sobota, 31 stycznia 2026

Między płomieniem a ekranem

Początek lutego to czas zawieszenia. Zima jeszcze trwa, dzień dopiero zaczyna się wydłużać, a wiosna pozostaje obietnicą.
Głęboko w szafie z godnością odpoczywają gromnice
zmęczone życiem staruszki z kroplami zastygłego wosku
opowiadają sobie historie z dawnych lat
czytając wzajemnie w woskowych sercach
w tych sercach nadal pomrukują uciszone pioruny
oddalone choroby i niebezpieczne zasadzki
drzemią dobre chwile komunijnych obietnic i marzeń dziecięcych
budzą się chrzcielne kąpiele nowych pokoleń
zaklęte w modlitwie dłonie umierających rozpływają się w mglistych obrazach
niejedna łza tęsknoty spada
gdy nabożnie wyciągam moje gromnice ze starej szafy
w której przechowuję najcenniejsze wspomnienia
skarby moje i tych co nauczyli mnie kochać gromnice.
Drugiego lutego, jak co roku zapalę świecę. Nie tą największą. Nie najnowszą. Ale tą starą, kapiącą na dłoń, pamiętającą dłonie ośmioletniej Małej Dziewczynki, inne zimy, inne drogi do domu. To przecież święto Matki Boskiej Gromnicznej, czyli Ofiarowania Pańskiego, obchodzone w Kościele od IV wieku. Upamiętnia ono przyniesienie Jezusa do świątyni i słowa Symeona: 

"Teraz, o Władco, pozwól odejść słudze Twemu
w pokoju, według Twojego słowa.
Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie,
któreś przygotował wobec wszystkich narodów:
światło na oświecenie pogan
i chwałę ludu Twego, Izraela".
 
Dziś niewiele osób pamięta, dlaczego ten dzień był tak ważny. Dla większości to zwykła data w kalendarzu. A przecież dawniej 
gromnica była jednym z najważniejszych przedmiotów w  domu. Wierzono, że jej płomień chroni przed burzą, mrozem, chorobą i nagłą śmiercią. Zapalano ją podczas nawałnic, przy konających, a także wtedy, gdy rodziło się dziecko. Na belkach stropu często rysowano znak krzyża okopconym knotem na ochronę domu i obejścia.
Luty nazywano wilczym miesiącem. To był czas największego głodu i strachu — zarówno ludzi, jak i zwierząt. Według ludowych podań Matka Boska Gromniczna chodziła nocą po polach, pilnując ozimin i odpędzając wilki od ludzkich siedzib. Często przedstawiano ją z zapaloną świecą, osłaniającą ludzi i zwierzęta przed niebezpieczeństwem.
Ale o tym już pisałam TUTAJ
Dla mnie ten dzień od zawsze miał jeszcze jeden wymiar. Drugiego lutego swoje urodziny i imieniny obchodziła Babcia Domowa. Gdy zapalam gromnicę, myślę o niej, a także o tym, jak wiele znaczeń może zmieścić się w jednym płomieniu.
Zapalenie świecy to dla mnie nie przesąd, a raczej gest pamięci. Chwila, w której człowiek zwalnia i przypomina sobie, skąd jest.
Początek lutego to także czas rozstań. Drugiego lutego definitywnie znikają choinki, ozdoby świąteczne, milkną kolędy, kończy się czas Bożego Narodzenia. Jest w tym lekki żal, ale i zrozumienie, że nic nie trwa wiecznie. Gdyby święta były cały rok, przestałyby być wyjątkowe. Jest więc zgoda na ten rytm rzeczy, na naturalne następstwo świąt i zwyczajności, które porządkuje nasze życie.
Święto Matki Bożej Gromnicznej od zawsze jest takim momentem przejścia.
Lubię ten moment. Jeszcze nie wiosna, ale już nie święta. Czas, w którym można spojrzeć spokojniej na to, co było, i na to, co dopiero przyjdzie. Bez dużych planów, bez postanowień. Wystarczy cicha nadzieja, że to, co nie tylko pod ziemią i śniegiem, znowu się obudzi.
Słowa
Dobre słowa
poszybowały z podmuchem wiatru
białe ptaki
wtopione w błękit zwyczajnych dni
zanoszą codzienne wieści
bez nich wszystko byłoby inne
zwyczajność sprawia
że bliskość nie rani
nie zagraża cudzemu szczęściu
na zbudowanych gniazdach przyjaźni
osiadają słowa
tysiące słów
o barwie szczerości
utkanej na tych samych falach odbioru
co nie zakłócają cudzego spokoju
trwaj
w tej samej codzienności
by dobre słowa
niczym ptaki
szybowały do drugich serc
Drugiego lutego są też moje wirtualne urodziny. Trudno mi uwierzyć, że piszę tutaj 8 lat Jednak tak naprawdę piszę już 20 lat. Wcześniej 12 lat na zlikwidowanych stronach WP. Ale o tym zapewne pamięta jeszcze tylko Jola. Przez przez ten czas tyle myśli znalazło swoje miejsce w słowach wysyłanych w przestrzeń bez gwarancji odpowiedzi. Pisanie stało się cotygodniowym nawykiem, nawet wtedy, gdy nie było pewne, czy po drugiej stronie ktoś naprawdę jest.
A zatem w poniedziałek kolejne wirtualne urodziny. Bez świeczek i tortu. Zamiast tego jest ekran, migający kursor i chwila zawieszenia. Cisza teraz panująca dookoła wydaje się dłuższa niż zwykle, jakby wszystko miało zacząć się dopiero po kliknięciu „opublikuj”. Nie ma zapachu ciasta... Jest jednak nadzieja, że za chwilę ktoś po drugiej stronie ekranu pamięta. Może ktoś napisze? Może ktoś wpadnie na moment, zostawi krótkie „pamiętam”, kilka życzliwych słów, znak obecności. Czasem dla niektórych znaczą one więcej, niż mogłoby się wydawać. To potrzeba bycia zauważonym. 
A ja? Za każde życzliwe słowo czuję wdzięczność, bo każde z nich potwierdza, że te lata nie minęły bez śladu. Że to pisanie nie rozpływa się w pustce. Że ktoś czytał, ktoś się zatrzymał, ktoś wracał. Świętuję więc po cichu, między jednym zdaniem a drugim, ciesząc się każdą obecnością, która choć na chwilę zdecyduje się tu zatrzymać i zostać.
Każdy komentarz, każda myśl zostawiona nawet w biegu, działa jak mały płomień, który nie ogrzeje całego świata, ale potrafi rozjaśnić chwilę.
I wtedy myślę, że choć znaczenie starej gromnicy jest głęboko religijne, a nowoczesny ekran należy do zupełnie innego porządku, oba mogą stać się dla człowieka znakiem obecności i pamięci. Pomagają przetrwać ciemniejszy moment roku. Żeby zaznaczyć obecność. Żeby powiedzieć: jestem, pamiętam, widzę. Oczywiście każde z nich na swój sposób.
Iskierki radości
Widziałam radość w twoich oczach
dwie błyszczące iskierki
w których odbija się płomień świecy
tak cieszą się ludzie
dla których wiatr to szum za oknem
a płatki śniegu to baśniowe dary
oczekiwanie – spełnienie
i znów oczekiwanie
jak muśnięcie – dotyk czyjegoś serca
o barwie świeżego śniegu
radość jak ptak
przycupnęła na świerku
zapalonymi lampionami dobrych myśli
potem usiadła na ramieniu
by pozostać w domu
w którym będzie jej ciepło
bo radość często puka
w otwarte drzwi
i zagląda do oczu
w których odbija się zawsze błękitne niebo. 
wiersze Basia Wójcik
I może właśnie o to w tym wszystkim chodzi, aby w czasie zawieszenia nie zgubić drobnych znaków, które pozwalają iść dalej. Wystarczy jedno małe światło, dosłownie iskierka aby nie zgubić drogi. 
Bo niezależnie od epoki człowiek wciąż szuka światła, które nie musi rozpraszać całej ciemności. Wystarczy, że pomoże przetrwać noc.
Reszta przyjdzie sama, gdy człowiek pozwoli sobie na chwilę uważności i pamięci.

