sobota, 20 czerwca 2026

Opowieść utkana nie tylko z pór roku

Zauroczona w dzieciństwie książką Heleny Bobińskiej, z ilustracjami które wyczarował Józef Wilkoń, od lat tkam moje opowieści o  Królu Słońce i jego czterech córkach.  Z czasem dołączyło do nich Przedwiośnie i nieoczywiste dla wszystkich Przedzimie, a ostatnio Babie Lato.
Nie wiem dlaczego, ale dopiero teraz pomyślałam, że do pełnego obrazu brakuje mi jeszcze jednej postaci. Kim była matka pór roku?
W oryginalnej książce autorka o tym nie wspomina. A przecież czy siostry mogłyby istnieć bez matki? 
Na szczęście to pytanie bardzo krótko nie dawało mi spokoju. Po namyśle doszłam do wniosku, że musiała nią być Matka Natura. Ale to tylko oczywiście moja fantazja.
Matka Natura
Słońce dziś znów po
niebie pląsa,
uśmiechem swoim serca
nasze ogrzewa.
Muzyka radosna śpiewa.
To ona idzie ku nam,
przez łąki pachnące
trawą, wody błękitem
w rzekach wartko płynących,
polami pełnych złotych
łanów zbóż.
Leniwie się rozgląda do koła,
i cieszy swój wzrok.
Wszystko jej się ściele w
pokłonie do ziemi.
Drzewa,w lesie,szumiący wiatr
w koronach,ptaki wyśpiewujące
swoje trele,
To Ona...
Ich na świat do życia powołała
Matka Natura.
znalezione w Internecie
Zatem zaczynam tkać moją opowieść.
Dawno, dawno temu.... (A  może powinnam użyć czasu teraźniejszego? Jednak w bajkach jest raczej ten przeszły)
Matka Natura nie błyszczała jak Król Słońce. Nie potrzebowała złotych promieni, pałacu,  tronu...
Wiosną siadała na wilgotnej ziemi pachnącej przebudzeniem, a w jej włosach zieleniły się młode listki, zza których wyglądały nieśmiało fiołki, stokrotki...
Latem tronem była rozgrzana łąka, a koroną wianek z maków, chabrów i kłosów zbóż.
Jesienią spoczywała na dywanie z liści, w koronie z jarzębiny i bursztynowych traw.
Zimą jej tronem stawała się biała zaspa, a koroną srebrzysty szron i gwiazdy lodu.
Jej twarz zmieniała się jak krajobraz dookoła. Czasem młoda jak świeży liść, czasem poorana zmarszczkami jak pole po żniwach. W jej oczach odbijało się wszystko: pierwsza zieleń i ostatni opadły liść, ślad sarny na śniegu, pęknięcie lodu na rzece.
Była delikatna jak poranna rosa, ale i silna jak korzenie drzew.
Była cierpliwa, cicha. Czuwała, by żadna zmiana nie była zbyt nagła, by każda pora roku przychodziła naturalnie, w swoim czasie.
To ona szeptała córkom, kiedy mają odejść, a kiedy wrócić.  Uczyła je cierpliwości. Bez niej świat nie miałby rytmu.
Gdy Król Słońce spojrzał na Ziemię, Matka Natura wynurzyła się z porannej mgły. Wzięła w dłonie grudkę ziemi, ogrzała ją jego światłem i wyczarowała swoje dzieci: Przedwiośnie, Wiosnę, Lato, Babie Lato, Jesień, Przedzimie i Zimę.
Najpierw narodziło się Przedwiośnie.  Nieśmiałe, marzycielskie, lekko zaspane...
– Nie śpiesz się – szepnęła mu Matka Natura – Najpierw wsłuchaj się w ziemię.
Przedwiośnie westchnęło i spod śniegu przebiły się pierwsze krokusy, przebiśniegi... Lód pękł z cichym trzaskiem. Ptaki powoli przymierzały się do śpiewu. To był czas jeszcze pewnego zawahania, nadziei... 
Potem przyszła Wiosna. Radosna, zwiewna, pastelowa, trochę niecierpliwa... Matka utkała jej suknię z mchu i młodych liści. A gdy Wiosna chciała otwierać zbyt szybko pąki kwiatów, przytrzymywała ją chłodem poranka. 
- Poczekaj, wszystko zdąży zakwitnąć - powtarzała Matka Natura
Wiosna zwalniała, choć w jej włosach tańczył już niecierpliwie wiatr. Stąpała boso po łąkach, powoli budząc ptaki, trawy i kwiaty miękkim dotykiem...
Po Wiośnie przychodziło Lato. W jej dłonie Matka Natura wkładała złoto zbóż i zapach rozgrzanej ziemi.
– Dojrzewanie nie znosi pośpiechu – przestrzegała, gdy Lato rozpędzało się w żarze,  gdy chciało trwać bez końca... Przypominała więc o zmierzchu, przysyłała chmurę, która kładła cień na rozpalonych polach.  A Lato wówczas milkło na chwilę, ciężkie od światła, słodkie od owoców, dojrzałe od kłosów pochylonych ku ziemi  
Dwór Matki Natury
Gdzie nie stanęła ludzka stopa     
gdzie mchy gąbczaste i paprocie,
dostępu strzegą leśne wrota
przy których Faun mieszka w grocie.

Kraina elfów i rusałek
żaden śmiertelnik tam nie gościł
Matka Natura tu na stałe
ma swoje rajskie posiadłości.

Spokojnie, błogo, płynie życie,
wokół pląsają elfy boso,
rusałki już o samym świcie
zmywają senność z powiek rosą.

Zbierają nektar leśnych kwiatów,
owoc jagody i maliny,
posłania mają z miękkich mszaków,
są nieskalani i niewinni.

Matki Natury cała świta
dba o dostatek, jej wygody,
nieziemska siła niespożyta
jest zbawczym źródłem dla przyrody.

Płyną perliste ptasie trele
spowite zwiewnym aromatem
i przepojone leśnym zielem
zdobią natury zmienną szatę.

Wszędzie jej pełno w całym świecie
w każdej krainie i zakątku,
kiedyś nie było nas tu przecież
a ona była od początku.

