sobota, 30 maja 2020

Myśli na koniec maja

Deszcz majowy ~
Słońce świeci, deszczyk pada,
Czarownica się podkrada.

Chodźcie, chodźcie prędzej, dzieci!
Z nieba złoty deszczyk leci.
Maj na ziemi! Deszcz o wiośnie
Kogo zmoczy, ten urośnie.
Świeżą trawę skropi rosą,
Bedziem po niej biegać boso,
Będziem wstrząsać mokre drzewa,
Niech nas zlewa, niech nas zlewa.

Rosi deszczyk nam na głowy,
Srebrny, złoty, brylantowy.
Iskry, perły i diamenty
Lecą z chmury uśmiechniętej.
To klejnoty, a nie deszcze...
Jeszcze, jeszcze... Jak szeleszcze,
Szepce, szemrze, szumi, śpiewa...
Trawy cieszą się i drzewa.

Róże w bieli, w złocie, w pąsie
Błyszczą, świecą, lśnią i skrzą się;
Kwiaty modre, żółte, białe
I czerwone w kroplach całe.
Mlecze, jaskry, niezabudki,
Dzwonki, fiołki i stokrotki,
Kwiaty pól i kwiaty matki:
Dziatki, bratki i bławatki,
Wszystko razem w żywej rzeszy
Dżdżem się cieszy, dżdżem się śmieszy...
...A po ścieżce skacze żaba...
Kto się boi, ten jest baba!

Mkną jaskółki z ostrym świrem,
Pachnie wkoło mokrym żwirem,
Pachnie w krąg mokrymi liśćmi...
"Nuże, dzieci, do dom iść mi!"
Nic pójdziemy! wolim w pole!
Tchórze noszą parasole!
Mazgaj, kto zostanie suchy,
A do domu chcą piecuchy!

Słońce świeci. Deszcz o wiośnie
Kogo zmoczy, ten urośnie.
Siedmiobarwna w niebie tęcza:
Niebo z ziemią się zaręcza.
A na tęczy wodna panna
Sieje perły: kwiatom manna!
Promieniste czesze sploty...
Słońce lśni czy włos jej złoty?...

Słońce świeci, deszczyk pada,
Czarownica dziwy składa.
Leopold Staff
Ostatnio niewiele było dni bez deszczu. Cały czas słyszałam krople dzwoniące w okno. Pytałam sama siebie : gdzie podział się ten, najpiękniejszy miesiąc? Jednak nie narzekam. Przecież świat dookoła tego deszczu potrzebował. Jednak, gdy rowerem jechałam do mojego Domu, to jednak nie dostrzegałam jego piękna. Wówczas prosiłam, aby choć na chwilę ktoś zakręcił ten kurek z wodą i rozpędził chmury. Aby pojawił się ktoś, kto  po prostu pocieszy płaczącą w pałacu Króla Słońce jego najmłodszą córkę Wiosnę? Jaki jest jednak powód jej rozpaczy? Bez tego nie uda się jej uspokoić.
Potrzebne mi słońce i sucha droga do Domu. Potem może sobie padać i padać... 
W taki deszczowy, zimny majowy dzień nie pozostaje nic innego jak jak wyczarować w kuchni coś na rozgrzanie. 
Tak, tak…. Jak co roku w  maju nachodzą mnie kulinarne przemyślenia. Może jest to związane z tym, że w maju mam powody do świętowania? Jednak z drugiej strony lubię przy takiej pogodzie opanować kuchnię i przyrządzić coś dobrego i sprawdzonego. Czasem jest to coś całkiem nowego. Lubię jak zupa bulgocze w garnku, a zapach aromatycznej pieczeni rozchodzi się po całym domu.
Potem lubię ładnie przystroić stół Jednak modne teraz kwadratowe talerze zdecydowanie mi się nie podobają. Tradycyjny owal naczyń działa na mnie zdecydowanie uspokajająco. Szpice kwadratowych talerzy klują mnie, denerwują.  Nie lubię tych nowoczesnych wynalazków.
Koło jest kształtem naturalnym, normalnym, tradycyjny, odziedziczonym.

Majowy deszcz
W pewien ranek majowy
spadł dzieciakom na głowy.
Spadł na kwiaty i liście
ciepło... krótko... rzęsiście...
Pogwarzył coś o wiośnie...
Ucichł...
i wszystko rośnie!
Stefania Szuchowa


Często nie lubię tych nowoczesnych wynalazków. Podobnie jest też zazwyczaj z gotowaniem
Na przykład we współczesnej kuchni często w obawie przed kaloriami, cholesterolem rezygnuje się z zastosowania śmietany lub masła. Dlatego ziemniaki, kasze…. polewane są lekkimi, przezroczystymi „sosami”. W przypadku sosów wierna jestem tradycji i wolę dodawać niewielkiej ilości śmietany i odrobiny  masła. Nic tak jak one nie podnoszą walorów smakowych, a stosowane z umiarem nie powinny zaszkodzić.
Zawsze wydawało mi się, że zrobienie sosu to nie lada sztuka. A już na pewno nie powinien to być sos z torebki.
Jednak do sosów trzeba mieć dobrą rękę. Tajemnicą dobrego sosu jest odpowiednie dobranie proporcji jego składników. Ważna jest także barwa, konsystencja, smak i zapach.  .
Nieumiejętnie dobrana ilość składników powoduje, że smak i cały czar sosu pryska. Teraz na ryku mamy dostęp do wielu egzotycznych przypraw, więc łatwo o przesadę.  A dobry sos to zazwyczaj tylko kilka dobrze dobranych składników.
Zapach sosu powinien być konkretny, ale z drugiej strony subtelny, aby nie zagłuszał podstawowej potrawy.
Powinien mieć także odpowiednią konsystencję. Nie do każdej potrawy można podać sos gęsty. Czasem powinien on być lejący się, jedwabisty.
Może ktoś zna dobry przepis na ciekawy przepis z pysznym sosem? Może wykorzystam go na nadchodzących  imieninach? A jeżeli będzie dołączona zwykła konwalia, niekoniecznie wystrojona róża, to w zaświeci u mnie słoneczko
Deszcz majowy
Miarowym szelestem maj opadł na liście,
zmoknięte warkocze w gałęzie zaplata,
i pada bez przerwy, i leje rzęsiście,
perłowe kropelki wieszając na kwiatach.