wtorek, 20 stycznia 2026

To, co zostaje na zawsze

Styczeń jak zawsze przyszedł hucznie, głośny od fajerwerków, śmiechu, głośnych odliczeń, życzeń.... Wpadł przez otwarte okna niczym zimny powiew.
Jednak gdy nastał poranek Nowego Roku, gdy sylwestrowy gwar wreszcie opadł, Pan Styczeń powoli milknie, spowalnia, odnajduje swój prawdziwy, trochę zamyślony rytm. Dla Małej Dziewczynki to zawsze czas pełen wspomnień. Jak bowiem  wiadomo, był to miesiąc jej Dziadków. Oboje w tym miesiącu świętowali swoje urodziny, imieniny. No i jeszcze ten Dzień Babci i Dziadka...
Wspomnienia
Odwiedzaj swoje wspomnienia,
Uszyj dla niech płócienne pokrowce.
Odsłoń okna i otwórz powietrze.
Bądź dla nich serdeczny i nigdy
nie daj im poznać po sobie.
To są twoje wspomnienia.
Myśl o tym, kiedy płyniesz
w sargassowym morzu pamięci
i trawa morska zarasta ci usta.
To są twoje wspomnienia, których
nie zapomnisz aż do końca życia.
Zagajewski Adam
Tego roku wspomnienia nie czekały, aż Mała Dziewczynka otworzy ich szufladę. Same wysunęły się na światło, jakby wiedziały, że są jej potrzebne bardziej niż kiedykolwiek.
Najpierw pojawił się więc zapach, otulając ją niczym ciepły szal.
Babcia pachniała zawsze swoją ulubioną Panią Walewską i nieodłącznym kremem  Nivea.
W jej kuchni unosił się zapach, rosołu, pieczonego mięsa, drożdżowego ciasta, maślanych bułeczek które parowały jakby były jeszcze ciepłe od jej serca....
A kiedy przez drzwi wchodził Dziadek, dom pachniał także jego wodą kolońską, koperkiem,  ziemniakami, kapustą lub kalafiorem, jabłkami, truskawkami,  które przynosił w wiklinowym koszu z działki. Nie zapominał też o pachnących kwiatach dla Babci, zwłaszcza tych różowych różach.
Ten dom pachniał latem, bezpieczeństwem, spokojem, miłością... Te zapachy Mała Dziewczynka od lat niesie w sobie jak najcenniejsze i najpiękniejsze na świecie. I u niej od zawsze pachnie krem Nivea, a ostatnio podarowana jej przez Mamę Pani Walewska.
Za zapachem przychodził dźwięk. Taki trochę cichy, jakby wspomnienia nie chciały wyrywać Małej Dziewczynki z zamyślenia, zanurzenia w zapachach. Dźwięki po chwili były już jednak wyraźne, rozpoznawalne. Pierwszy to szum pracującej Frani i dzwonek tak rzadkiego wówczas telefonu.
Kroki Dziadka na ganku, brzęk kluczy w kieszeni, otwieranie kramy garażowej, warkot jego samochodu, pogwizdywanie, szuranie laczkami w domu i to najważniejsze: „Już jestem”.
Babcia delikatnie stukała naczyniami w kuchni, włączała radio, które tak lubiła słuchać. Babcia lubiła śpiewać. Śpiewała niezbyt głośno, jakby piosenka przeznaczona była tylko dla domowników. A popołudniu przy pobrzękiwaniu drutów Babcia snuła opowieści. Opowieści te prawdziwe, ale i trochę przez nią ubarwione, zaczarowane. Ale w uszach Małej Dziewczynki nadal jeszcze brzmi wołanie Babci przed obiadem lub kolacją, gdy wychlała się przez okno i wołała: "Do domu..."
Niezmiennie pojawiał się odgłos pociągów. Najpierw ten dobrze znany stukot kół i ciężkie westchnienia parowozu, którym dawno temu  jeździła Małą Dziewczynka do Małego Miasteczka. Rytmiczne „tak–tak” przeplatające się z sykiem pary, jakby pociąg też cieszył się, że wiezie ją do Babci i Dziadka. A potem był ten drugi, ten słyszany z kuchennego okna Dziadków. W oddali słuchać było przede wszystkim częste głośne gwizdy pociągów. Do tej pory Mała Dziewczynka uważa, że w okolicach Małego Miasteczka te pogwizdywania są najgłośniejsze.
Na końcu za zapachem i dźwiękiem zawsze przychodziły obrazy.
Najpierw nieśmiałe, jakby malowane akwarelą, potem wyraźniejsze, nabierające barw i kształtów.
Pierwszy, to obraz Babci i Dziadka na peronie dworca Małego Miasteczka, jakby całe życie czekali tylko na ten jeden pociąg z którego wysiądzie także Małą Dziewczynka.
Wspomnienia różnie płyną
nie bacząc na nasze oczekiwania