Gdzie się przeplata lato z wiosną
zima zaglądać nie próbuje,
elf i rusałka jak brat z siostrą,
po tym królestwie spacerują
Bolesław Pączyński
A kiedy Lato zaczynało powoli gasnąć, gdy powietrze wciąż było ciepłe, ale ranki i wieczory stawały się chłodniejsze, Matka Natura utkała z ostatnich promieni Babie Lato.
Nie było ono już tak gorące jak Lato ani tak zamyślone jak Jesień. Było mostem między nimi.
Jego suknię Matka Natura utkała z cienkich, srebrzystych nici pajęczyn unoszących się w słońcu. Włosy Babiego Lata pachniały trawą, a dłonie miały ciepło, które zamiast parzyć otulało.
– Zostań na chwilę – szepnęła Matka. – Niech świat nauczy się cieszyć spokojem.

Babie Lato roześmiało się i rozpięło nad łąkami srebrzyste nici, w których  tańczyło słońce. Otoczyło świat łagodnością, spokojem i ciepłem.

Za Babim Latem następowała Jesień. Jesień miała barwy zachwytu i nutę melancholii. Matka wplatała  w jej włosy kolorowe liście, do kosza wkładała jabłka, gruszki,  winogrona... A kiedy Jesień nie chciała oddać ciepłych barw, Matka Natura coraz bardziej strącała liście z drzew.
– Aby coś mogło się odrodzić, coś musi opaść – mówiła cicho. A Jesień uczyła się od niej sztuki odpuszczania. Jednak było to dla niej trudne.
Przedzimie było najcichsze. Najczęściej przysiadało przy Matce. Razem milczały. W powietrzu było już przeczucie śniegu, chłód pod powiekami dnia.
Matka Natura chodziła wtedy wolniej. Zamykała ogrody, wygaszała kolory, przykrywała ziemię spokojem.

A gdy Przedzimie drżało, niepewne swego miejsca między złotem Jesieni a bielą Zimy, Matka Natura brała je za chłodne dłonie i mówiła:

– Nie bój się ciszy. To w niej ziemia nabiera oddechu.
Przedzimie uczyło się, że wycofanie nie jest porażką, a odpoczynek  koniecznością.
Na końcu przychodziła Zima. Najstarsza, najsurowsza i chyba najmądrzejsza. Może to wydawać się dziwne, ale chyba była w pewien sposób najbardziej podobna do Matki Natury. 
Zjawiała się cicho i przykrywała świat bielą. Pod jej dotknięciem drzewa milkły, rzeki zastygały, a ziemia zapadała w głęboki sen.
A gdy mróz stawał się zbyt surowy, Matka Natura mówiła do niej:
– Pamiętaj, surowość jest potrzebna, lecz pod śniegiem zawsze musi bić serce dla przyszłej Wiosny, obietnicy przebudzenia.
I wtedy Zima łagodniała, wiedząc, że jej koniec jest jednocześnie początkiem.
Zapomniana Natura
Taka nasza piękna,
lecz przez wszystkich zapomniana.
Matka natura,
w swych dziełach doskonała.

Lecz ludzie zapomnieli o niej,
nie przejmują się nią.
Już nie patrzą na zachody słońca,
i na kwiaty spowite mgłą.

Dlaczego tak się dzieje,
czemu jest tak że nie zachwycamy się tym,
że świeci słońce albo śpiewa ptak.
Czy już nie ważne jest,
że mimo wszystko Matka natura,
zawsze między nami jest.
Jak odnaleźć radość dnia codziennego... pytam was.
Mateusz Wędziński
Matka Natura nie rządziła, ona słuchała (wiem powinnam napisać w czasie teraźniejszym, ale to przecież bajka...). Była pamięcią wszystkich poprzednich wiosen i wszystkich minionych zim. Pamiętała, że po każdym zamarznięciu przychodzi odwilż, a po każdym opadłym liściu następuje zielony powrót.
Pilnowała, by żadna z córek nie wyszła z pałacu króla Słońce za wcześnie ani nie została na Ziemi zbyt długo. Była strażniczką rytmu.
Nie pozwalała trwać wiecznie ani w rozkwicie, ani w uśpieniu. Nadawała zmianom sens.
I to dzięki niej pory roku krążą nieustannie.
Uczy nas nadal, że każda chwila ma swoje miejsce i że przejścia są tak samo ważne jak pełnia.
I to dzięki niej pory roku krążą nieustannie.
A i my krążymy razem z nimi, czasem nieświadomie, czasem z zachwytem.
Bo przecież z jej odwiecznym rytmem toczy się także nasze życie.

