sobota, 11 lipca 2026

Tam, gdzie płynie tęsknota

RZEKA
Lubię wieczorem siąść nad rzeki brzegiem,
Mając nad głową bezmiary niebiosów,
Biegnąć myślami za jej wiecznym biegiem
I słuchać duszą jej tajemnych głosów,
Bo wtedy twarz swą wychylają z ciemnic
Prawdy strzeżone pieczęcią tajemnic.

Oto mej duszy opowiada rzeka,
Że niema czasu i niema przestrzeni,
Że choć jej fala płynie i ucieka
I wiecznym ruchem przy brzegach się pieni,
O każdej chwili i o każdej dobie
Jest w jednem miejscu i trwa sama w sobie.

W szmerze jej fali dzwoniącej odjazdy
Słyszę swą duszą wszystkie głosy świata:
Ptaka, tygrysa, człowieka i gwiazdy,
Śmieje się szczęście i jęczy zatrata
I w tem rozpięciu głosów niezmierzonem
Wszystko jest jednym, wiekuistym tonem.

Taka jest bowiem prawda wszechistnienia,
Że jak tęsknota mieści się w tęsknocie,
Tak nic nie mija i choć formy zmienia
Trwa samo w sobie, wieczne w swej istocie
I tak niezmienne jest jako ta rzeka,
Choć każda falą ku morzu ucieka.
Henryk Zbierzchowski 
Dawno nie pisałam o książce, którą przeczytałam. Czytam ich dużo, ale jakoś ostatnio żadna nie wywarła na mnie aż takiego wrażenia, aby poświęcić jej moją opowieść. 
Ale w końcu się taka pojawiła. Tą niezwykłą pozycją, jest "Śmierć pięknych saren" którą napisał Ota Pavel.
Dopiero po jej przeczytaniu trafiłam na informację, że Mariusz Szczygieł mówił o niej, że jest „najbardziej antydepresyjna książką na świecie”.
Z początku zabrzmiało to trochę zaskakująco zwłaszcza, że wcześniej poznałam okoliczności, w jakich powstała. Ota Pavel to czechosłowacki korespondent sportowy, a także autor reportaży i opowiadań. Był synem Żyda i katolickiej Czeszki. Jako dziecko był świadkiem holokaustu. Ta trauma z dzieciństwa sprawiła, że w wieku 34 lat zapadł na chorobę psychiczną, a jedną z form terapii było spisanie swoich wspomnień. Niestety, nie pomogło mu to pokonać choroby.
Ale po zastanowieniu przyznaję rację Mariuszowi Szczygłowi. Ota Pavel  pozostawił nam niezwykłą i wzruszającą książkę. Pięknie łączy w niej humor, mądrość, nostalgię, smutek i nadzieję. To książka, którą czyta się jak stare rodzinne wspomnienie. Wspomnienie, do którego wraca się myślami w spokojne, leniwe popołudnie. Jest w niej ciepło dzieciństwa, bliskość domu, wakacje.... Po prostu świat, który był prostszy, wolniejszy, bardziej oswojony... To opowieść o codzienności, drobnych radościach i chwilach, które dziś wydają się tak odległe, że niemal nieprawdopodobne. Jednak mimo to trwają w pamięci jak jasne czasem wyblakłe fotografie.
Autor prowadzi czytelnika ścieżkami wspomnień bez pośpiechu. Każda historia jest niczym opowieść snuta przy rodzinnym stole z uśmiechem i lekkim wzruszeniem. Widać tu świat oglądany oczami dziecka. Świat pełen zachwytu nad przyrodą, nad ludźmi, nad drobnymi cudami codzienności... Nad tym wszystkim co wtedy było oczywiste, a co dziś budzi tęsknotę.
Najbardziej zapada w pamięć postać ojca. Jest ona barwna, pełna energii i wiary w życie. To człowiek obdarzony fantazją, humorem i niegasnącym optymizmem. Pełen miłości do handlu, wędkowania i rodzinnych wypraw. Człowiek, który potrafi nadać sens nawet najzwyklejszym dniom. Jest kimś, kto swoją obecnością potrafi rozjaśnić świat, wywołać uśmiech a nawet śmiech.
Ota Pavel pisze prostym, gawędziarskim językiem, który sprawił, że poczułam się zaproszona do tego wspólnego wspominania.
Dużą rolę w książce odgrywa natura. Jakże bliska, żywa. Las i rzeka są przestrzenią wolności, przygody, dziecięcej beztroski, harmonii... To właśnie tam rodzą się najpiękniejsze wspomnienia. 
Dla mnie to wszystko było, ale i nadal jest symbolem utraconej prostoty i niewinności. Czegoś czystego i kruchego, co na zawsze zapisało się nie tylko w sercu autora. Bo wędrując przez sielankowe obrazy czeskosłowackich rzek, lasów i miasteczek poczułam w sobie spokój, czułość i tęsknotę. Jakby czas na chwilę się zatrzymał, a ja znowu byłam w dawnej Czechosłowacji, chociaż późniejszej niż w opowieści autora. Każde zdanie niosło ze sobą nostalgię. To jednak nie był ból straty, ale świadomość, że takie chwile zdarzają się tylko raz i pozostaną już wyłącznie w pamięci. To także tęsknota za  tą dawną beztroską i niewinnością, któryc nie da się już odzyskać.
Spróbuj opiewać okaleczony świat.