Wciąż chmury, brzemienne deszczowym balastem,
spływają na ziemię wilgotnym dotykiem,
lecz słońce już brzegi wyzłaca im blaskiem
i w tęczę zapina, uśmiechem okryte.

Więc krople ostatnie ociera maj z twarzy
i dzwonkiem skowronka zawisa w błękicie,
by znów się wiosenną miłością rozmarzyć,
pierwszeństwo jej piękna uznając niezbicie.
Kurek Jan Lech

niedziela, 24 maja 2020

Szum starej płyty


Dom, rodzinny dom odchodzi już w niepamięć,
Czas z matczynych rąk zabiera nas w nieznane
Żal tych czterech ścian, gdzie tyle się przeżyło,
Lecz tam czeka świat i miłość woła nas

Ze starej płyty wraca muzyka,
Wibruje w smykach jak w oczach łzy
A świat się kręci jak stara płyta,
Kreśli w pamięci obraz tych dni

Ze starej płyty melodia płynie,
Jak w niemym kinie ktoś na pianinie gra
Utopmy troski w czerwonym winie,
Bo raz się żyje i kocha raz

Jak filmowy kadr swe życie znów oglądam,
Lecz nie wróci już zielonych lat melodia
Po matczynej też poznałem inną miłość,
Dziś jak piękny wiersz, powtarzam ją co dzień

Ze starej płyty wraca muzyka,
Wibruje w smykach jak w oczach łzy
A świat się kręci jak stara płyta,
Lata nam składa z nocy i dni

Ze starą płytą trzeba ostrożnie,
Pęknie jak serce, nic nie zostanie
Z naszą miłością bywa podobnie,
Mija jak refren ze starych płyt

Jak filmowy kadr swe życie znów oglądam,
Lecz nie wróci już zielonych lat melodia
Janusz Szczepkowski
Dzisiaj miałam napisać o..... Teraz to już nieważne, nieaktualne. Od ostatniego weekendu nie przestaję bowiem myśleć o Liście Przebojów Trójki.  Ten kto mnie zna jeszcze z WP (Ania, Jola...), wie że przez lata  nie wypowiadałam się na tematy polityczne, religijne...., w których mogłabym coś ocenić. Skrytykować lub też opowiedzieć się po czyjejś stronie.  Tym razem także tego nie zrobię.
Jednak zrobiło mi się przykro. 
Przecież to radio w moim pokoju grało jak tylko o 16 wracałam ze szkoły. W tamtych szarych i smutnych  latach Listy słuchali praktycznie wszyscy. Przyznaję, że zazwyczaj nie słuchałam jej od początku do końca. Uwielbiałam jednak nadawany wówczas po Liście Przebojów Teatrzyk Zielone Oko. Każdej soboty czekałam na niego niecierpliwie przez ostatnią godzinę Listy. Lubiłam ten muzyczny czas oczekiwania.
Kiedy zaprzestano nadawania Teatrzyku, coraz rzadziej słuchała, Listy. Jednak z wiadomościami o niej byłam na bieżąco.  
"Dzięki" temu całemu zamieszaniu ponownie zanurzyłam się we wspomnieniach. Jednak nie otwieram jak zawsze mojej szuflady. Tym razem przyszła pora na półkę. Dlaczego wcześniej do niej nie zaglądałam? Dlaczego dopiero informacja o Liście mnie do tego skłoniła? Kiedy ostatni raz trzymałam w rękach te kolorowe okładki?
Płyty. Dziesiątki winylowych płyt Czarne kropki z kolorowymi środkami. Każda opatulona barwnym, czasem już wyblakłym, sztywnym papierem.
Przeglądam je ze wyruszeniem. Przypominam sobie historię każdej z nich. 
Po chwili spoglądam na dawno nieużywany adapter. Delikatnie oczyszczam go prawie niewidocznego kurzu, który przykrywa lata samotności.
Wyciągarka na chybił trafił płytę. Spoglądam co mi los podarował.
Niesamowite. Wysocki. Przecież po cichu miałam nadzieję, że ona to będzie. Miałam oczywiście parę typów, ale Wysocki był w pierwszej trójce.
Wyjmuję z czarno-białej okładki płytę i podnoszę przezroczystą pokrywę. Kładę czarny krążek. Delikatnie dotykam końcówkę igły. W głośnikach zaszumiało.
Działa. Opuszczam ramię i ..
Raz który lecę z Moskwy do Odessy
I znowu, psiakrew, odwołują lot,
Wynika to ze słów jej wysokości stewardessy
Majestatycznej jak Aerofłot
Kolejny komunikat zabrzmiał znów,
Że nad Murmańskiem wyż i niebo szczere,
Przyjmuje Kijów, Kiszyniów i Lwów,
A ja tam nie chcę, mnie tam po cholerę?

Radzili mi - pod inne leć adresy
I nie licz, bracie, że się stanie cud
I co też ci odbiło? Komunikat był z Odessy,
Że mgła i na startowych pasach lód
A w Leningradzie pełna odwilż już,
No a na przykład w takim Tbilisi
Ląduje się wśród pól kwitnących róż,
A ja tam nie chcę, mnie ten adres wisi!

Już słyszę - do Rostowa odlatują,
A ja tak pragnę być w Odessie mej,
Mnie ciągnie właśnie tam,
Gdzie od trzech dni już nie przyjmują,
Mnie korci taki zakazany rejs!
Ja muszę, gdzie zawała śnieżna fest,
Gdzie zaspy i ogólnie ciężki teren,
Gdzie indziej jasno i przytulnie jest,
A ja tam nie chcę, mnie tam po cholerę?