sobota, 13 czerwca 2026

To, co miękkie dla wzroku

Jak wiadomo Mała Dziewczynka  od zawsze ma dwie lewe ręce do malowania, rysowania.... Po prostu tego nie potrafi. W szkole podstawowej skutecznie ją do tego zniechęcono. Jak? TUTAJ można o tym przeczytać.  
Ale Mała Dziewczynka lubi oglądać piękne dzieła, stworzone przez innych. 
W jednym z artykułów przeczytała, że niektóre obrazy są „miękkie dla wzroku”. To był komentarz pewnej dziewczynki. I przy tym określeniu Mała Dziewczynka zatrzymała się na dłużej, bo wydało się jej niezwykle trafne. Dzieci czasem potrafią nazwać rzeczy, których dorośli długo szukają w skomplikowanych słowach. „Miękkie dla wzroku”, czyli takie, na które patrzy się z ulgą. Takie, które nie męczą, nie krzyczą, nie szarpią uwagi. I takie obrazy Mała Dziewczynka lubi oglądać.
Pastele Degasa
Te plecy. Rzecz erotyczna zanurzona w trwaniu,
A ręce uwikłały się w rudych splotach,
Tak bujnych, że czesane, ściągają w dół głowę.
Udo i pod nim stopa drugiej nogi,
Bo siedzi, rozchylając zgięte kolana,
I ruch ramion odsłania linię jednej piersi.
Tu, niewątpliwie, w stuleciu i roku,
Które minęły. Jakże ją dosięgnąć?
I jak dosięgnąć tamtą, w żółtym peniuarze?
Czerni rzęsy przed lustrem, podśpiewując.
Trzecia leży na łóżku, pali papierosa
I ogląda żurnal mody. Jej koszula
Z muślinu, biel obfita okrągło prześwieca
I różowe sutki. Kapelusz malarza
Wisi między sukniami na antresoli.
Lubił tutaj siadywać, rozmawiać, rysować.
Cierpkie w smaku jest nasze ludzkie obcowanie
Z powodu znajomego dotyku, ust chciwych,
Kształtu bioder i nauk o duszy nieśmiertelnej.
Przybiera i odchodzi. Fala, wełna, wilna.
I tylko ruda grzywa błysnęła w otchłani.
Czesław Miłosz
Myślę, że nasz wzrok i nasze głowy naprawdę potrzebują właśnie takich obrazów. Czegoś pięknego, inspirującego, spokojnego i delikatnego. W codziennym życiu jesteśmy przecież nieustannie bombardowani informacjami. Wystarczy włączyć wiadomości albo zajrzeć do Internetu. Niemal z każdej strony napływają obrazy wojen, katastrof, wypadków, ludzkich dramatów. To wszystko jest głośne, ostre, pełne napięcia. Nasza uwaga zostaje przyciągnięta, ale jednocześnie czujemy zmęczenie i niepokój.
Dlatego tak bardzo potrzebujemy sztuki. Ona nie odwraca wzroku od świata, ale pozwala na chwilę się zatrzymać. Daje przestrzeń, w której można odpocząć od nadmiaru bodźców. Obraz, fotografia, rzeźba czy nawet zwykły krajobraz namalowany na płótnie potrafią przywrócić poczucie ładu. Patrząc na coś harmonijnego, spokojnego, zaczynamy oddychać wolniej.
Oczywiście nie każda sztuka jest „miękka”. Są dzieła ostre, prowokujące, niepokojące. Artyści często właśnie po to je tworzą – żeby poruszyć, zmusić do myślenia, czasem nawet wstrząsnąć odbiorcą. I to też jest potrzebne. Sztuka nie zawsze ma być wygodna.
Wiele zależy od naszego gustu i wrażliwości. To, co dla jednej osoby będzie kojące i łagodne, dla innej może być obojętne. Jedni odpoczywają przy spokojnym pejzażu, inni przy abstrakcji pełnej kolorów i ruchu. Każdy z nas znajduje gdzie indziej swoją chwilę wytchnienia.


Vermeer
Dopóki ta kobieta z Rijksmuseum
w namalowanej ciszy i skupieniu
mleko z dzbanka do miski
dzień po dniu przelewa,
nie zasługuje Świat
na koniec świata.
Wisława Szymborska

Może właśnie dlatego od wieków ludzie otaczają się obrazami. Wieszają je w domach, chodzą do galerii, zatrzymują się przed nimi dłużej niż planowali. Nie chodzi tylko o estetykę. Chodzi o to krótkie doświadczenie równowagi, kiedy coś pięknego uspokaja myśli.
Myślę, że ta dziewczynka intuicyjnie uchwyciła coś bardzo ważnego. Tak jak ciało potrzebuje odpoczynku, tak oczy i umysł potrzebują czasem czegoś „miękkiego”. Czegoś, co nie rani spojrzenia, ale je koi.
Sztuka potrafi właśnie na chwilę uciszyć świat i przywrócić w nas harmonię.
Może więc warto od czasu do czasu poszukać takich obrazów, miejsc i chwil, które są dla nas „miękkie dla wzroku”. W świecie pełnym hałasu i pośpiechu są one jak krótki oddech. Przypominają, że piękno wciąż istnieje i że bardzo go potrzebujemy.
Impresjonizm
Jak  ocalić
Smugę światła
Z katedry Moneta
Piruet tancerki
Na scenie Degasa
Gwar Paryża
W kawiarni Renoira
***
Uszczknąć ziarenko
Z wielkiej klepsydry
Spójrz
W dłoni twej pamięci
Słowik zaklęty w ciszę
Izabela Galicka
Dlatego tak bardzo potrzebujemy sztuki. Ona nie odwraca wzroku od świata, ale pozwala na chwilę się zatrzymać. Daje przestrzeń, w której można odpocząć od nadmiaru bodźców. Czasem wystarczy spojrzeć na spokojne tafle wody z cyklu Nenufary namalowane przez Claude Monet, gdzie kolory niemal rozpływają się w świetle. Innym razem wzrok odpoczywa przy cichym pejzażu, takim jak Babie lato autorstwa Józef Chełmoński, gdzie powietrze zdaje się drgać od ciepła późnego lata. Bywa też, że ukojenie przynosi spokojne wnętrze z obrazów Johannes Vermeer, na przykład Dziewczyna czytająca list przy otwartym oknie, w którym wszystko zdaje się zanurzone w ciszy i łagodnym świetle.
Oczywiście to tylko przykłady. Dla jednych „miękki dla wzroku” będzie pejzaż z wodą i niebem, dla innych spokojny portret albo obraz z ciepłym światłem. Wszystko zależy od wrażliwości i osobistego gustu – każdy z nas trochę inaczej odpoczywa patrząc na sztukę. 
Mała Dziewczynka myśli czasem, że ludzie dlatego od wieków malują obrazy, aby zatrzymać na chwilę coś łagodnego i podzielić się tym z innymi. I może właśnie dlatego tak lubimy do nich wracać, nawet jeśli sami nie potrafimy narysować choćby jednej prostej linii.

sobota, 6 czerwca 2026

Jedna data urodzin, wspólne "dziwactwa"

Od dawna chciałam napisać o swoich dziwactwach. O tych drobnych, codziennych, które dla jednych są śmieszne, dla innych niezrozumiałe... A dla mnie są po prostu częścią mnie. 
Jednak stale to odwlekalam. Dopiero post Frau Be i "rozmowa" z nią uświadomiła mi, że nie tylko ja noszę w sobie pewien katalog osobliwości. I co najdziwniejsze jest on trochę podobny do listy Frau Be. Może dlatego, że dzień i miesiąc naszych urodzin jest ten sam... Rok jednak inny.
Uśmiechnęłam się zresztą, jak przeczytałam, że zadziwiająco wiele nas łączy. Jakby ludzie urodzeni tego samego dnia dostawali podobny zestaw przyzwyczajeń, lęków i małych natręctw. Nie wszystko jednak do siebie pasuje. I dobrze, bo wtedy wszystko byłoby nudne, przewidywalne... 
Kaczka dziwaczka
Nad rzeczką opodal krzaczka,
Mieszkała kaczka-dziwaczka,

Lecz zamiast trzymać się rzeczki,
Robiła piesze wycieczki.