mieszają dźwięki zapachy i kolory
a może inna jest kolejność tylko my nie wiemy
falami łez i uśmiechów zalewają drogi istnienia
wdzierają się do mózgu mimo braku zaproszenia
łamią serce albo je leczą zupełnie za darmo
nieuporządkowane natarczywe i wytrwałe drążą bruzdy i szczeliny
zmuszają do przystanku niecierpliwych przechodniów 
potrafią przycupnąć na zakrętach i rozstajach
albo ukryć się pod starą deską i na popękanych szybach
kocham je miłością trudną i stałą
przytulam ostre krawędzie i wygładzam je o swoje zwyczajne życie…
Basia Wójcik
Potem przyfruwał obraz mieszkania Dziadków.
Kuchnia z piecem pod którym Babcia rozpalała ogień. Pokoje z kaflowymi piecami, o które dbał Dziadek. No i przedpokój z dużym lustrem i czerwonym telefonem. Duży pokój z owalnym stołem, na którym leżał biały koronkowy obrus, który Babcia najpierw wygładzała dłonią, choć i tak leżał równo. Potem stawiała na nim wazon ze świeżymi kwiatami. Do tego pokoju Mała Dziewczynka wchodziła rzadko. Dopiero jak pojawił się telewizor zaglądała tam częściej. Przede wszystkim w mieszkaniu bawiła się z bratem w małym pokoju wujka, a najchętniej na balkonie, gdzie królowały babcine pelargonie.
Pojawiała się też działka Dziadków, z gankiem, altanką i stołem również przykrytym obrusem. Na stole Babcia kładła talerz maślanych bułeczek, czy też czasem biszkopt z galaretką, zwłaszcza gdy Mała Dziewczynka jeszcze w lipcu obchodziła swoje imieniny. Ale Działka to przede wszystkim praca. Dlatego Mała Dziewczynka widzi Dziadka w kapeluszu wykopującego młode ziemniaczki lub Babcię z haczką, która walczyła z chwastami. Widzi także samą siebie, gdy pomagała zbierać porzeczki, najchętniej te czerwone, bo szybko zapełniały wiaderko. Zdecydowanie wolała to bardziej niż zbieranie do słoiczka stonki.  Najwyraźniej widać jednak jak razem z Babcią siedzi przy stole i obierają zielony groszek. który w przypadku Małej Dziewczynki tylko w połowie trafiał do miseczki. Reszta bowiem była pałaszowana z apetytem. 
Oczywiście nie można zapoznać o widoku Naszej Dróżki. Tak ją nazywała Babcia.  Dróżka najpierw prowadziła powoli pod górę, między polami, które miejscami były wyższe niż Babcia. Szło się niczym w niecce, dookoła na wysokości oczu tylko maki, chabry, kłosy zbóż... Na szczycie czekał widok rozległej przestrzeni. W dole sunęły i pogwizdywały pociągi.
Ta dróżka została w pamięci na zawsze. Mała Dziewczynka za każdym razem, gdy jest w Małym Miasteczku wędruje nią, wspomina i zachwyca się nadal widokami
Chwila
Idę sto­kiem pa­gór­ka za­zie­le­nio­ne­go.
Tra­wa, kwia­tusz­ki w tra­wie
jak na ob­raz­ku dla dzie­ci.
Nie­bo za­mglo­ne, już błę­kit­nie­ją­ce.
Wi­dok na inne wzgó­rza roz­le­ga się w ci­szy.
Jak­by tu­taj nie było żad­nych kam­brów, sy­lu­rów,
skał war­czą­cych na sie­bie,
wy­pię­trzo­nych ot­chła­ni,
żad­nych nocy w pło­mie­niach
i dni w kłę­bach ciem­no­ści.
Jak­by nie prze­su­wa­ły się tędy ni­zi­ny
w go­rącz­ko­wych ma­li­gnach,
lo­do­wa­tych dresz­czach.
Jak­by tyl­ko gdzie in­dziej bu­rzy­ły się mo­rza
i roz­ry­wa­ły brze­gi ho­ry­zon­tów.
Jest dzie­wią­ta trzy­dzie­ści cza­su lo­kal­ne­go.
Wszyst­ko na swo­im miej­scu i w układ­nej zgo­dzie.
W do­lin­ce po­tok mały jako po­tok mały.
Ścież­ka w po­sta­ci ścież­ki od za­wsze do za­wsze.
Las pod po­zo­rem lasu na wie­ki wie­ków i amen,
a w gó­rze pta­ki w lo­cie w roli pta­ków w lo­cie.
Jak okiem się­gnąć, pa­nu­je tu chwi­la.
Jed­na z tych ziem­skich chwil
pro­szo­nych, żeby trwa­ły.
Wisława Szymborska
Wspomnienia pozostają z Małą Dziewczynką jeszcze przez jakiś czas. To one prowadzą ją przez czas, przypominając, że to, co najcenniejsze, zostaje w nas na zawsze.
Po chwili do drzwi puka codzienność. Wspomnienia na pożegnanie jeszcze raz uśmiechają się i wracają do swojej szuflady. Ciekawe na jak długo?