Pamiętaj o długich dniach czerwca
i o poziomkach, kroplach wina rosé.
O pokrzywach, które metodycznie zarastały
opuszczone domostwa wygnanych.

Musisz opiewać okaleczony świat.

Patrzyłeś na eleganckie jachty i okręty;
jeden z nich miał przed sobą długą podróż,
na inny czekała tylko słona nicość.
Widziałeś uchodźców, którzy szli donikąd,
słyszałeś oprawców, którzy radośnie śpiewali.

Powinieneś opiewać okaleczony świat.

Pamiętaj o chwilach, kiedy byliście razem
w białym pokoju i firanka poruszyła się.
Wróć myślą do koncertu, kiedy wybuchła muzyka.
Jesienią zbierałeś żołędzie w parku
a liście wirowały nad bliznami ziemi.

Opiewaj okaleczony świat

i szare piórko, zgubione przez drozda,
i delikatne światło, które błądzi i znika
i powraca.
Adam Zagajewski
I chociaż opowieść wypełnia ciepło i humor, to w tle pojawiają się również chwile smutne i dramatyczne, które przypominają, że świat dzieciństwa nie był całkowicie wolny od cierpienia. Autor wspomina o doświadczeniach trudnych, naznaczonych historią i losem, ale czyni to z taką delikatnością, że nawet te bolesne fragmenty nie odbierają książce jej jasnego tonu. A może właśnie obecność tych dramatów sprawia, że wspomnienia stają się bardziej autentyczne, prawdziwe, realne? Bo tak jak w naszym życiu obok radości pojawia się czasem lęk, a obok beztroski także chwile niepewności.
Jednak nad całą opowieścią unosi się przede wszystkim tęsknota. Tęsknota nie tylko za własnym dzieciństwem, lecz za światem, który bezpowrotnie przeminął. Tęsknota za czasem, gdy relacje były bliższe, a rytm życia wyznaczały pory roku, nie pośpiech i obowiązki.
Czytając te wspomnienia miałam wrażenie, że starałam się uchwycić coś ulotnego, dawno już utraconego. Przez cały czas lektury otulała mnie nostalgia, niczym ciche westchnienie nad tym, jak szybko przemija to, co najpiękniejsze.
Ta tęsknota rodzi się także z kontrastu między przeszłością a teraźniejszością. Im bardziej współczesny świat wydaje się pośpieszny i pełen niepokoju, tym silniej odczuwa się pragnienie powrotu do tamtej ciszy, do prostych rozmów i wspólnych wypraw nad rzekę, do lasu... Wspomnienia z dzieciństwa mają w sobie coś bezpiecznego i niezmiennego. Są tak jakby schronieniem, do którego można wrócić, gdy codzienność staje się zbyt wymagająca.
Ota Pavel pokazuje, że przeszłość nie wraca, ale może trwać w opowieści, naszej pamięci Dzięki temu książka zostawia po sobie łagodną, kojącą tęsknotę za dawnymi czasami, za bliskością ludzi i natury, za dzieciństwem... Wszystko to żyje już tylko we wspomnieniach.
To książka, która długo wybrzmiewa w ciszy po ostatniej stronie, zmuszając do refleksji nad pamięcią i kruchością ludzkiego szczęścia.
"Śmierć pięknych saren" to obraz świata, do którego nie da się wrócić, ale który można jeszcze raz przeżyć. Można ocalić jego najpiękniejsze chwile otwierając książkę i pozwalając sobie na chwilę zadumy.
Dar
Dzień taki szczęśliwy,
Mgła opadła wcześnie, pracowałem w ogrodzie.
Kolibry przystawały nad kwiatem kaprifolium.
Nie było na ziemi rzeczy, którą chciałbym mieć.
Nie znałem nikogo, komu warto byłoby zazdrościć.
Co przydarzyło się złego zapomniałem.
Nie wstydziłem się myśleć, że byłem, kim jestem.
Nie czułem w ciele żadnego bólu.
Prostując się, widziałem niebieskie morze i żagle.
Czesław Miłosz

sobota, 4 lipca 2026

Czasem o tym cicho sza....

Z lękiem pod rękę
Nie bój się świata, twoje jest życie,
choć czasem wchodzisz w relacje przykre,
swojego lęku nie chciej zakrzyczeć,
spróbuj zrozumieć a wtedy zniknie.

Ten strach co w tobie, nie zleciał z nieba,
jest tam od zawsze na przekór wrogom,
przed zagrożeniem ma cię ostrzegać,
lecz mu nie pozwól zawładnąć sobą.

