosmetycznych, a także zwykłych ludzi, którzy uprawiają go w swoich domach.
Ileż dobra w tej niewymagającej, lekko kłującej roślinie, która rośnie tam, gdzie większość rosnąć nie chce. Może zatem urośnie w naszych domach, urozmaici nasze mieszkania...?
A do Domu Małej Dziewczynki znowu powróci na parapet?

sobota, 11 kwietnia 2026

Tam, skąd wieje kwietniowy wiatr

 Tekst napisany wcześniej i zaplanowany do opublikowania. Bo.... 

Jest miasteczko, co nad rzeczką
Wśród ogrodów śpi
Monotonnie w tym miasteczku
Przemijają dni

Dzień podobny do dnia
Tydzień do tygodnia
Wolnym krokiem po uliczkach spaceruje czas
Śmigających przez stacyjkę parowozów świst
Jest jak z innej ziemi głos, jak w obcej mowie list
Początek kwietnia ma w sobie coś szczególnego. Pani Wiosna już się prawie u nas rozgościła. Królewna Zima wyraźnie się poddała. Ale wiadomo, kwiecień plecień...
Powietrze pachnie inaczej niż w marcu, ziemia oddycha wilgocią, a wiatr… Wiatr jak co roku przynosi ze sobą coś więcej niż tylko chłód. Przynosi świeży, wiosenny powiew. I przynosi wspomnienia...
Nie wiem, skąd one się biorą. Może z zapachu mokrych chodników po nocnym deszczu. Może z zielonych pąków na drzewach, rozkwitających kwiatów, śpiewu ptaków... A może z ciszy, która pojawia się w człowieku nagle, bez zapowiedzi. 
A tak naprawdę ciekawskie wspomnienia  wyglądają ze swojej szuflady. Na początku tylko 
podążają wzrokiem za Małą Dziewczynką, rozglądaja się po mieszkaniu. Jeszcze nie chce się im opuścić swojego ciepłego miejsca. 
A Mała Dziewczynka dobrze wie, co będzie dalej. Najpierw pojawia się drobna myśl. Prawie niezauważalna, która rozkwita w jej głowie. A potem nagle, gdy wspomnienia opuszczają szufladę i otulają ją niczym ciepłym szalem, robi się z tej drobnej myśli tęsknota. I wtedy jak zawsze wraca Małe Miasteczko. 
Mała Dziewczynka nie ma wyjścia. Siada jak zawsze w fotelu, zamyka oczy, aby choć na chwilę zobaczyć je znowu.
Może to dziwne, ale wspomnienia z dzieciństwa dawniej były dla niej bardziej odległe, wypłowiałe, mniej wyraźne niż obecnie. Pewnie dlatego, że teraz są one naprawdę ważne.
Mała Dziewczynka widzi znajome ulice, którymi kiedyś chodziła bez zastanowienia. Domy, które mijała setki razy. Drzewa przy jeziorze, które szumiały nawet wtedy, gdy nie było wiatru. Ławki, na których można było usiąść i patrzeć na wodę tak długo, aż myśli same się uspokajały.
Mała Dziewczynka bardzo lubiła i nadal lubi te spacery. Ale nie takie zaplanowane, z wyraźnym początkiem i końcem. Lecz te zwyczajne, kiedy wychodzi się z domu i pozwala nogom iść tam, gdzie same chcą. 
A bardzo często prowadziły nad jezioro. Na planty.
Ścieżka biegła dookoła wody. Nie należało się spieszyć. Mała Dziewczynka potrafiła chodzić tam długo, słuchając własnych kroków na alejce, plusku fal przy brzegu, kwakania różnokolorowych kaczuszek... 
Czasami przychodziła bardzo wcześnie. Jeszcze zanim Miasteczko naprawdę się obudziło. Nad jeziorem unosiła się wtedy delikatna mgła, a woda była tak spokojna, że wyglądała jak wielkie lustro. I w tym lustrze odbijało się niebo, drzewa, dachy domów, klasztor... Po prostu całe Małe Miasteczko. Przeglądał się w nim także król Słońce. 
Nad tym jeziorem dla Małej Dziewczynki są najpiękniejsze wschody słońca. Każdego dnia inne, zachwycające....
Zachody też mają  tam swój własny urok. Król Słońce powoli chowa się za domami, a Małe Miasteczko zwalnia zdecydowanie szybciej niż w większych miastach. Ludzie wracają do domów, na ulicach robi się spokojniej, ptaki milkną, a woda znów zamienia się w lustro. W tym lustrze przegląda się wszystko. Niebo. Drzewa. Całe Małe Miasteczko. 
Świat burzliwą rzeką
Huczy gdzieś daleko
Żebyż głos ten dotarł chociaż raz
Jest miasteczko
Nad niewielką rzeczką
W tym miasteczku ludzie dotąd śpią