Stąd mnie nie wypuszczają,
tam znowu nie wpuszczają,
Przygnębia mnie mieszanych uczuć splot,
Uśmiechy stewardessy
coraz mniej mnie pocieszają,
Majestatycznej jak Aerofłot!
Przyjmuje ziemi mej najdalszy kąt,
Gdzie jak polecę jeszcze mi dopłacą,
Przyjmuje Wostok, czort nie port,
I Paryż, a ja nie chcę, mnie tam na co?

Ja wierzę, rozpogodzi się, silniki znów zagrają,
Już słyszę ja i serce w gardle mam,
Znów siedzę jak na szpilkach,
a nuż znowu odwołają,
Znów znajdą mnóstwo przyczyn, ja ich znam!
Ja muszę jak najszybciej być tam,
Gdzie mróz siarczysty hula po kolędzie,
Przyjmuje Londyn, Delhi, Magadan,
Przyjmują wszędzie, a ja nie chcę wszędzie!

Daremnie gaszę smutek,
co w serce mi się wessał,
W to serce, co powinno bić jak młot,
Od rana rejs odkłada stewardessa - miss Odessa,
Majestatyczna jak Aerofłot
A pasażerom nawet nie drgnie brew,
Pokornie na walizkach spać próbują,
Dojadło mi to wszystko, ech! psiakrew,
Mam tego dość i lecę, gdzie przyjmują
Dojadło mi to wszystko, ech! psiakrew,
Mam tego dość i lecę, gdzie przyjmują
Włodzimierz Wysocki
Zamykam oczy.
Przenoszę się do mojego pierwszego domu rodzinnego.
Stoi tam gramofon w drewnianej obudowie. Wieczorami słucham bajek, a mama swojej muzyki. Bardzo lubię te wieczory przy adapterze.
Gdy przeprowadzamy się do nowego domu adapter często znajduje się w moim pokoju. Przybywa bajek, które słucham z moim bratem. Między płytami ukrywają się małe, kolorowe pocztówki dźwiękowe.
Jedną pamiętam do dzisiaj. Miał na wierzchu zdjęcie różowej róży, która od zawsze kojarzy mi się z moją babcią. Ta muzyczna kartka też należała do niej. Ale jaka muzykę skrywała? Nie pamiętam. Może to był Tercet  Egzotyczny, który lubiła? A może Jacek Lech lub Irena Santor? A może zupełnie coś innego?
Z biegiem lat moich czarnych krążków przybywa. Ale nie są to już bajki. Jarocka, Wysocki, Okudżawa, romanse rosyjskie, klasyka muzyki poważnej Słucham ich na okrągło. Może"z sąsiedzi chętnie powiedzieliby mi "zmień płytę", ale nie mają odwagi?
O płyty nie jest łatwo. Zawsze kupuje je w zaprzyjaźnionym kraju, gdzie sklep muzyczny jest dla mnie rajem, gdzie zapominam o całym świecie. Nie jest ważne, że powinnam kupie buty, których praktycznie nie ma u nas w kraju.
Wysocki skończył śpiewać. Zmieniam płytę. Romanse rosyjskie. 
Tym razem jestem już na studiach i za pierwsze naukowe stypendium kupuję nowy gramofon. Graniczy to wówczas z cudem, bo w tamtych czasach nie jest łatwo kupnem płyt, a co dopiero mówić o adapterze.
Kiedy idę do pracy, to pierwszą wypłatę przeznaczam na kupno lepszego sprzętu. Jednak starego nie wracam. Do dzisiaj spokojnie spoczywa na dnie szafy.
Kończą się Romanse. Kończy się moja podróż w czasie.
Dobrze było wędrować przez minione lata.
Mam tylko nadzieje, ze za ileś tam lat, ktoś odkryje moje skarby i przygarnie je. Przecież teraz czarne krążki wracają do łask.
Stara płyta
Stara płyta wciąż gra.
Różne myśli krążą w głowie.
Jak to możliwe,że to minęło.
Cała wolność, swawolność, szalone lata.
Ciągle wracają wspomnienia,zabawy,picie,
przyjaciele.
Nie ma już odwrotu, trzeba iść dalej.
Zdobywać nowe przeżycia.
Jakie przeżycia?
Pomyśl a odczujesz nowe emocje,które na Ciebie czekają.
Nie smuć się.
Uśmiechnij się.
Przecież stara płyta wciąż gra.
znalezione w Internecie​

niedziela, 17 maja 2020

Rzepakowe pola na zawsze

Pola rzepaku
Pożółkłe pola, rzepaków łany
tak jak błękity niebiańskich bram.
Ścielą się majem złocistych mórz,
pośród zapachów kwitnących bzów.
Wśród unoszonych przez wiatr płatków kwiatów
i porannego słowików śpiewów.
Podążam śladem płonących barw,
pachnących majem łanów rzepaku.
Małgorzata Karolewska 