Gdy zdominuje, w panikę myśli
lecąc, pod pręgierz postawią miłość,
a ona przecież dla życia wszystkim,
bo napędową jest jego siłą.

Kochaj, a wtedy nic nie jest strasznym,
obcując z życiem w siebie się wsłuchaj,
bo ono ponoć jest dla odważnych,
więc żyj na co dzień pogodą ducha.
znalezione w Internecie
Ostatnio pisałam o różnych dziwactwach. Dzisiaj temat trochę podobny, ale nie do końca. I zapewne powtórzę co nieco z tamtej opowieści. OoKażdy z nas ma to swoje “coś”, czego boi się w większym stopniu, niż inni. "Coś", co nie chce opuścić jego myśli. "Coś", co go męczy, nie daje spokoju.
To fakt. Nie sądzę, aby były wyjątki. Może tylko nikt się do tego nie przyznaje, podobnie jak i Mała Dziewczynka do swoich niektórych strachów, bo nikt ich nie rozumie....
Boimy się być wyśmiani, czy też negatywnie oceniani. Unikamy za wszelką cenę stresujących sytuacji, pomimo, że często wiążą się z różnymi  konsekwencjami.
Od zawsze Mała Dziewczynka po kilka razy wszystko sprawdza, nawet jak już sprawdzone było. Sprawdza czy zamknęła okna, czy wyłączyła gaz, komputer, czy ma wszystko w plecaku... A na końcu, czy zamknęła mieszkanie. Kiedy zamyka drzwi, robi to w określonej kolejności i sprawdza, czy rzeczywiście drzwi są zamknięte. A na koniec musi sobie powiedzieć: ”drzwi zamknięte”. W przeciwnym wypadku wraca się, aby sprawdzić.
Na studiach Mała Dziewczynka czasem wracała do domu, bo nie była pewna czy wyłączyła lokówkę. Pamiętała, że stała przed lustrem i podkręcała włosy, jednak nie była pewna czy odłączyła ją od prądu. Niestety telefonu w domu wówczas nie było. Oczywiście  niepotrzebnie się tak denerwowała, wracała... Ale spokój myśli był najważniejszy
Mała Dziewczynka zazwyczaj chodzi i jeździ tymi samymi ścieżkami. Jak jest zmęczona lub zamyślona potrafi pojechać jeden przystanek za daleko albo pójść tam gdzie nie trzeba, a gdzie zazwyczaj bywa...  .
Zapewne większości osób zdarzyło się odczuwać stres przed wystąpieniem publicznym. Czy to w szkole przed prezentacją na forum klasy, czy też w pracy przed większą liczbą współpracowników. A co dopiero przed osobami nieznajomymi. To zrozumiałe, że można nie przepadać za byciem w centrum uwagi. Jest to całkowicie naturalne. Jednak Mała Dziewczynka od zawsze nienawidzi takich wystąpień, nawet w gronie osób znajomych.
I co najdziwniejsze Mała Dziewczynka przez kilka dobrych lat pracowała jako nauczycielka w szkole i bardzo to lubiła. Jak więc wytłumaczyć ten lęk przed innymi wystąpieniami?
Powszechnie wiadomo, że Mała Dziewczynka nigdy nie lubiła sprzątać.  Ale z drugiej strony lubi, jak wszystko leży na swoim miejscu.  Jednak to nie oznacza, jak to jest u innych, że w mieszkaniu u Małej Dziewczynki bardziej się sprząta, niż się w nim mieszka. Każda rzecz ma swoje miejsce, w którym leży gdy jej Mała Dziewczynka akurat nie potrzebuje. Gdy wszystko jest na swoim miejscu, nie musi szukać, gdzie to jest. To pozwala jej oszczędzić czas i wykorzystać go na to, co się liczy. Ale niestety.... Małej Dziewczynce zdarza się położyć coś tylko "na chwilę", tam gdzie nie trzeba. A potem....
Stary Giewont na Tatr przedniej straży
Głową trąca o lecące chmury -
Czasem uśmiech przemknie mu po twarzy,
Czasem brwi swe namarszczy ponury
I jak olbrzym w poszczerbionej zbroi
Nad kołyską ludzkich dzieci stoi.

Przez ciąg wieków wznosi dumne czoło
I wysuwa pierś swą prostopadłą,
Patrząc z góry na wieśniacze sioło,
Co pokornie u nóg jego siadło.
Przez ciąg wieków straż swą nad nim trzyma
Z troskliwością dobrego olbrzyma.

Wypiastował już pokoleń wiele,
Które wieczny związek z nim zawarły,
Z nim złączyły swe losy i cele,
Przy nim żyły i przy nim pomarły,
Nawet myślą spod jego opieki
Nie wybiegłszy nigdy w świat daleki.

Wypiastował cały ród górali -
On ich widział, gdy dziećmi radośnie
U stóp jego bawiąc się pełzali,
Widział młodzież, jak mu w oczach rośnie,
Jak się krząta koło swego plonu,
Widział potem starców w chwili zgonu.