Raz poszła więc do fryzjera:
"Poproszę o kilo sera!"

Tuż obok była apteka:
"Poproszę mleka pięć deka."

Z apteki poszła do praczki
Kupować pocztowe znaczki.

Gryzły się kaczki okropnie:
"A niech tę kaczkę gęś kopnie!"

Co nas różni przede wszystkim?
Frau Be ostrzy noże i maniakalnie kupuje nożyczki. Mnie już sama myśl o tym przyprawia o ból zębów.
Źle czuję się, gdy ktoś kieruje w moją stronę ostrze noża, nożyczek, pilnika.... Ich ostrzenie lub piłowanie np. paznokci przyprawia mnie o dreszcze.
Nogi, a przede wszystkim stopy, muszę mieć przykryte podczas snu, inaczej nie zasnę.
Mam mieszkanie pełne roślin, podczas gdy u niej nie ma ani jednej. Za to nie uświadczysz u mnie jakiegokolwiek zwierzęcia. No chyba, że będzie to wędrująca po oknie biedronka...
Ale dużo mnie z Frau Be łączy.
Również jem wszystko osobno. Mama opowiada, że już jako kilkuletnie dziecko najpierw jadłam surówkę, potem mięso, a na końcu to co najlepsze czyli ziemniaki. Jeśli coś ma warstwy, jem je warstwa po warstwie. Od zawsze obieram np. ptasie mleczko lub galaretkę z czekolady. Sernik zaczynam od galaretki, kruszonki, potem dopiero przychodzi kolej na masę serową. Z gołąbków najpierw jej kapustę, a potem dopiero to co w środku...
W autobusie, tramwaju muszę siedzieć w pierwszym rzędzie.
Mówię do siebie. Czasem półgłosem, czasem całkiem wyraźnie. Ale wiadomo, zawsze warto porozmawiać z inteligentnym człowiekiem:)))
Liczę schody przy wchodzeniu, ale też wagony pociągu które przejeżdżają pod moim oknem...
Przy rejestracjach samochodowych stopień trudności podnoszę. Sprawdzam, czy suma cyfr jest podzielna przez trzy, a najlepiej jeszcze przez cztery. 
Mój umysł najwyraźniej również nie znosi rzeczy niepoliczonych.
Lubię zapach książek, gazet...
Pamiętam spotkania, rozmowy, zdarzenia sprzed kilkunastu lat, ale nie pamiętam, dlaczego otworzyłam lodówkę...
Znosiła jaja na twardo
I miała czubek z kokardą,

A przy tym, na przekór kaczkom,
Czesała się wykałaczką.

Kupiła raz maczku paczkę,
By pisać list drobnym maczkiem.

Zjadając tasiemkę starą,
Mówiła, że to makaron.

A gdy połknęła dwa złote,
Mówiła, że odda potem.

Martwiły się inne kaczki:
"Co będzie z takiej dziwaczki?"
Nie cierpię ludzi przypadkiem wchodzących w kadr zdjęcia, filmu. Zdjęcia i filmy z przypadkowymi ludźmi usuwam bez litości. Chociaż czasem żal,  gdy moment na ujęcie był wyjątkowy. 
Źle działają na mnie otwarte szuflady i drzwi szaf.
Szukam okularów, gdy mam je na nosie. Z telefonem, też czasem się zdarza... Zdecydowanie nie lubię szukać czegokolwiek. Wszystko musi być na swoim miejscu. Czasem jednak coś nieświadomie przestawię, włożę do nieodpowiedniej przegródki i.... Nienawidzę szukać czegokolwiek.
Nie lubię zatem, gdy ktoś moje przedmioty przestawia, w nawet ich dotyka. Jest mi wtedy psychicznie niewygodnie.
Nie znoszę także, kiedy ktoś stoi za mną, gdy siedzę. Unikam siadania tyłem do drzwi 
Lubię porządek przestrzeni, własny układ rzeczy i święty spokój wokół nich. Ale z drugiej strony nie lubię, a wręcz nie znoszę sprzątać.
Aż wreszcie znalazł się kupiec:
"Na obiad można ją upiec!"

Pan kucharz kaczkę starannie
Piekł, jak należy, w brytfannie.

Lecz zdębiał, obiad podając,
Bo z kaczki zrobił się zając.

W dodatku cały w buraczkach,
Taka to była dziwaczka!
Jan Brzechwa 
A tak naprawdę najbardziej jednak mnie ucieszyło u Frau Be odkrycie, że ktoś naprawdę rozumie moją niechęć do ludzi przypadkiem pojawiających się na zdjęciach. 

Podobne, ale jednak nie identyczne. Jak dwie wersje tej samej dziwności. W końcu urodziłyśmy się tego samego dnia i miesiąca. I może właśnie dlatego los zostawił nam podobny szkic charakteru, który każda z nas wypełniła już po swojemu. Jednak coś wspólnego zostało. 
I właśnie te "drobne" dziwactwa  przestają wydawać się śmieszne w chwili, gdy spotyka się kogoś, kto je rozumie bez tłumaczenia.
Z wdzięcznością zatem odkryłam, że na świecie jest przynajmniej jeszcze jedna „kaczka-dziwaczka”, która patrzy na pewne rzeczy podobnie do mnie.

sobota, 30 maja 2026

Znów maj w Małym Miasteczku

Wróciłam z kolejnego majowego wyjazdu do Małego Miasteczka. Tak wiem, przecież byłam tam dopiero w kwietniu... Jednak nie mogłam sobie odpuścić tego „imieninowego”, który już chyba stał się tradycją. I tak naprawdę dobrze mi z tym terminem i z tym miejscem.
A może chciałam uciec od tego co dookoła? Gdy świat traci równowagę, a wiadomości przynoszą tylko niepokój, chciałam znaleźć się w miejscu, w którym czas płynie wolniej, a problemy świata  zdają się być odleglejsze.  Coraz częściej właśnie takich miejsc coraz bardziej dziś potrzebuję. Takich, w których można choć na chwilę przestać myśleć o tym, co dzieje się dookoła, co martwi, niepokoi...