Pola rzepakiem malowane są dla mnie niezwykle. To nic, ze zakwitają w każdym roku po raz kolejny i kolejny człowiek powinien przez lata już się przyzwyczaić, nie odczuwać zdumienia. Jednak ja równie niezmiennie w maju zachwycam się nowa.
W tym roku jednak rzepakowe pola przepełniły mnie taką nostalgią
Trudno o bardziej malowniczą porę roku. W przyrodzie dosłownie codziennie dzieje się coś nowego.
Ostatnio przypomniano mi, że istnieje coś takiego jak pachnące pola rzepaku. Ale ja o nich nie zapomniałam, jak bym mogła, przecież żółto-zielone kolory to moje ukochane barwy majowe.
Jak co roku czekałam, aż będę mogła pojechać za miasto, aby nasycić się ich zapachem i bezkresem.
Rzepakowe pola od lat wywołują u mnie emocje. Z jednej strony uspokajają,  wyciszają, a z drugiej wywołują radość, zachwyt i szybsze bicie serca. 
Co roku o tej porze, jechałam za miasto niesiona tęsknotą i nadzieją.  Nie mogłam się doczekać, kiedy zanurzę się w tym pachnącym, falującym na wietrze żółtym polu. 
Pamiętam też moment, kiedy po raz pierwszy zakochałam się w tym widoku.
Jako dziewczynka jechałam wówczas z moim tatą do moich dziadków. Do miasteczka, które pozostaje w moim sercu na zawsze.  
Jechaliśmy na początku maja, nawet już nie pamiętam dlaczego w takim szczególnym czasie odbywała się ta podróż. Przecież nie były to wakacje, ferie, święta.... To teraz nie jest ważne. Do dzisiaj jednak widzę, to falujące po obu stronach drogi, pachnące żółte morze. I to był ten moment, kiedy ten widok na zawsze skradł moje serce.  Byłam dosłownie  zachwycona i odurzona ich pięknem.  Nawet na moją prośbę zatrzymaliśmy się na granicy pól i lasu. Pamiętam, że czułam się wspaniale, kiedy w blasku porannego słońca mogłam przez chwilę zanurzyć się w tym krajobrazie. Miałam wielką ochotę ubrać żółtą sukienkę. Przecież taką miałam, zresztą jedną jedyną jaką wówczas miałam. A może nie pamiętam innych? Jednak chyba nie. Do dzisiaj bowiem pamiętam każdą. Sukienki były zawsze dla mnie czymś wyjątkowym, niecodziennym, zakładanym na usilne prośby mamy, babci  i tylko na szczególne okazje.  Ale wówczas żałowałam, że nie mam na sobie mojej złotej sukienki. Wówczas mogłabym zabłysnąć i rozkwitnąć jak rzepakowe pole.  Bo czyż żółty nie jest kolorem pełnym pozytywnej energii?
Od tej pory kwitnący rzepak zawsze raduje me serce. W maju uwielbiam wędrować w towarzystwie tej żółtej przestrzeni.
Żółto złote pola
Wielkie żółto złote pola
I ta po między nimi goła rola
W południowym słońcu gorącem tętniąca
Coś wspólnego z żarem serca mająca

Żółto słodki zapach rzepakowy
Wiosną uderzający do głowy
Gdy nie tylko gołe obok pole leży
Gdzie rozgrzana moja myśl bieży

Połyskujące brązem nagie ciało
Rozkoszą ze słodkim zapachem się zlało
Wzrok mój nieustannie przyciąga
I od rzepakowych łanów odciąga

Jakże słodko ogarniać to wzrokiem
Delektować się rok za rokiem
Wciąż ulegać niezmiennemu zachwytowi
Nie zważając że ma się ku zachodowi
Zbigniew Głuszczyk

Niestety, w tym roku mogłam zachwycać się tylko zdjęciami i patrzyć z zazdrością na zdjęcia udostępniane mi przez innych.
Zamykam jednak oczy i staram się na chwile przenieść do jednego z moich najpiękniejszych majowych widoków. Widok i zapach są jak najbardziej realne. 
Krajobraz przypomina flagę Ukrainy - żółte kobierce i niebieskie niebo. 
Przez moment rzepakowe pole rośnie rzeczywiście wokół mnie, w rzepakowym polu jest mi jak we śnie. Dookoła panuje cisza, tak duża, że krzykiem jest w niej bzyczenie pszczół. Intensywny zapach rzepaku koi i uspakaja mnie. Przez chwilę czuję się szczęśliwa.
Otwieram jednak oczy i patrzę na rzepakowe zdjęcia. Jak bardzo chciałabym w zanurzyć się w tym złotym morzu. Tęsknota nie opuszcza mnie. 
Zamykam ponownie więc oczy i widzę jak zapomniany świat ponownie otwiera się. Patrzę na odpływające chmury uśmiechające się do słońca na błękitnym niebie. A ja, już nie przedszkolak, a jeszcze nie uczennica, ubrana jestem w moją kilkuwarstwową, jak chyba pamiętam, atłasowo-tiulową sukienkę.  Idę z mamą moją nową ulicą. Ale dlaczego w przeciwnym kierunku niż pola? Tak bardzo chciałabym zawrócić i zobaczyć żółte morze. 
Ponownie otwieram oczy. Teraźniejszy świat znowu został włączony. Widok z okna na odjeżdżający właśnie do mojego miasteczka pociąg zastępuje mieniące się w słońcu  złociste pola. Moja rajska kraina zniknęła. Może kiedyś znowu wsiądę w maju do tego pociągu....
Szkoda, że ten sen tak szybko się skończył. Mam tylko nadzieję, że powróci już w rzeczywistości za rok.
W tym roku rzepakowe pola przepełniły mnie nie tylko zachwytem, ale przede wszystkim nostalgią połączoną  z zazdrością. 
Jak zawsze stylowa BASIUpiękna była Twoja ostatnia rzepakowa wyprawa.  Twoja złocista sceneria jest zachwycająca.

Pójdę hen przed siebie
zanurzę się w złocie rzepaku
pijana ze szczęścia i słodkiego zapachu pól
pobiegnę za głosem skowronka
pokłonię się obłokom
i wśród łez wzruszenia
dziękować będę za kolejną wiosnę
daną mi tu i teraz...
Basia Wójcik

Nie zapominam też o Tobie BASIU - malarko i poetko. Mieszkasz w zachwycającym miejscu.
( Nawiasem pisząc, Basia i Basia? Czy używacie innych zdrobnień tego pięknego imienia? )
Dlatego, warto wybrać się za miasto w poszukiwaniu rzepakowego złota. Rzepak to taka, prozaiczna roślina, o praktycznym zastosowaniu. To roślina miododajna.
Świetliste, żółte rzepakowe pola budzą też niewątpliwie romantyczne skojarzenia. Morze energetycznej barwy, hektary rozlanego złota budzą w nas zachwyt i nieopisaną radość. Widok rzepaku po horyzont zapiera dech w piersiach i chciałoby się zanurzyć w tych żółtych, kołyszących się falach tego złotego krajobrazu.
Teraz ten widok będę tylko wspominać racząc się herbatą z „odrobiną” jasnożółtego miodu z tych drobnych kwiatków.
Rzepakowe pole
żółte oczy mruży,
w blasku słońca
nawet ono
upałem się nuży.