Zna więc dobrze bieg ich trwania krótki,
W ciasnym kółku zamknięte nadzieje,
Ich radości, pragnienia i smutki,
Co ich boli, co im piersi grzeje;
Zna zabiegi i spory gorące
O kęs ziemi na polach lub łące.

On się przyjrzał kolejom powszednim
I był sędzią już niejednej sprawy...
Nieraz w nocy rozegrał się przed nim
Jaki dramat posępny i krwawy -
Widział różne skryte ludzi czyny,
Widział cnoty, widział także winy.

Lecz choć czoło chmurami powleka,
Zbyt surowo nikogo nie sądzi,
Bo zna dolę biednego człowieka,
Który idąc na oślep zabłądzi
I o głodzie wzrok obraca chciwy
Na żyźniejsze swych sąsiadów niwy.
Raczej czuje dla tej biednej rzeszy
Wielką litość w piersi swej kamiennej;
Od kolebki bawi ją i cieszy,
Z każdą chwilą biorąc strój odmienny,
Przed jej okiem stroi się i wdzięczy,
Pożyczając wszystkie barwy tęczy.

Dla niej wstaje w gęstej mgły zasłonie,
Którą z wolna zrzuca z ramion we dnie,
Dla niej w wieczór cały ogniem płonie
I szarzeje, mroczy się i blednie,
Zawieszając księżyc w swojej szczerbie,
Jakby srebrną Leliwę miał w herbie.

Dobry olbrzym! Troszczy się o ludzi,
Co się jego powierzyli straży -
Śpiące dusze z odrętwienia budzi
I piękności poczuciem je darzy,
I rozrzuca nad dzieciństwa nocą
Pierwsze blaski, które życie złocą.

Tak jak w baśni: kocha się w pasterce
Dobry olbrzym i dobiera kluczy,
By otworzyć na wpół dzikie serce;
Tak jak w baśni: swych tajemnic uczy,
Uczy znosić ciężkie losu brzemię
I miłować swą rodzinną ziemię. 
ADAM ASNYK
Kolejna "sprzeczność". Mała Dziewczynka odczuwa lęk przed wejściem na drabinę, strome schody...
Zawsze jednak, gdy jest wybór morze czy góry, to chociaż nad morzem potrafi być pięknie, to zazwyczaj wybierze góry. Jednak i tam Małej Dziewczynce zdarzały się napady lęku. Doskonale pamięta swoją wycieczkę na Giewont, gdy jako nastolatka bez problemu pokonała całą trasę.  No prawie. Tuż przed kamienistym szczytem zatrzymała się i na wierzchołek z krzyżem już nie dotarła. Chociaż miała już go dosłownie na wyciągniecie ręki.  Próbowała, ale tak po prostu ją zablokowało. I dobrze, bo jak by ruszyła na szlak z łańcuchami, to wówczas byłby problem, jak to jest w przypadku niektórych turystów.  Dlatego jeśli szlak jest trudny, kamienisty, z łańcuchami i nie daj Boże z kładkami nad przepaściami to Mała Dziewczynka tam się nie pcha.... A góry nawet wysokie, ale z łatwiejszymi szlakami kocha i z nich nie zrezygnuje.
I co najdziwniejsze Mała Dziewczynka lubi patrzeć na świat z góry, bo im wyżej tym piękniej. Wszak wiadomo, że codziennie patrzy też na niego ze swojego ostatniego piętra.
Jak więc to możliwe, że Mała Dziewczynka boi się wchodzić po stromych schodach, a z drugiej strony kocha patrzeć na świat z góry?
Jest jeszcze jeden lęk, który od zawsze towarzyszy Małej Dziewczynce. Ale o nim cicho sza...  Niewiele osób go rozumie, uzna za przesadę, fanaberię.... 
Po cichu
po wielkiemu cichu
idu sobie ku miastu na zwiadu
idu i patrzu

Na ulicach cichosza
na chodnikach cichosza
nie ma Mickiewicza
i nie ma Miłosza

Tu cichosza tam cicho
szaro brudno i zima
nie ma Słowackiego
i nie ma Tuwima

Na ulicach cichosza
na chodnikach cichosza
nie ma Mickiewicza
i nie ma Miłosza

Tu cichosza tam cicho
szaro brudno i zima
nie ma Słowackiego
i nie ma Tuwima

Po cichu
po wielkiemu cichu
idu sobie i idu i idu
i patrzu i widzu

W rękach w głowach cichosza
w ustach w oczach cichosza
nie ma samozwańców
i nie ma rokoszan

Tu cichosza tam cicho
szaro brudno i śnieży
nie ma kosmonautów
i nie ma papieży

Na ulicach cichosza
na chodnikach cichosza
nie ma Mickiewicza
i nie ma Miłosza

Tu cichosza tam cicho
szaro brudno i śnieży
nie ma kosmonautów
i nie ma papieży

Tu cichosza tam cicho
i wogóle nic ni ma
wiosna to czy lato
jesień albo zima
Grzegorz Turnau

sobota, 27 czerwca 2026

Nie taki straszny jak go malują...