I takim właśnie zakątkiem jest dla mnie Małe Miasteczko.

Konwaliowe serca
Silne własną nieśmiałością
skrywają niezmierzone piękno

w cieniu starych drzew

dzwonią cichutko dzwoneczkami pokory

na zwyczajnych nutach wspomnień

kierują nasze umęczone ciała

ku sobie wodząc upojnym zapachem

bez słów niepotrzebnych każą uklęknąć

kto chce być bliżej

musi zgiąć kark i skłonić głowę

trzeba się pochylić nisko

by zrozumieć naprawdę....

prapremiera wiersza 

"Znowu Małe Miasteczko? Nie chcesz zobaczyć czegoś nowego? Czy to nie jest za bardzo powtarzalne, nudne...?"
Mała Dziewczynka od lat słyszy te pytania, ale chyba już ich nie słucha. Nie przejmuje się nimi... 
Oczywiście są miejsca, które się zwiedza. Ale dla Małej Dziewczynki są też takie, do których się wraca. I to nie po to, aby zobaczyć coś nowego. Chociaż na nowości patrzy z ciekawością. Wraca przede wszystkim aby znów odnaleźć dawne ścieżki, poczuć, jak to jest, gdy czas płynie wolniej.
W Małym Miasteczku dni mają bowiem swój własny rytm. Na przykład wtorkowe i piątkowe poranki zaczynają się na targu, gdzie można kupić prawie wszystko. A każdego popołudnia życie zwalnia, nie tak jak w dużym mieście.
Tym razem było podobnie jak wcześniej, ale nie identycznie. Są stałe punkty: spacer znanymi ulicami, chwila nad jeziorem, spokojne poranki bez pośpiechu, rozmowy, które mają czas się wydarzyć...  Ważne jest też to wrażenie, że nic nie trzeba. Można, ale nie trzeba... 
Było jezioro. To samo, a jednak inne. W maju jest bardziej żywe, rozgadane... W kwietniu było jeszcze ciche, milczące. Tylko ptaki o poranku śpiewem witały dzień.  W maju domy odbijały się w wodzie jakby bardziej wyraźnie. Może dlatego, że w kwietniu wiatr cały czas marszczył taflę jeziora... Teraz po gładkiej wodzie kręciły się kaczki, jak zawsze kolorowe, głośne, starające się przekrzyczeć. Zupełnie nie przejmowały się, że Mała Dziewczynka chciała chwili ciszy.
Były też łabędzie. Tym razem trzy. Jeszcze rok temu był jeden, ten, który jeszcze wcześniej został sam po stracie brata. A wcześniej zaginęli ich rodzice. Mała Dziewczynka pamięta, że wtedy trudno jej było o nich myśleć. Teraz widok był inny. Lżejszy, bardziej optymistyczny...

Pierwsze maki w ogrodach już kwitną.
Przenoszą nas w świat dzieciństwa, które choć dawno minęło,

to jednak pozostało w obrazach, zapachach i w sercu...

Czerwienią maków znaczone

nasze zwykłe życiowe wędrówki

naprzemiennie dotykające kłosów i chwastów

w promieniach słońca i majowych kroplach deszczu

szukające pocieszenia...

Była też nasza Polna Dróżka. Zielona, lekko nierówna, z makami, które od razu przyciągają wzrok i z kilkoma chabrami, które trzeba uważnie poszukać. Przeszłam ją znowu bez pośpiechu. Tak po prostu bez planu, bez potrzeby dojścia gdziekolwiek.

Nie robiłam nic spektakularnego. Raczej zbierałam drobne rzeczy: kilka zdań, które zostaną na dłużej, obrazy, które pewnie wrócą za jakiś czas, zwykłą obecność kogoś dawno niewidzianego. I znowu okazało się, że to wystarcza.
To właśnie daje mi zazwyczaj Małe Miasteczko. Może nie ucieczkę od świata, ale jego spokojniejszą, bardziej harmonijną wersję.  Pozwoliło mi oderwać się od codziennego pośpiechu i na chwilę wsłuchać się we własne myśli.

Małe Miasteczko zakwitło majem

jakby chciało rzucić pod stopy Małej Dziewczynki

całe piękno zaczarowanych chwil

pod dotykiem maja zakwitły imieninowe upominki

ukryte w krzakach dzikiej róży

pod starym klasztorem ten sam co kiedyś jaśmin

czaruje zapachem wspomnień ciągle dobrych

suną kaczki i łabędzie po gładkiej tafli jeziora

wprost pod deszcz kwitnących akacji

słodkie grona upajają wonią czasów minionych

zakorzenionych głęboko w sercu...

znów jest maj taki jak kiedyś

świat niczym z bajki stroi się w najpiękniejsze suknie

oddycham powietrzem tamtych lat

a obok mnie na starej znajomej ławce

pojawia się korowód ukochanych postaci

rozmawiamy bez słów a potem

wstajemy razem z ławki bo maki i chabry

wołają nas na kolejny spacer naszą drogą...

prapremiera wiersza

wiersze Basia Wójcik

Chciałabym, aby ten spokój i cisza, które tam znalazłam, zostały ze mną na dłużej. 
Ale czy to możliwe? 
Przecież dobrze wiem, że jak zawsze po powrocie szara codzienność szybko upomni się o swoje miejsce. I że trudno będzie zatrzymać w sobie ten spokojny rytm na dłużej.
Powrót wyglądał dokładnie tak, jak zawsze. Po przekroczeniu progu mieszkania od razu pojawiła się czekająca szara codzienność. I niestety coraz mniej „tam”, a coraz więcej „tu”. Wszystko czekało. Obowiązki, sprawy do załatwienia, tempo, które raczej nie zwolni tylko dlatego, że ja bym chciała.
Zdaję sobie sprawę, że spokój Małego Miasteczka nie przeniesie się w całości do mojej codzienności. Ale coś jednak zostanie. Przecież wszystko upycham do mojej szuflady.
Chyba właśnie po to zbieram te wszystkie obrazy, zapachy, rozmowy i chwile, aby mieć do czego wracać wtedy, gdy codzienność znowu zacznie przytłaczać. Żeby przypominały mi, że istnieje też ten inny świat, w którym nie tylko można żyć spokojniej, wolniej...
A pędzącej rzeczywistości nie zatrzymam. Ale może nabiorę większego dystansu? Może łatwiejsze będzie „odpuszczę to”? Może nie wszystko będzie musiało być zrobione od razu? Jednak znając naturę Małej Dziewczynki...