Rano mleczarz w okno puka
Słońce czeka w drzwiach
Żeby wpłynąć złotą strugą
Pod blaszany dach
Czasem jednak Mała Dziewczynka wybierała inną drogę. Tę, którą Babcia zawsze nazywała Naszą Dróżką. Nie była szeroka ani szczególnie ważna w Małym Miasteczku. Leżała tuż za nim, trochę na uboczu. A jednak dla Małej Dziewczynki była i jest wyjątkowa. Ścieżka najpierw łagodnie wspina się pod górę, wijąc się między polami, które miejscami sięgają ponad jej wzrost. Idzie się jakby zagłębieniem, otoczonym na wysokości oczu makami, chabrami i kłosami zbóż. Na samym szczycie rozpościera się szeroki widok również na pogwizdujące pociągi.  
Ta ścieżka również na zawsze pozostaje w pamięci. Mała Dziewczynka za każdym razem, gdy jest w Małym Miasteczku, wędruje nią, wspomina, słucha wiejącego tam nieustannie wiatru i wciąż zachwyca się tymi, przestrzeniami...
Wspomnienia ciepło otulają Mała Dziewczynkę. Jest jej tak dobrze.
Ale tą ciszę przerywa delikatnie Anioł Stróż, który ma cierpliwość do wspomnień i do tęsknoty, która wraca do Małej Dziewczynki nie tylko z wiosennym wiatrem.
— Znowu myślisz o Małym Miasteczku — mówi spokojnie.
— Tak.
— Tęsknisz.
— Trochę.
— Tylko trochę?
— Dobrze wiesz, że trochę bardziej.
Przez chwilę jest cicho.
— A najbardziej za czym tęsknisz? — pyta w końcu Anioł Stróż.
Mała Dziewczynka zastanawia się przez chwilę.
— Za spacerami.
— Nad jeziorem?
— Nad jeziorem też… ale chyba najbardziej za Naszą Dróżką.
— Dlaczego właśnie za nią?
— Bo tam było najciszej.
Anioł Stróż milczy przez chwilę, jakby przyglądał się tym wspomnieniom razem z nią.
— Wiesz — mówi w końcu — takie miejsca nigdy nie znikają.
— Nawet jeśli zmieniają się z czasem?
— Nawet wtedy.
— Dlaczego?
— Bo najważniejsza część została w tobie. Możesz tam także pojechać - mówi  Anioł Stróż.
— Naprawdę? Ale przecież teraz jestem...
— To minie. Będzie dobrze.
— Może rzeczywiście tam pojadę, jak....
— Czasem wystarczy uwierzyć. Warto spakować tęsknotę do kieszeni i podążyć za nią.
Mała Dziewczynka wie, że Anioł Stróż ma rację. Ale czy zdąży przygotować się do wyjazdu w tak krótkim czasie?  Czy poradzi sobie? Przecież... Ale może da radę? Nigdy nie była tam w kwietniu, albo tego już nie pamięta... Może w końcu uda się jej zobaczyć złote, pachnące pola rzepakowe. Co roku się na nie spóźnia o kilka, chociaż z roku na rok przyjeżdża coraz wcześniej....
W południowym skwarze
Drzemią sklepikarze
Szaro i niepostrzeżenie mija pracy czas
Trzeba skopać w swym ogródku pod lewkonie grunt
Potem brydż u aptekarza po pięć groszy punkt