Dzisiaj o roślinie, której nie podejrzewalibyśmy w dzieciństwie za godną uwagi. Uwagi ze względu na swoje właściwości. Bo oczywiście wystrzegaliśmy się jej chyba bardziej niż pokrzywy. Kontakt z nią był również bardzo bolesny. Obie te rośliny, chociaż cenne z drugiej strony, zaliczaliśmy do nieprzyjaznych, uciążliwych... 
Bohaterem opowieści jest oset, który niemiło kojarzy się nam z dzieciństwa. Bo jak można było go uniknąć, gdy boso biegaliśmy po łące, przedzieraliśmy się przez chaszcze bawiąc się w podchody... Wówczas to każda kłująca roślina o fioletowych kwiatach była dla nas ostem. Nic dziwnego. 
"Lud nie odróżnia właściwie dokładnie rozmaitych gatunków Cirsium mających nazwę botaniczną ostrożeń oraz także różne odmiany Carduus – oset, ale wszystkie te rośliny nazywa ostami. Także w glossach staropolskich oset jest ogólną nazwą, która bywa odnoszona do obu rodzajów tak Cirsium, jak Carduus"
Oset

Przy ostach
nie mówcie mi
o róży głupiej
czerwonej gębie

oset
filozof prawdziwy
drogi życia
obserwuje
w kurzu opończy

tworzy
wspaniałą dekorację
pielgrzymek

W secesji
zrobił pewną karierę
niestety
źle pojęty
wycofał się

z powrotem
na suche wyżyny
....
cd poniżej
Oset występuje w Biblii jako symbol świata poza rajem. Dlatego w symbolice ogrodów klasztornych oznaczał również Ewę. Oset i cierniste krzewy są symbolem kary Bożej. Księga Rodzaju 3:18 mówi, że z powodu grzechu nieposłuszeństwa Adama, czyli zerwania jabłka z drzewa poznania dobra i zła, ziemia wyda mu ciernie i osty.
Przekazy ludowe podają, że Pan Bóg stworzył ostrożeń na pożytek ludziom. Jednak diabeł na złość Panu Bogu chciał tę roślinę zniszczyć. Postanowił więc zgryźć korzeń rośliny. Zapomniał jednak, że korzeń jest twardy. Dlatego wyłamał sobie przez to przedni ząb i na zawsze został już szczerbatym.
Nic więc dziwnego, że ludzie właśnie przez ten korzeń roślinę nazwali czartowym żebrem. Można jeszcze spotkać nazwy: oścień, oset, ostrożeń, ostrzeń, sierpak, rogowicz, nasienie diabelskie, kolcowe ziele, czarownik, ziele czarownicy, rapach, czartopołoch, drapacz łąkowy, jachłopak, oset warzywny, ostrożeń żółtawy, popłoch, pietra ziele, carskie ziele, strachopłoch.
Oset stał się symbolem Szkocji za panowania Aleksandra III. Legenda głosi, że armia króla Norwegii Haakona, zamierzająca podbić Szkotów, wylądowała w nocy na Wybrzeżu Largsa, aby zaskoczyć śpiących Szkotów. Aby poruszać się w ciszy pod osłoną ciemności, żołnierze zdjęli buty. Jednak jeden z ludzi Haakona stanął gołą stopą na jednym z tych kolczastych kwiatów i krzyknął z bólu. Tym samym ostrzegł Szkotów przed nadciągając wrogiem. Szkoci wygrali tę bitwę.
Oset jest ważnym szkockim symbolem. W 1687 r. utworzono między  The Most Ancient and Noble Order of the Thistle. Na tym orderze widnieje oset oraz łacińska sentencja: Nemo Me Impune Lacessit – „nikt nie prowokuje mnie bezkarnie”.
...
dziś
od księży wiodących
pielgrzymki
nauczył się
sztuki gestu

stał się
najgłebszym z chwastów
postać swą
na grunty dramatyczne
kamieniste
przenosi