Dziękuję za wcześniejsze życzenia imieninowe

sobota, 16 maja 2026

Zioło, które dzieli świat

Dzisiaj opowieść o kolejnej, ostatnio coraz bardziej popularnej roślinie, za którą ja zbytnio nie przepadam. Zresztą chyba nie ja jedna. bo nie znalazłam wierszy, które zawierałyby jej nazwę. (No cóż, są inne...)
Mięta
Lubi kocha szanuje
Chłodzi odkaża ratuje

Nagietek
Nagietek niewielki jak łokietek
Z kwiatami pomarańczowymi
Od czerwca do października
Leczy więdnie usycha
Myśli o innych w chorobie
Zapomina o sobie

Rumianek
Do mycia głowy
Do płukania gardła
Żeby cię grypa nie zjadła
I daleko i blisko
Dobry zawsze na wszystko
Nawet wyczytałam, że kolendra jest przyprawą, która bardzo dzieli ludzi. Jest lubiana przez wielu ludzi, ale dla części osób ma nieprzyjemny, "mydlany" smak. 
Nać kolendry, dość często używana w wielu kuchniach jest jednocześnie uwielbiana i nienawidzona. Jak wszystko, co można zjeść. Winę można zrzucić na odmienne gusta. Wszak jedni wolą gorzką czekoladę, inni przepadają za mleczną. Tak samo może być w przypadku naci kolendry. Dla jednych to najprzyjemniejsza przyprawy, dla innych „mydlany” smak nie do zaakceptowania.
Naukowcy z Kalifornii odkryli, że za podzielone reakcje na kolendrę odpowiada gen OR6A2. W zależności od jego wariantu różnie odbieramy aldehydy nadające kolendrze smak i zapach. Natomiast kanadyjscy naukowcy wykazali, że odbiór kolendry zależy także od kultury. W Azji Południowo-Wschodniej tylko 7% badanych jej nie lubi, podczas gdy w Europie już 17%. Co ciekawe, regularne jedzenie kolendry może osłabić wrażenie jej „mydlanego” smaku.
Szałwia
Szałwia czerwona szalona
ma dla nas jednak względy
nie całuje gęby
leczy nam dziąsła i zęby

Dziurawiec
Dziurawiec - posłuszne ziele
W noc świętojańską zakwita
Dar wprost z bożej apteki
Leczy wątrobę jelita
O jakże dla nas łaskawe
Są twoje listki dziurawe

Jasnota biała
Jasnota biała, głucha pokrzywa
Służy – więc zawsze szczęśliwa
Pomóż zdechlakom oddychać
Nie dławić się kaszleć i kichać
Zacznę jednak od początku.
Coriandrum sativum L. to powszechna, naukowa nazwa kolendry siewnej. Jej nazwa pochodzi od greckiego słowa coris (pluskwa, gryźć) ponieważ świeże liście oraz niedojrzałe owoce kolendry posiadają nieprzyjemny zapach pluskwy..
Ludowe nazwy kolendry to pluskiewnik, koperek pluskwiany, pieprz polski, pieprzyk, chińska pietruszka.
Kolendra ma bardzo długą historię. Jej odmiany rosły w rejonie wschodniego basenu Morza Śródziemnego i na Bliskim Wschodzie. Zaczęto ją uprawiać już kilka tysięcy lat temu.
Kolendra pojawia się w Biblii w Starym Testamencie, gdzie jej nasiona są porównywane do manny, którą Izraelici spożywali podczas wędrówki przez pustynię. "Dom Izraela nazwał ten pokarm manną, a była ona jak ziarno kolendra, biała, a miała smak placka z miodem." (Wj 16,31).
Egipcjanie używali kolendry w rytuałach pogrzebowych i jako składnik do balsamowania. Znaleziono ją w grobowcach faraonów, co świadczy o jej dużym znaczeniu.
W starożytnej Grecji i Rzymie kolendra była używana zarówno jako przyprawa, jak i roślina lecznicza. Grecy wykorzystywali ją do aromatyzowania win i potraw.
Natomiast do celów medycznych stosowali ją starożytni lekarze jak Hipokrates i Pliniusz. Hipokrates opisywał ją jako środek poprawiający trawienie. Pliniusz polecał wino z czosnkiem utartym ze świeżą kolendrą,
Utartych liści używano do leczenia zawrotów głowy, przy bólach żołądka, biegunkach oraz niesmaku w ustach. Na ból głowy sporządzano wodę z nasion kolendry. Kandyzowane nasiona służyły jako zdrowa przekąska. Olejek kolendrowy działa przeciwtrądzikowo, antybakteryjnie i antyseptycznie.
Do Wielkiej Brytanii sprowadzili ją Rzymianie, dla których była podstawową przyprawą w kuchni, a także wykorzystywali ją w medycynie naturalnej. W Ameryce znalazła się ona dzięki brytyjskim kolonizatorom.
W średniowieczu kolendra stała się popularna w Europie jako składnik mikstur leczniczych oraz przyprawa stosowana do konserwacji mięsa.
Na ziemie polskie kolendra dotarła prawdopodobnie w średniowieczu, wraz z rozwojem handlu i napływem zachodnich oraz południowych wpływów kulinarnych. W źródłach pisanych pojawia się w Polsce w XIV–XV wieku jako roślina przyprawowa i lecznicza, uprawiana w ogrodach klasztornych i dworskich.
Marcin z Urzędowa pisał: ‘’wiadomy koreander każdemu także i dzieci w pieluszkach znają, ocukrowany raczej pożywają“. W medycynie ludowej jest ceniony jako środek “poruszający wiatry i wzmacniający żołądek.
Ruta szarozielona
Ruta szarozielona
Z kwiatami żółtymi
Gdy złość w nas kipi i grzmi
Obniża ciśnienie krwi