Słodki zapach
małych kwiatków
uwodzi, odurza
i prowadzi polną ścieżką
w zieleń traw zanurza.

Niepoprawnym marzycielem
zostań choć przez chwilę,
sięgnij nieba tu na ziemi …
proszę… tylko tyle..
Anna Jelak-Bogusz

sobota, 9 maja 2020

Nie jestem sama....

Maj
z czarnego cylindra
wyciąga garście kwiatów
coraz zieleniej
Planty
obejmują miasto Kraków

a w mieście siostra
nieduża wąska
garście uśmiechów zawiesza
na brunatnych gałązkach
coraz zieleniej
coraz tkliwiej

mężczyźni przystają
odurzone milkną ptaki
i deszcz
tak się w jej oczy zagapił
że spadł
bo myślał, że to niebo
Halina Poświatowska
Właśnie mija 85 rocznica urodzin Haliny Poświatowskiej. Poetka urodziła się 9 maja 1935 roku. W polskiej poezji Halina Poświatowska zajmuje miejsce wyjątkowe, ale chyba niestety coraz bardziej zapomniane.
Ja jednak pamiętam. Pamiętam też, jakie wrażenie zrobiła na mnie przeczytana jeszcze w szkole "Opowieść dla przyjaciela". To autobiografia poetki i kobiety. To pięknie napisana historia miłości, choroby i wielkiej pasji życia. To także poruszająca opowieść o krótkim, lecz intensywnym życiu. Życiu, które jest wszystkim – mimo cierpienia i bólu...
Wiersze, które pisze Halina Poświatowska tworzone są z potrzeby serca. Fizycznie serca słabego i chorego. Każde jego uderzenie od wczesnego dzieciństwa przypomina poetce o kruchości życia. Przy każdym szybszym kroku pozbawia ją oddechu, uniemożliwia normalne funkcjonowanie: zabawy z rówieśnikami w dzieciństwie, studiowanie.....
Serce to, które mimo swoich ograniczeń, a może właśnie może z ich powodu, każe jej gnać przez życie bez opamiętania. Poetka świadoma kruchości swojego życia, stara się nie tracić czasu, wychodzi życiu na przeciw. Czerpie z niego jak najwięcej, chwyta każdą chwilę, zachwycała się światem… Im bardziej choroba daje się we znaki, tym intensywniej starała się żyć, na przekór temu co nieuchronne. Nie da się jednak streścić tej niesamowitej książki. Trzeba ją przeczytać. Zastanawiam się tylko, czy po latach, gdybym ponownie po nią sięgnęła, to zrobiłaby na mnie podobne wrażenie? Może powinnam spróbować? A może nie ryzykować i pozostawić ją w sercu, taką jaką pamiętam? Przecież już wracałam do książek, filmów...., które kiedyś mnie poruszyły i.... :(((
Ostatnio przeczytałam też wiersz Haliny Poświatowskiej
*** (nie jestem sama...)
nie jestem sama
ze mną jest woda
która patrzy moimi oczyma
uśmiecha się moimi ustami
i nasłuchuje
tysiąca słów złotych słonecznych
uskrzydlone słowa
ptactwo pierzaste
chmury was nade mną
jak pocałunki
garniecie się do rąk do ust
i wszystko płonie
rozsypane w słońcu
nie jestem sama
ze mną jest trawa
której każde źdźbło
powtarza kształt moich palców
Halina Poświatowska
To mi przypomniało, że już od dawna chodzi za mną temat singli we współczesnym świecie.
Co oznacza jednak słowo "singiel"
Singiel w muzyce to płyta zawierająca jeden lub kilka utworów, a także sam utwór promujący dany album
Singiel w grach karcianych to jedyna karta w danym kolorze przy rozdaniu
Singiel w sporcie to potoczna nazwa gry pojedynczej.
Singiel oznacza też osobę żyjącą w pojedynkę z własnego świadomego wyboru lub z przyczyn losowych. I na tym znaczeniu dzisiaj się skupię.
Słowo to, pochodzące z języka angielskiego, pojawiło się pierwotnie w gwarze młodzieżowej, z której przeszło do języka potocznego i jest uważane za bardziej neutralne niż określenia budzące negatywne skojarzenia jak "stara panna" czy "stary kawaler".
W wieku XXI takie określenia jak staropanieństwo i starokawalerstwo wyszły właściwie z użycia. Teraz zastąpił je singiel, współczesny samotnik.
Jednak w niektórych środowiskach nadal pokutuje pogląd, że osoba samotna jest "gorsza" niż osoby żyjące w zalegalizowanym związku. Zapewne wynika to jeszcze z dawnych tradycji. W naszej kulturze standardem było małżeństwo i założenie rodziny. Zwłaszcza dla kobiet było to miarą sukcesu, pozycji w społeczeństwie.
Dawniej uważano, że mężczyzna powinien się ożenić przed ukończeniem 30. roku życia, kobieta przed 25. Dlatego rodziny młodych ludzi starały się znaleźć drugą połówkę dla swoich dzieci odpowiednio wcześniej. Sami zainteresowani też nie próżnowali. Jeżeli im się nie powiodło to traktowano ich niezbyt przychylnie, szczególnie w małych miasteczkach.
Czytałam, że np. w okresie międzywojennym w ostatki karano pannę za zbyt długie pozostawanie w stanie wolnym, wywożąc ją w towarzystwie niemężatek i starych kawalerów na taczance. Był także zwyczaj brudzenia okien tego domu, w którym mieszka panna.
Pannę karano, a świeżo upieczoną mężatkę z radością nagradzano. Przyjmowano ją równocześnie do zamkniętego kręgu gospodyń.
Od pewnego wieku panieństwo uchodziło za poważną wadę u kobiet i służyło za wytłumaczenie wszelkich dziwnych zachowań. Prawie nie zadawano sobie trudu wyjaśnienia przywar i słabostek, jakie miewają wszyscy ludzie, czymkolwiek innym niż dziwactwem, które miało się przytrafić tym kobietom jak choroba.
Do dzisiaj niestety ludzie używają określenia "stara panna" w negatywnym i pogardliwy znaczeniu.
Także dla mężczyzn ożenek był ważny. Co prawda samotni panowie mieli dużo więcej swobody od samotnych kobiet, które często były skazane na życie przy rodzinie i piastowanie dzieci sióstr czy kuzynek.
Jednak życie singli nie było łatwe. Było im trudniej pod względem finansowym jak i towarzyskim. Singiel był postrzegany jako dziwak, nieudacznik, osoba drugiej kategorii.
Stara panna i stary kawaler nie byli traktowani na równi z pozostałą częścią społeczeństwa. Nie chwalili się zbyt chętnie swoim stanem cywilnym, a rodzina samotników robiła wiele, aby stanął na ślubnym kobiercu zanim przekroczy określony wiek.
Jednak pomimo wielu zmian w dalszym ciągu jesteśmy społeczeństwem prorodzinnym, promałżeńskim. Osoby, które są same, nie mają rodziny są postrzegane negatywnie. W dalszym ciągu wzorem, prawidłowością jest stworzenie stałego związku, a bycie singlem powinno być tylko krótkotrwałym stanem przejściowym.
Niestety często w sporach, kłótniach fakt, że druga osoba jest singlem może być dodatkowym atutem dla drugiej strony. Jeśli zabraknie argumentów, można usłyszeć, że całym kłopotem jest to, że singiel jest sam i nic nie rozumie. Osobom samotnym trudno jest się bronić w takich sytuacjach, nie da się tu nic rozsądnego szybko odpowiedzieć. Dlatego bycie samemu jest czasami dla samych singli zawstydzające i wiele osób ukrywa ten fakt, aby nie być krytykowanym czy lekceważonym.
Cóż dopóki osoba samotna sama wierzy, że z powodu bycia samotnym jest gorsza, częściej będzie podatna na takie uwagi.
Na szczęście powoli się to zmienia.
Jestem
Jestem z upływającej wody
z liści które drżą
trącane dźwiękiem wiatru
przelatującego pośpiesznie