przez ludzi
nie zrozumiany
piękno swe
drapieżne i świetliste
w mroku ukazuje

gniewny i skrzydlaty
aniołów jest
nowoczesnych
najwspanialszym wzorem
Jerzy Harasymowicz
Ostropest plamisty (Silybum Marianum)
To roślina należąca do rodziny astrowatych. W stanie naturalnym występuje w basenie Morza Śródziemnego, na Maderze i Wyspach Kanaryjskich, w północnej Afryce, Indiach, Pakistanie.
Był już znany już w starożytności. Jednak największą popularnością cieszył się w wiekach średnich. Nadano mu nazwę "oset Najświętszej Marii Panny”. Jak jak głosiła legenda - w czasie karmienia Dzieciątka Jezus parę kropli mleka spadło na liście tej rośliny i pozostawiło na nich mlecznobiałe plamy.
W starożytności wspominali o nim Dioskurydes oraz Pliniusz Starszy.
W dawnych czasach ostropest był też uprawiany jako warzywo.
W skład ostropestu plamistego wchodzi wiele składników, które korzystnie wpływają na organizm człowieka. Szczególnie istotna w medycynie jest sylimaryna, będąca kompleksem substancji mających silne właściwości antyoksydacyjne.
Ostropest plamisty jest popularnym ziołem wspomagającym pracę wątroby i procesy trawienne.Badania naukowe potwierdziły, że jest on przede wszystkim doskonałym lekiem na schorzenia wątroby. Pozwala regenerować ten narząd po ostrych i przewlekłych zatruciach alkoholem, lekami, grzybami, w przewlekłych chorobach wirusowych.
Ostropest plamisty wspomaga także leczenie dolegliwości związanych z podróżowaniem, czyli choroby lokomocyjnej oraz choroby morskiej. Jest także wsparciem przy migrenach. Pomaga zmniejszać krwawienia.
No i pomaga przy odchudzaniu...
Górski oset
Na szczycie górski oset, ta rycerska róża,
Jak polip, srebrną piersią objął ciepłe wzgórza.
Promieniami wrósł w ziemie.
Wichry go nie wytną.
To wizerunek słońca
I order za szczytność.
MARIA PAWLIKOWSKA-JASNORZEWSKA
Ostrożeń warzywny (Cirsium oleraceum)
Niestety ze względu na ocieplający się klimat, coraz częstsze susze  na łąkach coraz rzadziej się go spotyka. A jeszcze nie tak dawno nasze babki wybierały się na łąki i zbierały tą roślinę.  Jeszcze świeże rozkładano w zacienionym i przewiewnym miejscu. Po wysuszeniu wkładano do płóciennych worków. Ostrożeń warzywny stosowano do leczenia różnych dolegliwości:
reumatyzmu, dny, przewlekłych chorób skóry... Kąpiel z odwarem tej rośliny daje ulgę w AZS, egzemie, grzybicy, trądziku, świądzie, poparzeniach słonecznych  i wszelkich wypryskach ropnych na skórze.
Ma też właściwości odtruwające, żółciotwórcze i żółciopędne. Chroni wątrobę. Wpływa ochronnie na nerki i wzmaga wydzielanie moczu. Pomaga w leczeniu alergii, ponieważ posiada zdolność hamowania w organizmie mediatorów stanu zapalnego.
Dawniej uważano, że jest to także bardzo wartościowe warzywo (stąd też jego nazwa gatunkowa rośliny). Jego kruche, młode listki były chętnie stosowane kuchni.  Zwykle przyrządzało się z nich surówki, dodawano do zup...
Ostrożeń polny (Cirsium arvense)
Jest równie pospolity w Polsce jak ostrożeń warzywny. Rośnie na pastwiskach, polanach, przy drogach.... W uprawach rolnych jest jednak uciążliwymchwastem. Zagraża plonom i mocno utrudnia ich zbiór.
Roślina ma jednak działanie odtruwające i moczopędne. Hamuje krwawienia. Posiada właściwości wzmacniające i odżywcze. Przyśpiesza przemianę materii, wspomaga procesy odchudzania. W medycynie ludowej ziele polecane także w leczeniu chorób skóry, w tym alergicznych.
Kwiatów ostrożenia polnego używano dawniej do barwienia jedwabiu na kolor fioletowy.
Oset, pokrzywa, łopuch, belladonna
Mają przyszłość. Ich są pustkowia
I zardzewiałe tory, niebo, cisza.
Kim będę dla ludzi wiele pokoleń po mnie
Kiedy po zgiełku języków weźmie nagrodę cisza?
Miał mnie odkupić dar układania słów
Ale muszę być gotów na ziemię bez-gramatyczną.
Z ostem, pokrzywą, łopuchem, belladonną,
Nad którymi wietrzyk, senny obłok, cisza.
Czesław Miłosz
W kulturze oset bywa wiązany z osłem. Wincenty Kadłubek ukuł aforyzm „Osłu lepiej smakuje oset niż sałata”.  A zakątek Kłapouchego z książek o Kubusiu Puchatku jest nim porośnięty.
Któż mógłby się spodziewać, że taka groźnie wyglądająca roślina, jaką jest oset skrywa w sobie tak wiele ciekawostek.
A i tak dla większości z nas te różne gatunki roślin będziemy nadal traktować jako po prostu ,,oset”.