środa, 7 stycznia 2026

Mały liść, wielki smak

To już moja 400 opowieść. Będzie ona jednak zwykła, z roślinnego cyklu.  

Dzisiaj o przyprawie, która jest znana od wieków i chociaż została wymieniona nawet w Inwokacji, to  nadal wciąż jest rzadko używana w naszej kuchni. A może się mylę?
A przecież ta niepozorna roślina, która czasem rośnie skromnie na uboczu za lubczykiem lub melisą, jakby nie chciała się narzucać. Jednak ma w sobie wielką siłę, zaklętą w drobnych listkach.
Litwo, Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie;
Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie
Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie.

Panno święta, co Jasnej bronisz Częstochowy
I w Ostrej świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy
Nowogródzki ochraniasz z jego wiernym ludem!
Jak mnie dziecko do zdrowia powróciłaś cudem
(— Gdy od płaczącej matki, pod Twoją opiekę
Ofiarowany martwą podniosłem powiekę;
I zaraz mogłem pieszo, do Twych świątyń progu
Iść za wrócone życie podziękować Bogu —)
Tak nas powrócisz cudem na Ojczyzny łono!...
Tymczasem, przenoś moją duszę utęsknioną
Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych,
Szeroko nad błękitnym Niemnem rozciągnionych;
Do tych pól malowanych zbożem rozmaitem,
Wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem;
Gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała,
Gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała,
A wszystko przepasane jakby wstęgą, miedzą
Zieloną, na niej zrzadka ciche grusze siedzą.
Dzięcielina czyli po prostu cząber.
Naturalnym środowiskiem występowania cząbru ogrodowego są kraje rejonu Morza Śródziemnego i Azji Zachodniej.
Zioło to znano już w starożytnym Egipcie, gdzie stosowano cząber do konserwacji pożywienia i aromatyzowania win. Starożytni Grecy zachwycali się jego miłosnym aromatem – cząber uznawany był za afrodyzjak, wg legendy uprawiali go sami bogowie Olimpijscy, by dodać smaku swoim potrawom.
W starożytnym Rzymie gałązki cząbru były częścią składową wieńców laurowych, które były symbolem zwycięstwa.
Zanim na kontynent europejski trafiły zamorskie przyprawy korzenne, cząber uchodził za jedno z najbardziej intensywnych w smaku ziół dodawanych do potraw.
Tak dzisiaj opowieść o cząbrze.
Inne nazwy tej rośliny to: cząberek, pieprzyk, ziele fasolowe, satureja (od nazwy łacińskiej) i oczywiście dzięcielina.
Cząber znany był starożytnym Rzymianom i Grekom. Stosowano go nie tylko w kuchni, ale też w medycynie. Hipokrates i Dioskurides zalecali cząber w chorobach pęcherza moczowego i żołądka oraz w przypadku zapalenia płuc.
Zioło to znano już w starożytnym Egipcie, gdzie stosowano go do konserwacji pożywienia i aromatyzowania win.
Starożytni Grecy uznawali cząber za afrodyzjak. A wg legendy uprawiali go sami bogowie Olimpijscy, by dodać smaku swoim potrawom.
Do Europy północnej przeniosły go legiony rzymskie.
Cząber szybko rozprzestrzenił się do Europy Środkowej i Zachodniej, stając się jedną z ulubionych przypraw kuchni polskiej, niemieckiej i francuskiej.
W średniowieczu był nieodzownym elementem przyklasztornych ogrodów zielnych. Mnisi cenili cząber ogrodowy jako roślinę ułatwiającą strawność tłustych mięs, a także naturalny środek wspierający walkę z przeziębieniem. Marcin z Urzędowa pisał, że: „cząber jest pospolite ziele, że je też w serzech jedzą w Polszcze". Wspomina go też Syreniusz. Ongiś wierzono w jego magiczną moc, jak również w to, że spożywanie cząbru pobudza do podejmowania szlachetnych czynów. Wchodził w skład tzw. afrodyzjaku. Był wówczas zarówno rośliną leczniczą, jak i przyprawową.
Według nauk św. Hildegardy, spożywany na surowo, wzmacniał serce i żołądek, pomagał na melancholię oraz poprawiał wzrok.
Ostra Brama
Modlitw ludzkich macierzanko wonna,
Gorzki cząbrze, woni serc najprostszych ,
Przeciw złu – najhartowniejsze ostrze,
Przeciw wrogom – Wieżo Obronna.
O, Najświętsza Panno Ciemnolica,
Zasłuchana w powszednie modlitwy,
W ich treść prostą, codzienną, pilną
Odgrodzona od ziemi – księżycem,
Gdzie jest napis : Dzięki Ci za Wilno.
Matko…
Matko Polski i Litwy
Krystyna Krahelska
Jego nazwa łacińska "satureja"oznacza pełny, obfity, nasycony, co bardzo trafnie sugeruje, do jakich potraw warto go dodawać.
W języku niemieckim nazywany jest Bohnenkraut – ziele fasolowe – ponieważ łagodzi skutki spożycia roślin strączkowych. Cząber zawiera bowiem wysokie ilości olejków eterycznych, które korzystnie wpływają na trawienie i pracę jelit.
Cząber zawiera właśnie przede wszystkimolejki eteryczne. W jego składzie można także znaleźć garbniki, flawonoidy, witaminę C oraz sole mineralne (m.in. wapń, magnez, żelazo).
Zawarte w nim substancje działają przeciwzapalnie, antyseptycznie, wiatropędnie i przeciwbiegunkowo. Ziela cząbru używa się jako składnika mieszanek ziołowych pobudzających wydzielanie soków żołądkowych i przeciwskurczowych. Stosuje się je przy braku apetytu, niestrawnościach, bólach brzucha, biegunkach i wzdęciach. Zewnętrznie ziela cząbru używa się jako dodatku do kąpieli, zwłaszcza małych dzieci, przy stanach zapalnych skóry. Zaleca się picie naparu z ziela cząbru. Jest on bowiem skutecznym środkiem przeciwrobaczym, działa także wykrztuśnie.
Jednak cząber ogrodowy ma współcześnie większe znaczenie w sztuce kulinarnej niż w medycznej.
Właśnie w kuchni pokazuje swoje najważniejsze oblicze – ostre, pikantne, gorzkie, zdecydowane. Jest on świetną przyprawą wykorzystywaną podczas przyrządzania ciężkostrawnych posiłków. Ponieważ ma specyficzny smak, to nadaje potrawom wyrazistości. . Najczęściej dodaje się go właśnie do roślin strączkowych, stąd jego dawna nazwa „fasolowe ziele”. Jest nieodłącznym składnikiem fasolówki i grochówki. Warto go też dodać do ciecierzycy i soczewicy. Nadaje ciekawy aromat zupom o mało wyraźnym zapachu, takim jak krupnik lub ziemniaczana. Dobrze komponuje się też z pomidorami, ziemniakami... Dodawany jest do tłustych mięs i ryb, gęstych sosów i farszy. Wchodzi w skład ziół prowansalskich, czubrycy zielonej i pieprzu ziołowego. Bez cząbru strączki bywają ciężkie, a potrawy... po prostu nudne. Z cząbrem wszystko nabiera głębi...
Cząber może zastąpić w kuchni dietetycznej sól i pieprz.
Dodanie go do marynat, kiszonek czy mięs przedłuża ich trwałość i chroni przed rozwojem drobnoustrojów.
W kosmetyce cząber znalazł także swoją niszę jako środek do pielęgnacji i dezynfekcji skóry tłustej lub trądzikowej.
Co jeszcze potrafi ta niepozorna przyprawa?
Można dodać go do kąpieli dla dzieci, gdy ich skóra potrzebuje ukojenia – albo po prostu, by zapach ogrodu przeniósł się do łazienki i ukołysał do snu. Zawarte w cząbrze terpeny wykazują delikatne działanie uspokajające, pomagają rozładować napięcie i poprawić jakość snu.
...
Śpiąca nocka, śpiąca,
Gwiazdy z nieba strąca
Tuż przed wschodem słońca.
Szuka miejsca do snu
Pod filarem mostu
W cienistym zaroślu.
Gdzie ciemno i mrocznie
Tam nocka odpocznie
Gdy się słońce schowa,
Obudzi ją sowa,
Znów będzie wędrować.