Wreszcie noc leniwa
Na miasteczko spływa
Noc ogromna w deszczu srebrnych gwiazd
W tym miasteczku
Wkrótce po troszeczku
Ludzie się przebudzą, żeby żyć
Jerzy Jurandot
Może to dobry moment, żeby na chwilę odetchnąć od codzienności? Krótki urlop od szarej codzienności. Zostawię za sobą troski, i domu, popatrzę na rosnącą trawę, poczuję zapach kwiatów, oprę się o drzewo… Rano przywitam słońce nad jeziorem, a wieczorem zobaczę, jak odbija się w moim Małym Miasteczku.
Samo oczekiwanie na coś dobrego jest tylko połową przyjemności. Więc jak tylko.... Jadę 

sobota, 28 marca 2026

Cisza, która prowadzi do radości

W marcu wstaję wcześniej niż zimą. Świat jeszcze śpi, w dole tylko mkną w dal pociągi. Parzę herbatę. Piję powoli i patrzę przez okno ponad dachami domów.
Wiem, że to jeszcze wcześnie na tą opowieść, ale....
Zanim pierwszy promień słońca wpadł do mojego mieszkania, wiedziałam, że nadchodzi Wielkanoc. Wszak pierwsze palmy już zielenią i złocą się w wazonie. Zapach wiosny rozchodzi się dookoła. W sercu czuję znajome oczekiwanie.
Nadchodzące dni nie są jak każde inne... To dni, który pachną świeżością wiosny, pieczeniem ciasta, wanilii, kolorami pisanek...
Są także cichymi chwilami zadumy.
MOJE TRIDUUM SACRUM
Od lat się uczę Triduum Sacrum
ciągle na nowo
przemierzam z pokorą trzy dni święte
z każdym rokiem inaczej
zasiadam w czwartek do Ostatniej Wieczerzy
by skosztować ducha zapowiadanej Ofiary
potem wędruję w piątek pod Krzyż
wiem że mnie przygarnie jaką jestem
a gdy nadejdzie cisza wielkiej soboty
wśród hortensji i białych tulipanów
będę czekać wytrwale
aż zmartwychwstanie Miłość
bym mogła znów iść dalej...
Każdy krok w tym czasie przypomina mi, że zanim będzie radość, musi być cisza, zaduma i głębsze spojrzenie na to, co w moim życiu naprawdę ważne. 
Wielkanoc to dla mnie więcej niż święto jednego dnia. To przypomnienie, że życie potrafi się odrodzić, nawet gdy wydaje się ciężkie i szare.
W marcu wszystko prowadzi ku Wielkanocy. Każdy dzień Wielkiego Postu ma w sobie nutę oczekiwania. Zdejmuję ostatnie zimowe ozdoby, wycieram kurz półek, porządkuję nie tylko przestrzeń, ale i myśli. W tym czasie nawet cisza ma inny smak. Głębszy, bardziej uważny.
W wazonie stają pierwsze kocie gałązki. Miękkie i puszyste bazie, delikatne wspomnienie z dzieciństwa... Dotykam ich i czuję, jak bardzo to święto zakorzenione jest w prostych gestach. W święceniu palm, przynoszeniu do domu zieleni, sprzątaniu, malowaniu jajek....
Przychodzi Triduum Paschalne. Czas najważniejszych i najbardziej poruszających dni w całym roku liturgicznym. Te trzy dni nie są jedynie pamiątką wydarzeń sprzed dwóch tysięcy lat. To jedna, wielka tajemnica miłości Boga do człowieka. Tajemnica rozciągnięta w czasie od wieczoru Wielkiego Czwartku aż po świt Zmartwychwstania.
To czas, w którym liturgia prowadzi nas krok po kroku przez Wieczernik, Golgotę i pusty grób, abyśmy nie byli tylko widzami, lecz uczestnikami zbawczych wydarzeń.
Zatrzymujemy się głębiej niż zwykle, by spojrzeć w głąb siebie i zrozumieć sens ofiary, ciszy oraz nadziei. To dni, które wyciszają codzienny pośpiech i zapraszają do prawdziwej refleksji nad życiem, przemijaniem i odrodzeniem.
W Wielki Czwartek
Śpimy jak zwykle
w czwartkową noc
nieświadomi zbliżającej się chwili
nie podejrzewamy nawet
że ktoś może być sam
nie chce się nam czuwać
bo dobrze nam w swoim świecie
bezpieczni
że ktoś pokona za nas
dolinę ciemności
spokojni
że nie musimy podbiegać