sobota, 20 czerwca 2026

Opowieść utkana nie tylko z pór roku

Zauroczona w dzieciństwie książką Heleny Bobińskiej, z ilustracjami które wyczarował Józef Wilkoń, od lat tkam moje opowieści o  Królu Słońce i jego czterech córkach.  Z czasem dołączyło do nich Przedwiośnie i nieoczywiste dla wszystkich Przedzimie, a ostatnio Babie Lato.
Nie wiem dlaczego, ale dopiero teraz pomyślałam, że do pełnego obrazu brakuje mi jeszcze jednej postaci. Kim była matka pór roku?
W oryginalnej książce autorka o tym nie wspomina. A przecież czy siostry mogłyby istnieć bez matki? 
Na szczęście to pytanie bardzo krótko nie dawało mi spokoju. Po namyśle doszłam do wniosku, że musiała nią być Matka Natura. Ale to tylko oczywiście moja fantazja.
Matka Natura
Słońce dziś znów po
niebie pląsa,
uśmiechem swoim serca
nasze ogrzewa.
Muzyka radosna śpiewa.
To ona idzie ku nam,
przez łąki pachnące
trawą, wody błękitem
w rzekach wartko płynących,
polami pełnych złotych
łanów zbóż.
Leniwie się rozgląda do koła,
i cieszy swój wzrok.
Wszystko jej się ściele w
pokłonie do ziemi.
Drzewa,w lesie,szumiący wiatr
w koronach,ptaki wyśpiewujące
swoje trele,
To Ona...
Ich na świat do życia powołała
Matka Natura.
znalezione w Internecie
Zatem zaczynam tkać moją opowieść.
Dawno, dawno temu.... (A  może powinnam użyć czasu teraźniejszego? Jednak w bajkach jest raczej ten przeszły)
Matka Natura nie błyszczała jak Król Słońce. Nie potrzebowała złotych promieni, pałacu,  tronu...
Wiosną siadała na wilgotnej ziemi pachnącej przebudzeniem, a w jej włosach zieleniły się młode listki, zza których wyglądały nieśmiało fiołki, stokrotki...
Latem tronem była rozgrzana łąka, a koroną wianek z maków, chabrów i kłosów zbóż.
Jesienią spoczywała na dywanie z liści, w koronie z jarzębiny i bursztynowych traw.
Zimą jej tronem stawała się biała zaspa, a koroną srebrzysty szron i gwiazdy lodu.
Jej twarz zmieniała się jak krajobraz dookoła. Czasem młoda jak świeży liść, czasem poorana zmarszczkami jak pole po żniwach. W jej oczach odbijało się wszystko: pierwsza zieleń i ostatni opadły liść, ślad sarny na śniegu, pęknięcie lodu na rzece.
Była delikatna jak poranna rosa, ale i silna jak korzenie drzew.
Była cierpliwa, cicha. Czuwała, by żadna zmiana nie była zbyt nagła, by każda pora roku przychodziła naturalnie, w swoim czasie.
To ona szeptała córkom, kiedy mają odejść, a kiedy wrócić.  Uczyła je cierpliwości. Bez niej świat nie miałby rytmu.
Gdy Król Słońce spojrzał na Ziemię, Matka Natura wynurzyła się z porannej mgły. Wzięła w dłonie grudkę ziemi, ogrzała ją jego światłem i wyczarowała swoje dzieci: Przedwiośnie, Wiosnę, Lato, Babie Lato, Jesień, Przedzimie i Zimę.
Najpierw narodziło się Przedwiośnie.  Nieśmiałe, marzycielskie, lekko zaspane...
– Nie śpiesz się – szepnęła mu Matka Natura – Najpierw wsłuchaj się w ziemię.
Przedwiośnie westchnęło i spod śniegu przebiły się pierwsze krokusy, przebiśniegi... Lód pękł z cichym trzaskiem. Ptaki powoli przymierzały się do śpiewu. To był czas jeszcze pewnego zawahania, nadziei... 
Potem przyszła Wiosna. Radosna, zwiewna, pastelowa, trochę niecierpliwa... Matka utkała jej suknię z mchu i młodych liści. A gdy Wiosna chciała otwierać zbyt szybko pąki kwiatów, przytrzymywała ją chłodem poranka. 
- Poczekaj, wszystko zdąży zakwitnąć - powtarzała Matka Natura
Wiosna zwalniała, choć w jej włosach tańczył już niecierpliwie wiatr. Stąpała boso po łąkach, powoli budząc ptaki, trawy i kwiaty miękkim dotykiem...
Po Wiośnie przychodziło Lato. W jej dłonie Matka Natura wkładała złoto zbóż i zapach rozgrzanej ziemi.
– Dojrzewanie nie znosi pośpiechu – przestrzegała, gdy Lato rozpędzało się w żarze,  gdy chciało trwać bez końca... Przypominała więc o zmierzchu, przysyłała chmurę, która kładła cień na rozpalonych polach.  A Lato wówczas milkło na chwilę, ciężkie od światła, słodkie od owoców, dojrzałe od kłosów pochylonych ku ziemi  
Dwór Matki Natury
Gdzie nie stanęła ludzka stopa     
gdzie mchy gąbczaste i paprocie,
dostępu strzegą leśne wrota
przy których Faun mieszka w grocie.

Kraina elfów i rusałek
żaden śmiertelnik tam nie gościł
Matka Natura tu na stałe
ma swoje rajskie posiadłości.

Spokojnie, błogo, płynie życie,
wokół pląsają elfy boso,
rusałki już o samym świcie
zmywają senność z powiek rosą.

Zbierają nektar leśnych kwiatów,
owoc jagody i maliny,
posłania mają z miękkich mszaków,
są nieskalani i niewinni.