Dylu, dylu, na badylu,
Śpij biedronko, śpij motylu.
Śpij lebiodo i cząbrze,
Nocko snów im nie skąpże.
Ześlij baśnie i dziwy
Dla ostu i dla pokrzywy.
Niech się w całym ogrodzie
Rozsiądzie sen dobrodziej.

Przyszły liski do kołyski,
Miały bardzo senne pyski,
Senne łapki, senne nosy
I ziewały wniebogłosy
Aaaa Aaa____Aaaa Aa
Niech już śpi dziewczynka mała,
Niech już zaśnie, nie kaprysi.
Darujemy jej sen lisi,
Mocny, smaczny i głęboki,
Cichy jak te lisie kroki.
Jest w nim pięknych rzeczy wiele:
Zapach trawy, listek rdzawy,
Piasku szelest, głosy pszczele,
Nad polami księżyc blady
I na śniegu drobne ślady…
Joanna Papuzińska
To zioło naszych babć, to skarb dawnych spiżarni... To smak tradycji zamknięty w niepozornym liściu. Prosty, a jakże wyrazisty...
Może warto zaskoczyć czasem swoich gości wyjątkowym aromatem serwowanych dań?  Szczypta cząbru potrafi przemienić prostą potrawę w aromatyczną i rozgrzewającą, która pachnie domem i tradycją.
Dziś, w świecie pełnym sztucznych dodatków i szybkich rozwiązań, warto wrócić do tego, co sprawdzone i prawdziwe.

czwartek, 1 stycznia 2026

Na brzegu styczniowego poranka

Stary Rok wyszedł. Zamknął za sobą drzwi cicho, niemal niepostrzeżenie. Wszyscy bowiem z nadzieją wypatrywali już tego, który nadchodził. Nikt więc nie zwracał już na niego uwagi. Zabrał swoje ciężkie walizki pełne radości i łez, spokoju i zamętu, słów wypowiedzianych i tych przemilczanych. Był już naprawdę zmęczony. Jak każdego jednak Sylwestra zostawił za sobą kawałek przytrzaśniętego drzwiami płaszcza, niczym wspomnienie tego, co minęło. Zawsze mu wówczas za to dziękuję, bo nie wierzę, że robi to przez przypadek. Staruszek Czas dobrze wie, że trudno mi jest żegnać przeszłość, chociaż nie zawsze jest ona kolorowa. Z kawałków tych płaszczy mogłabym już uszyć jeden porządny, ale niestety jak powszechnie wiadomo mam dwie lewe ręce...
ZAPROSZENIE
Rozlewam ciszę do kubków poranka
delikatny aromat
błądzi pod sufitem serca
ustawiam w rzędzie moje oczekiwanie
na ciebie
i na ciebie
i jeszcze na ciebie

serce rozrasta się do rozmiarów olbrzyma
wypchane czekaniem
wspomnieniami
pragnieniem
wdycha aromat miłości ukrytej
w każdym opuszczonym kąciku