Serdecznik
rośnie pod płotami
w zaniedbanych parkach
na najgorszej glebie
serdecznik z serca dla ciebie

Melisa
Melisa - znał ją Hipokrates
Leczył nerwy żółć uspokajał
Meliso najdroższa kochana
Śpi się po tobie do rana
Kolendra jest bogata w liczne składniki, takie jak witaminy A, K i C, a także magnez, potas i wapń.
Olej z kolendry, stymuluje pracę żołądka i jelit. Kolendra znajduje zastosowanie w produkcji środków przeczyszczających. Jest wykorzystywana jako środek przeciwbólowy i przeciwobrzękowy, zapobiega kolce, hemoroidom i zapaleniu spojówek, przynosi ulgę w chorobach reumatyzmu i nerwobólów. Olejki eteryczne wykazują działanie antyseptyczne, przeciwzapalne i przeciwbakteryjne.
Przeciwutleniacze zawarte k kolendrze pomagają neutralizować szkodliwe wolne rodniki w organizmie, które mogą przyczyniać się do procesów starzenia i rozwoju wielu chorób.
Kolendra, choć rzadko o tym pamiętamy jest wykorzystywana w kosmetyce, Już starożytni wytwarzali z niej jedne z pierwszych perfum. Egipcjanie dodawali olejek kolendrowy do pachnideł przeznaczonych dla kapłanek i wyżej urodzonych. Rzymianki używały jej w balsamach wygładzających skórę.
Obecnie dzięki właściwościom antyseptycznym i przeciwzapalnym kolendra jest składnikiem wielu kosmetyków do pielęgnacji skóry i włosów.
Maseczka z kilkoma kroplami olejku pomoże złagodzić zaczerwienienia na skórze twarzy i poprawi jej koloryt.
Olejek wzmacnia też włosy i zapobiega ich wypadaniu.
Jest także wykorzystywany w aromaterapii do relaksacji i łagodzenia stresu.
Zarówno liście, jak i nasiona kolendry są jednak najbardziej wykorzystywane w kuchniach na całym świecie. Liście kolendry mają unikalny, pikantny smak i są często używane w kuchniach azjatyckich, latynoamerykańskich i bliskowschodnich. Nasiona, o bardziej subtelnym, lekko cytrusowym smaku, są częstym składnikiem mieszanki przypraw zwanej curry, a także są wykorzystywane w pieczywie i wypiekach.
W kuchni meksykańskiej liście kolendry są nieodłącznym składnikiem takich dań jak tacos, guacamole czy ceviche. Znajduje też zastosowanie w peruwiańskich i kubańskich potrawach.   Nasiona kolendry bywają wykorzystywane przy marynowaniu warzyw, mięsa i przygotowywaniu ogórków kiszonych. Są aromatycznym dodatkiem do pasztetów.
Pokrzywa
Jan rzadko kiedy chorował
żył lat 90 szczęśliwie
mówiono na pogrzebie,
że się kąpał w pokrzywie

Róża dzika
Nie dzika – oswojona
Jak stara dobra żona
Kiedy jest bardzo źle
Da witaminę Ce

Malina
Dzieciństwo przypomina
Dom rodzinny
Z chorobą kłopoty
Babcię co dawała na poty
wiersze ks. Jan Twardowski
Jak widać z tego krótkiego tekstu, kolendra jest rośliną o bogatej przeszłości i dużych możliwościach. Od dawna leczyła ludzi starożytności, zdobiła perfumy królowych, dodawała  smaku kuchniom całego świata.
Dla jednych pachnie rajem, dla innych mydłem, ale na pewno nikogo nie pozostawia obojętnym. Dlatego należy pamiętać, że kolendra ma dość intensywny i specyficzny smak, który nie każdemu musi odpowiadać.

sobota, 9 maja 2026

Ten i tamten maj 

Maj przyszedł tym razem niepostrzeżenie. A przecież zawsze tak na niego czekam. Jak dla mnie ktoś odwrócił kartkę w kalendarzu szybciej niż zwykle. W tym roku na początku maja nadal jeszcze żyję kwietniowym wyjazdem i podobnie jak dla maturzystów dopiero wczoraj było „kiedyś”, „zdążę”, „mam czas”.... Dziś jednak wszystko stało się „już” i "natychmiast". Do tego jeszcze poganiają, że nie ma mojej opowieści... Czas, który w kwietniu był rozciągnięty i płynął szeroką, spokojną rzeką, nagle zwęził się w rwący potok. Ale może zrobię sobie chwilę przerwy? Może na chwilkę otworzę moją szufladę wspomnień? Wszak rzeczywistość zbyt gwałtownie dała o sobie znać po moim powrocie.

Za oknem maj, chociaż pogoda tego nie potwierdza. Jest jasno, trochę zielono, ale chłodno i raczej nie zachęca do długich spacerów. Może dlatego łatwiej myślami cofnąć się do tamtych lat?

DAWNY MAJ

Dawno temu pewien maj
ukołysał mnie pod sercem matki
pewnie wtedy kwitły jabłonie
a może dzikie grusze
na pewno śpiewały kosy
zwiastując mamie dobrą nowinę...

A potem maj przychodził

zawsze z naręczami życia

z własną historią rozkwitających bzów

i szczęśliwego beztroskiego dzieciństwa

z zakochaniem naiwnej młodości

z ciężarem dojrzałego życia

i zwiastunami przewidywanej jesieni...


Przychodzi nadal

zagląda w okna mojej duszy

z cichym przypomnieniem

by nie zmarnować żadnej chwili...

A więc tylko tak trochę uchylam znowu szufladę wspomnień.

Mała Dziewczynka i jej matura. Jak wówczas było? Chociaż teraz z perspektywy czasu wszystko wydaje się, że było prostsze, ale wówczas nikt tak nie myślał. Stres był, wiadomo... I to nie taki zwykły, codzienny, ale nawet graniczący z paniką. 

Mała Dziewczynka pamięta, że dni przed egzaminami miały zupełnie inny, ważny ciężar, jakby od tej jednej chwili naprawdę zależało wszystko.

Czy matura jest dziś łatwiejsza niż czterdzieści lat temu? To pytanie wraca nieustannie, ilekroć zaczyna się maj i kolejne roczniki siadają do egzaminów. I choć Mała Dziewczynka próbuje udzielić odpowiedzi, to niestety nie jest ona taka prosta.