jestem z wieczoru
który nie chce usnąć
patrzy uparcie
głodnymi oczyma gwiazd

noc - poprzez niebieskie żyły
w każdym włóknie ciała
w końcach palców
pulsuje namiętnym niespełnionym

jestem ochrypłym głosem
milczącym głucho
nade mną dni
o wielkich pustych skrzydłach
mijają...
Halina Poświatowska

niedziela, 3 maja 2020

Z górami, za lasami.... ???

Na Wojtusia z popielnika
iskiereczka mruga.
Chodź opowiem ci bajeczkę
Bajka będzie długa.

Była sobie raz królewna,
pokochała grajka,
król wyprawił im wesele
i skończona bajka.

Była sobie Baba Jaga,
miała chatkę z ciasta,
a w tej chatce same dziwy,
cyt! iskierka zgasła.

Patrzy Wojtuś, patrzy, duma,
łzą zaszły oczęta,
czemu żeś mnie oszukała?
Wojtuś zapamięta.

Już ci nigdy nie uwierzę
iskiereczko mała.
Najpierw błyśniesz, potem zgaśniesz,
ot i bajka cała.
Janina Porazińska
Dawno, dawno temu, daleko za górami, za lasami....  Tak zaczyna się każda bajka. Ale czy na pewno każda?
Moja zaczyna się podobnie. 
Dawno, dawno temu, a może wcale niedawno.... Daleko a może całkiem blisko... Za górką i laskiem żyła sobie w małym domku dziewczynka. 
Pewnego majowego poranka, wszystko w ogrodzie pachniało i śpiewało. Cały świat dookoła był  pomalowany przez  Panią Wiosnę całą paletą wesołych kolorów i uśmiechał się do w promieni wschodzącego słońca. Wtedy, jak każdego innego dnia,  mała dziewczynka obudziła się w swoim zielonym pokoju. Odsłoniła zasłony, uchyliła drzwi i na bosaka, jak to do dzisiaj ma w zwyczaju, wyszła na balkon.  
Mała dziewczynka otworzyła szerzej jeszcze trochę zaspane zielone oczy i szczęśliwa uśmiechnęła się do ogrodu leżącego u jej stóp. Jednak najpierw spojrzała na ukochane ogromne drzewo, które od lat każdego dnia niezmiennie ją obserwowało. Nie spuszczało z niej oka nawet jak schowała się w najodleglejszym kąciku swojego pokoju. Ale zawsze z podmuchem wiatru przesyłało jej dobre słowo, a nawet czasem całe opowieści. Do rozmowy czasem wtrącały się dwa świerki, które z zazdrością patrzyły na olbrzymie drzewo. Świerki robiły też co mogły, ale daleko im było do wzrostu sąsiada. 
Mała dziewczynka podeszła do balustrady i dopiero teraz jej wzrok padł na kwitnącą jabłonkę i otaczający ją kolorowy  ogród. Część ogrodu mieniła się już w promieniach wschodzącego słońca, które na dzień dobry kąpało się w porannej rosie.
Mała dziewczynka obudziła się już całkowicie. 
"Szkoda czasu na stanie i patrzenie. Za chwilę wykąpane, ale spragnione słoneczko spije cała rosę z trawy. Muszę się spieszyć."
Nie namyślając się dłużej mała dziewczynka w pidżamie i nadal na bosaka po cichutku zbiegła na dół. Otworzyła drzwi na taras i szczęśliwa zanurzyła stopy w zielonej, jeszcze nie skoszonej trawie. Nic więcej nie było jej potrzebne do szczęścia. Wschodzące słońce, zielona zroszona trawa, pachnące kolorowe kwiaty, witające śpiewem dzień ptaki....
"Chwilo trwaj wiecznie" pomyślała mała dziewczynka i szczęśliwa uśmiechnęła się do całego świata. 
Najprawdziwsze wyspy szczęśliwe
zamykają się w sercu
tam cisza i błękit spotyka się z marzeniem
o bezpiecznej przystani
w której motyle i gwiazdy recytują poezję.
Wyspy szczęśliwe
osłonione przed światem cichą miłością
nie toną w morzu łez
a promienie słońca budzą ciepłym dotykiem
opowiadane wiatrem historie.
Wyspy szczęśliwe zamknięte w sercu
czasami ulatują do gwiazd
by nabrać blasku i napić się ciszy...
Basia Wójcik
Teraz w tym roku patrzę szczęśliwa na nieskoszoną jeszcze w tym roku trawę.
Chyba tylko w maju trawa jest tak zielona, jak nigdy potem, mlecze tak żółte a  niebo tak błękitne.