stuk stuk

wejdź proszę
rozsiądź się wygodnie
wybierz kubeczek
ten który zechcesz

miłość sama dokona wyboru
Gdy tylko Stary Rok zatrzasnął za sobą drzwi, przez otwarte okno (zawsze je otwieram o północy) zajrzał Nowy Rok. Rozejrzał się, wskoczył na parapet i po chwili znalazł się w moim mieszkanku. Jeszcze nieśmiały, trochę zagubiony... Jak każdy gość, który nie wie, jak zachować się w nowym miejscu.  Trochę niepewnie postawił pierwszy krok. Spojrzał na mnie z ciekawością, jak na kogoś, kogo dopiero trzeba poznać. I ja patrzyłam z zainteresowaniem, nadzieją...
Chłopaczek nie miał przy sobie dużego bagażu. W małej walizeczce można znaleźć tylko marzenia, obietnice, zagadki...
Wierzę, że właśnie dla mnie przyniósł jednak ciszę poranka, odrobinę nieśmiałego światła...  Dla mnie to najważniejsze w tych pierwszych, styczniowych dniach. Wszyscy bowiem witają Nowy Rok hucznie. A ja nigdy nie lubiłam Sylwestra. Czekanie do północy, gdy oczy same się zamykają, zawsze sprawia, że pierwszy stycznia mam zwykle stracony. Ratuje go tylko Koncert Noworoczny z Wiednia i kilka chwil ciszy o poranku. Bo pierwszego stycznia o poranku jest wyjątkowo cicho. Miasto śpi jeszcze po nieprzespanej nocy.
Na dachach biały śnieg, na ulicy ciapa. Radio cicho mruczy, jakby bało się zakłócić spokój świtu. Winda szumi leniwie, po klatce schodowej niosą się pojedyncze, senne głosy. W dole jadą pociągi... Pod delikatnym woalem poranka kryje się świat, jeszcze senny, jeszcze cichy.
Patrzę na ten świat w dole, kubek z gorącą herbatą grzeje mi ręce.
Odwracam głowę i spoglądam ponownie na mojego gościa. I on patrzy na mnie wyczekująco, jakby pytał, czy może tu zostać, czy znajdę dla niego miejsce między tym, co było, a tym, co dopiero się wydarzy.
Po chwili zastanowienia uśmiechnęłam się do niego i zrobiłam mu miejsce. Takie jeszcze niewielkie. Nowy Rok jakby odetchnął z ulgą. Usiadł nieśmiało na brzegu mojego poranka, taki jeszcze cichy, niewinny...
I szepnął:
— Zaczynajmy powoli. Nie musisz się spieszyć.
Od dawna już nie zaczynam Nowego Roku od rewolucji. Nie robię już wielkich postanowień. Chcę po prostu czasem przestać ciągle „musieć”, spojrzeć w niebo, dookoła, ale i pod nogi. Tam przecież Mała Dziewczynka, potrafi znaleźć drobne skarby.
OPOWIEŚĆ O ZNALEZIENIU PERŁY
Znalazłam perłę
choć nie wiedziałam
że jej szukam
nic nie wskazywało drogi
trafiłam przypadkiem
leżała przysypana brudem świata
nawet nie wiedziałam
że nie ma blasku
nie wiedziałam też
że odarto ją ze wszystkiego
znalazłam ją
jak inni los szczęśliwy
przygarnęłam
nie mając pojęcia
o jej prawdziwej wartości
jestem bogata
dzięki tym co wyrzucili perłę
na składowisko niepotrzebnych rupieci
wystarczył jeden ruch serca
by zaczęła żyć nowym życiem
teraz ogrzewam ją myślami
niczym oddechem każdego dnia
bo perły żyją tylko wtedy
gdy są zanurzone w miłości
jestem bogata
nie mówię nikomu
gdzie ukrywam szkatułkę
z drogocennym klejnotem.
I chyba właśnie o to chodzi, aby częściej je zauważać. Te maleńkie drobiazgi, chwile, które nie domagają się głośno naszej uwagi. Jednak składają się na coś ważnego, istotnego w naszym życiu. Bez nich byłoby tak pusto.
To one wypełniają moje dni miękkością, przywracają oddech, przypominają, że nie wszystko trzeba osiągać, zdobywać, udowadniać... Czasem wystarczy tak po prostu być. Czy to z kubkiem gorącej herbaty patrzeć przez okno, tylko z własnymi myślami, które wreszcie nie gonią. A może na spacerze pozwolić sobie na zwolnienie kroku i dostrzeżenie czegoś, co zazwyczaj mijam -  błyszczący kamyk, ciekawy liść, odbicie słońca w kałuży. Zawsze jednak zauważam leżące na mojej drodze pieniądze:))) Ale nie o tym dzisiaj.
I może właśnie na tym polega moja mała, prywatna noworoczna "rewolucja". Bo może największą zmianą jest pozwolić sobie na brak dużych zmian. Po prostu na byciu tu, gdzie jestem. Na byciu sobą, to nic że czasem zbyt konkretną, ale i trochę pogubioną... Jednak obecną tu i teraz. Tą Małą Dziewczynką jest we mnie, która wciąż potrafi się zachwycać, znaleźć skarb tam, gdzie inni go nie zauważają.
Nowy Rok patrzy na mnie z łagodnością, jakby chciał powiedzieć, że wszystko, co naprawdę ważne i tak mnie znajdzie. Niczego nie muszę łapać na siłę, czy też wyznaczać sobie ambitnych celów.
Wiem, że ten mały chłopaczek mnie rozumie bez zbędnych słów. Chociaż dopiero przyszedł, to dobrze już wie, że moje tempo bywa zmienne, czasem chaotyczne, czasem zadziwiająco spokojne. Czuje moje wahania, moje ciche pragnienia i te wszystkie niepewności, które potrafią schować się głęboko pod uśmiechem.
- Idź swoim tempem, niczego nie musisz udowadniać.
Uśmiecham się na te słowa.
Więc kiedy tak siedzimy razem, czuję, że między nami rodzi się umowa. On obiecuje dawać mi czas. Ja obiecuję go nie marnować.
Więc pozwalam mu zostać. Robię mu więcej miejsca nie tylko dzisiaj, ale również w kolejnych dniach, tygodniach, miesiącach. W moim życiu.... Niech rozgości się powoli. Bez pośpiechu, bez huku fajerwerków.
Nowy Rok siedzi obok mnie, jeszcze trochę nieśmiały, ale już pewny, że znalazł tutaj miejsce. Wie, że nie oczekuję od niego cudów, że wystarczy mi jego spokojna obecność.
W końcu odkładam pusty kubek i spoglądam uważniej na mojego gościa. Kiwa mi głową z uśmiechem.
- Damy radę - mówi
A ja…?  Ja postaram się w tym wszystkim po prostu być. Słuchać bardziej niż planować, patrzeć częściej niż oceniać, oddychać głębiej niż gonić. Bo może właśnie życie polega też na zwykłych, szarych dniach, które dopiero z perspektywy czasu okazują się niezwykłe.
MILCZENIE
Rozumiemy się bez słów
w milczeniu wymieniamy spostrzeżenia
obiecujemy sobie wzajemną troskę
te obietnice pozwalają nam się rodzić na nowo
w rozczuleniu żegnamy się jesienią
by z radością witać się znów wiosną
kwiaty z mojego ogrodu
kwiaty z mojego życia...
wiersze Basia Wójcik
Przez chwilę patrzymy więc razem przez okno na budzący się biały świat, jeszcze cichy, niepewny...
I choć przede mną dwanaście zupełnie nowych miesięcy, nie czuję lęku. Raczej łagodną ciekawość taką, którą ma się wobec kogoś, komu postanawia się zaufać.
Zatem odpowiadam cicho, trochę już pewniej:
— No to chodź. Zaczynajmy ten rok tak, jak lubię — powoli, delikatnie, po mojemu.
I razem stawiamy pierwszy krok w stronę tego, co dopiero ma nadejść.