z rozłożoną chustą poświęcenia
nie żądają od nas odwagi
więc zapominamy że nasze miejsce
jest pod Krzyżem
i przesypiamy kolejną
noc Miłości. 
Wielki Czwartek jest cichy i refleksyjny. Wspominamy Ostatnią Wieczerzę, gest umycia nóg i ustanowienie Eucharystii. W powietrzu czuć skupienie i wdzięczność, ale też zapowiedź nadchodzących wydarzeń. To wieczór pełen zadumy, w którym milkną dzwony, a serce zaczyna rozumieć, że wchodzimy w tajemnicę większą niż słowa.
Wielki Piątek jest surowy, poważny i wymagający skupienia. To dzień ciszy, postu i adoracji krzyża. W tym dniu świat naprawdę powinien zwolnić, bo staje wobec tajemnicy cierpienia i śmierci. To dzień, w którym ziemia zdaje się milknąć.
A jednak u nas, zawsze zastanawiam się dlaczego, nie jest dniem wolnym od pracy.  Jakby nasza codzienność nie zawsze potrafiła zatrzymać się tam, gdzie serce najbardziej tego potrzebuje. I rzeczywiście można pytać, dlaczego świat nie zatrzymuje się w tym dniu? Dlaczego codzienność toczy się zwyczajnie?
Wielki Piątek uczy nas, że cierpienie nie jest ostatnim słowem Boga. Że nawet w największym mroku obecna jest nadzieja, choć jeszcze jej nie widać.
W Wielki Piątek
Dziś pod Krzyż przyszły
wszystkie smutki świata
cisną się w zapłakanych oczach
słabym głosem wyrywają się ze zranionych serc
jadą na inwalidzkich wózkach
popychają krzywdę zdrady
rzucają niedawne oszczerstwa
przekrzykują zapach alkoholu
i rozpychają się gwałtem nienawiści
a ramiona Krzyża
w delikatnym uścisku
przygarniają przyniesione kamienie i głazy
by przemienić je w diamenty
błyszczące w płomieniach zachodzącego słońca.
Już cisza
i dzieją się pod Krzyżem rzeczy niepojęte
które rozumie się jedynie
u stóp Krzyż
Wielka Sobota jeszcze jest dniem ciszy. To zawieszenie między bólem a radością. Wielka Sobota pachnie jednak już świętami – chlebem, ciastem, barszczem, chrzanem i wędliną. W domach miesza się cisza oczekiwania z krzątaniną przygotowań. Koszyczek przykryty białą serwetką niesiemy ostrożnie, nie tylko po to, by wiatr jej nie zdmuchnął, lecz także dlatego, że niesiemy w nim coś więcej niż pokarmy. Niesiemy nadzieję, że po ciszy i mroku zawsze przychodzi światło. 
W sobotę na koniec jest Noc Zmartwychwstania Pańskiego, Wigilia Paschalna.
Wigilia Paschalna zaczyna się w ciszy i ciemności, gdy ogień rozprasza mrok, a światło paschału powoli wypełnia świątynię, niosąc obietnicę nowego życia. To noc czuwania i nadziei, w której serce przechodzi z ciszy Wielkiego Piątku ku radości Zmartwychwstania, czując, że po każdej ciemności naprawdę przychodzi świt.
W Wielką Sobotę
Lubię radość wielkiej soboty
przystrojonej grobami Pańskimi
w których Chrystus
spoczywa jeszcze w zapachu wiosennych kwiatów
wokół pełno
cichych modlitw i szeptów
przenikających przez biel
grobowych płócien
i wciąż to radosne oczekiwanie
na odwalony kamień
na bliskiego sercu Anioła
na spotkanie z szukającą Marią
i na dźwięk słów
nie zatrzymuj mnie
wiersze Basia Wójcik
Chwytam w dłonie drewnianą pisankę. Delikatnie ją obracam i myślę o tym, jak kruche, a jednocześnie piękne jest życie. Wielkanoc każdego roku uczy mnie, że każdy z nas może odrodzić się na nowo. W myślach, w uczuciach, w relacjach z innymi. I przede wszystkim w zdrowiu i w wędrówce przez ścieżki codzienności. O tym wszystkim sama się przekonałam.
Jednak radość nie zawsze przychodzi sama. Trzeba ją dostrzegać w drobnych gestach: w uśmiechu, w słońcu za oknem, w ciepłej herbacie pitej w ciszy poranka...