Zaczyna się pora dmuchawców.
Przyglądam się z bliska dmuchawcom i dochodzę do wniosku, że to dosyć niesamowite stworzenia, zwłaszcza na etapie umierania... Wiem, brzmi to odrobinę niesamowicie ale taka jest  prawda. Dmuchawce dojrzałe, bujnie puchate nie są niczym niesamowitym. Dziwią mnie te usiłujące przeżyć mimo zbliżającego się nieuchronnie końca.
Wiatr odrywa ziarenka od puszystych kul i przywiewa je do mnie, przypominając, że wszystko wokół jest kruche i zmienne.
Moje myśli płyną i łączą się z dmuchawcowymi spadochroniarzami. Szybują również bezmyślnie.
Jeśli spadnie deszcz, pozostaną same główki i pora dmuchawców skończy bezpowrotnie. Ale czy na pewno?
Przecież mniszkowe ziarenka już zapewne znalazły podatny grunt do zapoczątkowania nowego życia.
Lubię na nie patrzeć, żółte mlecze, dmuchawce zawsze wywołują u mnie nostalgię, przywiewają wspomnienia…
Proszę cię jednak wiaterku, aby tylko nie w moim ukochanym ogrodzie, na trawniku z którego co roku wyrywam cały worek tego chwastu. W tym roku zrobił to za mnie ktoś inny. Przecież dawno mnie tutaj nie było. 
Mój wzrok kieruję również na tulipany, żonkile, szafirki, stokrotki.... Muszę zapamiętać ten widok na dłużnej. Kiedy znowu tu będę ponownie?
Spoglądam też na moje drzewa. Niestety jednego świerka już nie ma. Na chwilę robi mi się smutno, gdy patrzę na jego samotnego brata, którego jednak próbują pocieszyć buszujące w jego gałęziach ptaki. 
Patrzę na kwitnącą jabłonkę i zaraz robi mi się cieplej na duszy. Cóż może być piękniejszego niż kwitnące jabłonie?
Tak niewiele potrzeba aby świat wydał się na chwilę lepszy. Przecież:
Świat nie jest taki zły,
Świat nie jest wcale mdły,
Niech no tylko zakwitną jabłonie,
To i milion z nieba kapnie,
I dziewczyna kocha łatwiej,
Jabłonie, kwitnące jabłonie

Wszystkim manna pada z nieba,
Ludzie mają, co potrzeba,
Darmo światło, gaz, lokaje
Śpią od rana do wieczora,
Czasem drepczą do kościoła
I nocą zmęczeni śpiewają

Świat nie jest taki zły,
Świat nie jest taki mdły,
Niech no tylko zakwitną jabłonie
Babcie wnuczkom bajki klecą,
Złote zęby z nieba lecą,
Jabłonie, kwitnące jabłonie

Oto chmurka na niebiesiech,
Zgadujemy, co nam niesie -
Biały śnieg czy srebrne złotówki?
Wszyscy klniemy: "Toż to skandal!
Dzisiaj z nieba - wstyd i granda -
Lecą gorące parówki"

Świat nie jest taki zły,
Świat nie jest wcale mdły,
Tak kończymy tę naszą melodię
Wiosną ludzie umierają,
Wiosną ludzie się kochają,
I dziewczyna z ulicy, i złodziej

Policjanci i poeci,
Chuligani, złote dzieci,
Wszyscy tańczą do świtu kankana
Śpią od rana do wieczora,
Czasem drepczą do kościoła,
A w nocy zmęczeni śpiewają

Świat nie jest taki zły,
Świat nie jest wcale mdły,
Niech no tylko zakwitną jabłonie,
To i milion z nieba kapnie,
I dziewczyna kocha łatwiej,
Jabłonie, kwitnące jabłonie

niedziela, 26 kwietnia 2020

Modlitwa do....

A przecie mi żal
o było - nie wróci i szaty rozdzierać, by próżno.
Cóż każda epoka ma własny porządek i ład ...
A przecież mi żal, że tu w drzwiach nie pojawi się Puszkin
tak chętnie bym dziś choć na kwadrans na koniak z nim wpadł.

Dziś już nie musimy piechotą się wlec na spotkanie
I tyle jest aut i rakiety unoszą nas w dal...
A przecież mi żal, że po Moskwie nie suną już sanie,
I nie ma już sań, i nie będzie już nigdy, a żal!

Przyjmuję pojętny mój wiek, mego stwórcę i mistrza,
Ten trzeźwy mój wiek, doświadczony mój wiek pragnę czcić...
A przecież mi żal, że jak dawniej śnią nam się bożyszcza
I jakoś tak jest, że gotowiśmy czołem im bić.