sobota, 27 grudnia 2025

Po obu stronach lustra


List
nadawca: wiatr jesienny, odbiorca: poranna
chmurka
Przyfrunę do ciebie w jesienny poranek.
Czy chcesz?
– Chcę.
Bardzo chcę.
– Więc przyfrunę by cię objąć ciepłym dotykiem
musnąć szeptem słów niewypowiedzianych
objąć rękoma pełnymi marzeń
przytulić w przestworzach nieba
i zanucić kołysankę pragnień.
– A jeśli nie przyjdziesz?
Jeśli noc cię zatrzyma?
– Rozproszę mrok silnym podmuchem
słońcu wykradnę promienie
przemknę po różanych autostradach poranka
poszybuję z ptakami
wzrok utkwiwszy w błękicie
odnajdę cię pośród innych obłoków
choćbyś odpłynęła daleko
dosięgnę ogromnym sercem
zbudowanym z miliona powiewów … 
Stary Rok siedzi już na walizkach. Jeszcze nie wyszedł, jeszcze przestępuje z nogi na nogę w przedpokoju. Widzę, że jest już zmęczony tym, że dał radę pomieścić w nich aż tyle. Tyle radości i tyle łez, tyle spokoju i tyle zamętu, tyle słów....  A jednak powoli przemija. Zdecydowanie za szybko.
Pod koniec grudnia, jeszcze przed świętami miałam urodziny, więc może dlatego o tej porze szczególnie czuję upływający czas, jak szybko mijają dni, tygodnie, miesiące.
Zbliżający się Sylwester ma w sobie coś wyjątkowego. To chwila, w której można się na moment zatrzymać między „było” a „będzie”.
Chciałabym zachować w sobie kilka kadrów z minionego roku. Nie wszystkie. Tylko te, które, które pachną Domem, które wzruszyły lub rozśmieszyły mnie do łez, które dały nadzieję, przywróciły wiarę... Ułożę je w mojej szufladzie wspomnień, która jakimś cudem, nigdy nie mówi: „Dość”. Zawsze robi miejsce. Bo wspomnienia to jedyny skarb, który nie zajmuje zbyt wiele miejsca, a potrafi ogrzać bardziej niż najgrubszy koc.
LUSTRO
Każdego dnia
oglądam swoje serce
nawet kryształowe lustro
nie zdoła go upiększyć
wszystkie pęknięcia i blizny
wychodzą poza ramy
jakby chciały uciec w inny wymiar
drążę głębię szkła
ciągle ciekawa
i ciągle niespokojna.
Bez obawy jak zawsze popatrzę w lustro. Nie smucą mnie zmarszczki, pierwsze siwe włosy... Pogodziłam się z tym. Czas rzeźbi mnie, maluje moją duszę... Każda zmarszczka, siwy włos są jak zapis doświadczeń, których nikt nie może mi odebrać. Właśnie kiedy patrzę na te zmiany, widzę w nich nie tylko upływ czasu, lecz także drogę, którą przeszłam. Drogę nie zawsze prostą, bo pełną zakrętów, ale prawdziwą.
I wtedy dociera do mnie, że przecież nie muszę wyglądać tak, jak kiedyś. Wystarczy, że wciąż potrafię być sobą.
Nic dziwnego, przecież to spotyka każdego. Jesteśmy cząstką świata, życia... Czy mam z tym walczyć, czy poddać się? Staram się akceptować siebie taką, jaka jestem oraz czas, który idzie ze mną jak cień. Bo on wcale nie jest moim przeciwnikiem, raczej cichym 
towarzyszem, który przypomina, jak wiele już uniosłam.
I może właśnie dlatego potrafię dziś spojrzeć na siebie łagodniej, z większym zrozumieniem niż kiedykolwiek wcześniej.
Dlatego staram się po prostu przyjąć to spokojnie, jak kolejny rozdział, który dopiero zacznie się pisać. W końcu każdy mijający rok zostawia w nas nie tylko ślady, ale też siłę, której wcześniej nie dostrzegaliśmy. Może właśnie po to przemija, by zrobić miejsce na nowe marzenia, nowe zachwyty, nowe lekcje... 
Piszę do ciebie
który szukasz w ciemnościach
światełka wiary
i do ciebie
który łamiesz nadłamaną gałąź
szukający prawdy
i do ciebie też piszę
który poplątałeś ścieżki bez blasku
wołam o dar pieśni
granej w strunach serca
o gest
wyciągniętej dłoni
szukam cię
w radości poranka
w obłoku rzucanym pod stopy
w pajęczej nici moich myśli
w okruchach twojej dobroci. 
Patrzę w lustro. Ale jest nas dwie. Ta nastoletnia Mała Dziewczynka z nadziejami i planami na życie. I ta druga, obecna teraz, która czasem nie może nadążyć. Świat w przeciągu chwili potrafi być już w innym miejscu, nie można go dogonić, odzyskać utraconych minut.