Przecież trudność matury nigdy nie zależała wyłącznie od poziomu zadań. Równie ważna jest jej forma, zakres materiału, świat, w którym funkcjonują uczniowie.

Z jednej strony Mała Dziewczynka może powiedzieć, że dziś jest łatwiej. Egzamin ma określoną strukturę, powtarzalne schematy, jasne kryteria oceniania. Można ćwiczyć arkusze, uczyć się klucza odpowiedzi, przewidywać typy zadań. matura była trudniejsza również w inny sposób. Matura była mniej przewidywalna. Wokół matury powstał cały system wsparcia. Są książki, kursy, materiały dostępne niemal od ręki, no i oczywiście Internet. W czasach, gdy Mała Dziewczynka zdawała maturę tego nie było. Sięgało się do podręczników, do notatek, czasem do biblioteki. Więcej zależało od własnej pracy, samodzielności w zdobywaniu wiedzy i od tego, co udało się zrozumieć samemu.

Ocenianie nie było tak jednoznaczne jak dziś. Dużo zależało od nauczyciela, od chwili, od wrażenia, a nawet sympatii do ucznia... Mała Dziewczynka pamięta jak ta niepewność potrafiła paraliżować bardziej niż same pytania.

Znów jest maj

i znów jest matura

słodko pachną kasztanowe kiście

nęcąc ludzi i owady

budzą wspomnienia piękniejsze od wiosny

znów jesteśmy młodzi i radośni

z plecakiem pełnym marzeń.


Szeleszczą mozolnie skrywane ściągi

tłuką się w głowie tematy pewniaki

biało- granatowo zasiedlone rzędy

starych krzeseł z niegasnącą pamięcią

mruczą te same melodie

w których powtarzalność i przewidywalność

trzyma wielu przy życiu.


Znów jest maj

całkiem inni młodzi ludzie

odkładają wszechwiedzące gadżety

bo znów zakwitły kasztany

inni młodzi ludzie

napełniają plecaki marzeń

a może wcale nie tacy inni?

Dzisiejsi maturzyści mają inaczej. Teoretycznie bezpieczniej, wszystko określone jest bardziej jasno. Ale teraz pojawiło się coś innego. Nie wystarczy zdać. Trzeba zdać dobrze, a czasem wręcz bardzo dobrze. Punkty, procenty, miejsca na listach... To one decydują o przyszłości.

Mała Dziewczynka pamięta jak kiedyś sama matura była już dużym osiągnięciem. Egzamin dojrzałości miał wówczas większy prestiż społeczny i był zdawany przez mniejszą grupę osób.

Dziś jest raczej początkiem dalszej drogi niż jej zwieńczeniem. Maturę zdaje prawie każdy.

Inny był też świat wokół samej matury. Był bardziej zamknięty, spokojniejszy, mniej wymagający pod względem wyborów. Dziś uczniowie mają więcej możliwości. Znajomość języków, otwartość na świat, świadomość, że można wyjechać, studiować gdzie indziej... Tego wszystkiego dawniej nie było. 

Mała Dziewczynka pamięta jak wtedy nikt nie mówił o strategiach egzaminacyjnych, o zarządzaniu stresem, o technikach uczenia się. Uczyło się po prostu. Czasem lepiej, czasem gorzej. Dziś uczy się nie tylko wiedzy, ale i sposobu zdawania egzaminu.

Każdy egzamin urastał do rangi czegoś bardzo ważnego. Wydawało się, że od tych kilku dni zależy naprawdę dużo. Dlatego niektórzy uczyli się do ostatniej chwili. Było powtarzanie materiału, wzajemne przepytywanie się, porównywanie, kto ile umie i czy to już wystarczy....

Mała Dziewczynka nie uczyła się w ostatniej chwili. Raczej starała się mieć wszystko ogarnięte wcześniej. Mimo to stres i tak się pojawiał,  szczególnie przed językiem polskim. Mała Dziewczynka pamięta jak jej dłonie były trochę zimne, a myśli uciekały gdzieś w bok, zamiast spokojnie trzymać się tego, co już przecież było opanowane. Najgorzej było przed wejściem na salę. Potem napięcie powoli schodziło. Mała Dziewczynka pamięta ulgę, gdy zobaczyła tematy.

Nie wszystko jednak poszło idealnie. Tam, gdzie była pewna siebie, wyniki okazały się przeciętne. A z języka polskiego, którego obawiała się najbardziej, poszło jej lepiej, niż przypuszczała. Mała Dziewczynka pamięta jak bardzo była tym zaskoczona  i jak to zaskoczenie przyniosło radość. Chociaż pozostał zawód przy przedmiotach, których była pewna. Moze mniej się ich uczyła...? 

Po maturze przyszła ulga. Ale także takie poczucie żalu, że coś się skończyło. Że zamknął się pewien etap.

WSPÓŁCZESNY MAJ
Trzy skromne litery
w jednej sylabie niezmierzonego piękna

wybuchają nieokiełznaną radością

niby tak samo

a każdego roku inaczej

oddają insygnia władzy

ptakom drzewom i kwiatom

popatrują z błękitnego nieba

na życie

w tysiącach jego form zapachów i kolorów

a ja

kolejny raz przytulam maj

biorę garściami białe różowe i żółte cuda

układam w nieśmiertelnym wazonie serca

klękam wśród słonecznych główek mleczu

by wyszeptać litanię podziękowań.

wiersze Basia Wójcik

Dziś Mała Dziewczynka patrzy na to spokojnie. Wie, że nie da się jednoznacznie powiedzieć, która matura była trudniejsza. Każda miała swoje trudności, łatwiejsze strony. Zmienił się egzamin, tak jak zmienił się świat, jak zmienili się uczniowie. Ale chyba nie zmieniło się jedno. Nie zmienił się ten stres tuż przed wejściem na salę i ta niepewność, czy dam radę.

I może właśnie to łączy wszystkie pokolenia maturzystów bardziej niż jakiekolwiek różnice.

Maj co roku trochę o tym przypomina, zwłaszcza gdy kwitną kasztany, zaczynają się matury.

Zamykam szufladę.

Na razie wystarczy.