Matki Natury cała świta
dba o dostatek, jej wygody,
nieziemska siła niespożyta
jest zbawczym źródłem dla przyrody.

Płyną perliste ptasie trele
spowite zwiewnym aromatem
i przepojone leśnym zielem
zdobią natury zmienną szatę.

Wszędzie jej pełno w całym świecie
w każdej krainie i zakątku,
kiedyś nie było nas tu przecież
a ona była od początku.

Gdzie się przeplata lato z wiosną
zima zaglądać nie próbuje,
elf i rusałka jak brat z siostrą,
po tym królestwie spacerują
Bolesław Pączyński
A kiedy Lato zaczynało powoli gasnąć, gdy powietrze wciąż było ciepłe, ale ranki i wieczory stawały się chłodniejsze, Matka Natura utkała z ostatnich promieni Babie Lato.
Nie było ono już tak gorące jak Lato ani tak zamyślone jak Jesień. Było mostem między nimi.
Jego suknię Matka Natura utkała z cienkich, srebrzystych nici pajęczyn unoszących się w słońcu. Włosy Babiego Lata pachniały trawą, a dłonie miały ciepło, które zamiast parzyć otulało.
– Zostań na chwilę – szepnęła Matka. – Niech świat nauczy się cieszyć spokojem.

Babie Lato roześmiało się i rozpięło nad łąkami srebrzyste nici, w których  tańczyło słońce. Otoczyło świat łagodnością, spokojem i ciepłem.

Za Babim Latem następowała Jesień. Jesień miała barwy zachwytu i nutę melancholii. Matka wplatała  w jej włosy kolorowe liście, do kosza wkładała jabłka, gruszki,  winogrona... A kiedy Jesień nie chciała oddać ciepłych barw, Matka Natura coraz bardziej strącała liście z drzew.
– Aby coś mogło się odrodzić, coś musi opaść – mówiła cicho. A Jesień uczyła się od niej sztuki odpuszczania. Jednak było to dla niej trudne.
Przedzimie było najcichsze. Najczęściej przysiadało przy Matce. Razem milczały. W powietrzu było już przeczucie śniegu, chłód pod powiekami dnia.
Matka Natura chodziła wtedy wolniej. Zamykała ogrody, wygaszała kolory, przykrywała ziemię spokojem.

A gdy Przedzimie drżało, niepewne swego miejsca między złotem Jesieni a bielą Zimy, Matka Natura brała je za chłodne dłonie i mówiła:

– Nie bój się ciszy. To w niej ziemia nabiera oddechu.
Przedzimie uczyło się, że wycofanie nie jest porażką, a odpoczynek  koniecznością.
Na końcu przychodziła Zima. Najstarsza, najsurowsza i chyba najmądrzejsza. Może to wydawać się dziwne, ale chyba była w pewien sposób najbardziej podobna do Matki Natury. 
Zjawiała się cicho i przykrywała świat bielą. Pod jej dotknięciem drzewa milkły, rzeki zastygały, a ziemia zapadała w głęboki sen.
A gdy mróz stawał się zbyt surowy, Matka Natura mówiła do niej:
– Pamiętaj, surowość jest potrzebna, lecz pod śniegiem zawsze musi bić serce dla przyszłej Wiosny, obietnicy przebudzenia.
I wtedy Zima łagodniała, wiedząc, że jej koniec jest jednocześnie początkiem.
Zapomniana Natura
Taka nasza piękna,
lecz przez wszystkich zapomniana.
Matka natura,
w swych dziełach doskonała.

Lecz ludzie zapomnieli o niej,
nie przejmują się nią.
Już nie patrzą na zachody słońca,
i na kwiaty spowite mgłą.

Dlaczego tak się dzieje,
czemu jest tak że nie zachwycamy się tym,
że świeci słońce albo śpiewa ptak.
Czy już nie ważne jest,
że mimo wszystko Matka natura,
zawsze między nami jest.
Jak odnaleźć radość dnia codziennego... pytam was.
Mateusz Wędziński
Matka Natura nie rządziła, ona słuchała (wiem powinnam napisać w czasie teraźniejszym, ale to przecież bajka...). Była pamięcią wszystkich poprzednich wiosen i wszystkich minionych zim. Pamiętała, że po każdym zamarznięciu przychodzi odwilż, a po każdym opadłym liściu następuje zielony powrót.
Pilnowała, by żadna z córek nie wyszła z pałacu króla Słońce za wcześnie ani nie została na Ziemi zbyt długo. Była strażniczką rytmu.
Nie pozwalała trwać wiecznie ani w rozkwicie, ani w uśpieniu. Nadawała zmianom sens.
I to dzięki niej pory roku krążą nieustannie.
Uczy nas nadal, że każda chwila ma swoje miejsce i że przejścia są tak samo ważne jak pełnia.
I to dzięki niej pory roku krążą nieustannie.
A i my krążymy razem z nimi, czasem nieświadomie, czasem z zachwytem.
Bo przecież z jej odwiecznym rytmem toczy się także nasze życie.