No cóż, nie na darmo zwycięstwem nasz wiek się uświetnił,
I wszystko już jest - cicha przystań, non-iron i wikt...
A przecież mi żal, że nad naszym zwycięstwem niejednym
Górują cokoły , na których nie stoi już nikt.

Co było nie wróci; wychodzę wieczorem na spacer
I nagle spojrzałem na Arbat i ach, co za gość! -
Rżą konie u sań, Aleksander Siergiejewicz przechadza się,
Ach, głowę bym dał, że już jutro wydarzy się coś!
Bułat Okudżawa
Ostatnio było mi smutno, pusto, nijako… Ot taka chandra powiedziałby każdy. Ale czy zwykła? Brakowało mi energii do działania, nie mogła znaleźć sobie miejsca, zajęcia, nic mi nie wychodziło. Byle słowo doprowadzało  mnie do łez. Niestety panująca dookoła sytuacja tylko to pogłębiała i nic nie wskazywało na to, aby miało być lepiej. Myślę, że utknęłam w martwym punkcie i wszelkie próby zrobienia kroku naprzód kończyły się niepowodzeniem. Nie chciało mi się wierzyć (i nadal nie chce), że nagle stanie się cud i wszystko potoczy się zwariowanym, ale normalnym torem.
Wcześniej czasem też zdarzało mi się mieć pretensje do losu, o to, że urodziłam się o dobre kilka lat za późno.  A może o całą epokę? Czy gdybym urodziła się w innych czasach to moje życie wyglądałoby inaczej, lepiej, łatwiej…?
Możliwe, ale z drugiej strony mogłabym trafić dużo gorzej.
Każdy pewnie powie, że nie ma co narzekać i w końcu wziąć się w garść. Nie można przecież tak zamartwiać się.  Łatwo powiedzie patrząc na to co dzieje się dookoła.
Dopóki ziemia kręci się,
Dopóki jest tak, czy siak,
Panie, ofiaruj każdemu z nas,
Czego mu w życiu brak:
Mędrcowi darować głowę racz,
Tchórzowi dać konia chciej
Sypnij grosza szczęściarzom
I mnie w opiece swej miej
Sypnij grosza szczęściarzom
I mnie w opiece swej miej

Dopóki ziemia kręci się,
O panie, daj nam znak,
Władzy spragnionym uczyń,
By władza im poszła w smak
Hojnych puść między żebraków,
Niech się poczują lżej!
Daj kainowi skruchę,
I mnie w opiece swej miej
Daj kainowi skruchę,
I mnie w opiece swej miej

Ja wiem, że ty wszystko możesz,
Wierzę w twą moc i gest,
Jak wierzy żołnierz zabity,
Że w siódmym niebie jest
Jak zmysł każdy chłonie z wiarą
Twój ledwie słyszalny głos,
Jak wszyscy wierzymy w ciebie,
Nie wiedząc, co niesie los
Jak wszyscy wierzymy w ciebie,
Nie wiedząc, co niesie los
Bułat Okudżawa
W ostatnim tygodniu na parapecie mojego okna przysiadło kilka gołąbków pocztowych i wesoło zagruchało. Od razu zrobiło mi się lżej na sercu i w duszy. To dobrze, że ktoś tam w wirtualnym świecie jeszcze o mnie pamięta, myśli i przesyła ciepłe słowa. To poprawiło mój nastrój.
Pomogło mi nawet, jak zwróciłam się z prośbą do mojego Anioła Stróża.
Dość często odczuwam potrzebę modlitwy. Może to nie jest dobre słowo. Nie lubię bowiem tych oklepanych formułek, które wypowiadamy automatycznie, nie zwracając uwagi na ich sens i zazwyczaj odlatujemy myślami gdzieś indziej. Zresztą prawdę powiedziawszy nie zawsze ze wszystkimi słowami popularnych modlitw się zgadzam.
Zawsze podobała mi się pierwsza modlitwa Ani na Zielonym Wzgórzu. Może właśnie tak powinniśmy się zwracać do Czuwającego nad nami? Może powinna to być rozmowa, monolog, słowa płynące prosto z nas...
Najchętniej tak jak Ania poszłabym sama na migającą kolorami łąkę lub do dużego lasu, gdzie patrzyłabym na błyszczące pomiędzy gałęziami drzew błękitne niebo.
I co bym powiedziała?
Na pewno podziękowałabym za to co najważniejsze. Dopiero potem bym prosiła.
Proszę przyjdź, wskaż mi odpowiednią drogę, aby tak cały czas nie błądziła. Przyjdź i podaj mi rękę....Tylko Ty znasz me przeznaczenie, a ja "biedna zagubiona owieczka" błąkam się po świecie z garstką wspomnień i marzeń. Ale z Twoją pomocą odnajdę drogę, pozbędę się lęków, odnajdę siebie. Wiem że gdzieś na krańcu świata jest sens każdego z nas.
Piosenka o nadziei...
Wesołych trąbek słychać granie -
Natężam ucha, równam krok,
A słowa same, jak motyle,
Spływają z warg i lecą w mrok.
Któż nam gorącą piosenkę przysłał,
Choć ziąb i rzeką płynie kra ?
Nadziei amatorski zespół,
Co pod batutą serca gra!

W latach pożegnań, w ciężkiej dobie,
Żelazny deszcz tysiącem strug
Zacinał ostro w nasze twarze
I w karki bezlitośnie tłukł.
Kiedy ochrypną już dowódcy,
Kto u żołnierzy posłuch ma?
Nadziei amatorski zespół,
Co pod batutą serca gra!

Pogięte trąby i puzony,
Pękł doboszowi w bębnie szew,
Flecista drutem flet obwiązał,
Lecz każdy pręży się jak lew!
Łatany strój, instrument kiepski,
Lecz kto najwięcej zbiera braw?
Nadziei amatorski zespół,
Co pod batutą serca gra!
Bułat Okudżawa