Patrzę na tą nastolatkę. Jestem nią, ale i nie jestem. Patrzę z czułością na tą nieśmiałą nastolatkę. Dlaczego ludzie nie odradzają się co roku jak przyroda?
Staram się przypomnieć chociaż jedną myśl tej dziewczynki. Czy ona naprawdę istniała? 
Urszula Kozioł w jednym wierszy napisała:
„jest nas dwie: widzialna i niewidzialna. rozmawiamy ze sobą, czasem się spieramy muszę wyznać, że darzę zaufaniem mnie niewidzialną"
Jaki będzie ten Nowy Rok dla tej starszej Małej Dziewczynki? Na pewno będzie to rok przełomowy, w którym zamknie się jeden etap, a otworzy kolejny. Może Ty to wiesz Nastoletnia Mała Dziewczynko? 
Kochana Starsza Mała Dziewczynko
Piszę do Ciebie na chwilę przed tym, jak Stary Rok zamknie za sobą drzwi. Piszę ten list, abyś pamiętała o mnie, kiedy będziesz robić miejsce dla nowego „jutra”.
Piszesz, że w jednym roku potrafi zmieścić się tyle radości, łez, spokoju i zamętu. Piszesz o tym tak pewnie, jakbyś wiedziała, gdzie każde z tych uczuć ma swoje miejsce. Ja dopiero robię na nie półeczki. Uczę się, że warto zapamiętać śmiech przy kuchennym stole, grudniowy zapach domu, ciepłe dłonie mamy...
Piszesz, że patrzysz w lustro i widzisz mnie.  Ja też patrzę, ale Ciebie jeszcze tam nie widzę. Tylko domyślam się, że gdzieś jesteś tam schowana. I wiesz co? To mnie uspokaja. Bo jeśli Ty nadal  jesteś ze mną, to znaczy, że nie zgubiłaś mnie po drodze. Że nie zostawiłaś mnie w przeszłości, że pamiętasz, że nadal jestem Ci potrzebna... 
Chciałabym Ci powiedzieć, że naprawdę istnieję. Właśnie taka nieśmiała, trochę zagubiona dziewczynka, która nosi w sobie nieporadne marzenia i obawy, ale też tyle wiary w świat. Wiem, że może czasem zapominasz o mnie, kiedy biegniesz za tym, co pilne. Jednak pamiętaj, że jestem: w Twoich wzruszeniach, w Twoim śmiechu, w Twoim sercu...
Pytasz dlaczego nie odradzamy się co roku, jak przyroda? Tego nie wiem, ale na pewno zmieniają nas zdarzenia, które przeżywamy, ludzie, których spotykamy...
Jednak Ty już wiesz, że zmarszczki nie są naszym wrogiem. Ja dopiero muszę się tego nauczyć, ale już wierzę Ci na słowo.
Ty  już tyle wiesz. Dla mnie wszystko jest nowe, tak wiele muszę się nauczyć. Chociażby tej odwagi i cierpliwości, chociaż patrząc na Ciebie, wiem, że nie będzie to łatwe. 
Już wiem, że w nadchodzącym roku czeka Cię coś ważnego. Zamkniesz jeden etap i  otworzysz nowy. 
Niech to będzie Twój Rok.  Taki, którego nikt inny nie mógłby przeżyć za Ciebie. Taki, w którym pójdę z Tobą, pełna jeszcze młodzieńczej ufności. Będę Ci przypominać, że wciąż potrafisz się cieszyć. Pamiętaj, że wciąż masz we mnie oparcie.
Pomiędzy nami będzie nadal ta cieniutka, ale mocna nitka, nazywana czasem, dojrzewaniem, życiem....
Zabierz mnie ze sobą, dobrze?
Z miłością, czułością i odrobiną nastoletniego chaosu,
Twoja młodsza Mała Dziewczynka
Stary Rok w końcu westchnie cicho, wstanie, poprawi kołnierz, weźmie  walizkę i wyjdzie w noc zostawiając za sobą lekko uchylone drzwi, a przez próg wejdzie ten Nowy.
A ja będę wiedziała, że ani ja, ani ta dawna ja nie zostaniemy same.
Dlatego obiecuję Ci, Nastoletnia Mała Dziewczynko, że nie zostawię Cię w przeszłości. Czasem ktoś musi mi przypomnieć, jak to jest wierzyć jeszcze zanim pojawi się dowód. Jak to jest śmiać się do łez i płakać tak samo szczerze. Jak to jest zachwycić się chwilą, która trwa krócej niż mrugnięcie.
Chodź, Mała Dziewczynko. Przejdźmy ten próg razem. Bo cokolwiek przyniesie Nowy Rok, uniesiemy to we dwie.
Piszę
Piszę do ciebie
bo czekasz
cichutko wypatrujesz słowa
które z szelestem przypadnie do stóp
piszę dla ciebie
bo otwierasz serce
na dźwięk zwyczajnych brzmień
piszę o tobie
bo jesteś również
cząstką moich dni
zamkniętych w słowie szkoła
bez której nie ma
tych zwyczajności
zapisywanych na trwałe
na dysku serca
piszę z tobą
na wspólnych kartkach kalendarza
choć czasem
brakuje atramentu
chcę pisać do ciebie
bo ty lubisz czytać
zamieniając
ten czasownik
na tysiące pięknych odmian. 
wiersze Basia Wójcik