sobota, 26 września 2026

Historia zapisana w mostach....

Są miasta, które się zwiedza. I są takie, do których wraca się sercem i całą duszą.
Dla mnie Praga od zawsze należy do tych drugich. Zawsze wracam do niej o tej porze. 
Gdy wracam do niej myślami, to najpierw widzę czerwone dachy, błękitne niebo i Wełtawę z wznoszącymi się nad nią mostami.  Mosty... Każdy inny, każdy z inną historią. Każdy więc skrywa swoją własną opowieść. Jedne są dostojne, inne skromniejsze. Jedne znane na całym świecie, inne zapomniane. Pamiętają o nich tylko mieszkańcy, gdy ich codzienne ścieżki tamtędy akurat biegną. Wszystkie jednak od lat łączą brzegi Wełtawy.
Historia praskich mostów jest zarazem historią samej Pragi. Przez stulecia przeprawy przez Wełtawę decydowały o handlu, obronności i komunikacji miasta. 


Most
Nie wierzyłem
Stojąc nad brzegiem rzeki,
Która była szeroka i rwista,
Że przejdę ten most,
Spleciony z cienkiej, kruchej trzciny
Powiązanej łykiem.
Szedłem lekko jak motyl
I ciężko jak słoń,
Szedłem pewnie jak tancerz
I chwiejnie jak ślepiec.
Nie wierzyłem, że przejdę ten most,
I gdy stoję już na drugim brzegu,
Nie wierzę, że go przeszedłem.
Leopold Staff


Najstarszy z nich to Most Karola. Pisałam o nim rok temu TUTAJ.  
Kamienne figury świętych od setek lat spoglądają na rzekę i mijających je ludzi z tą samą cierpliwością. Ileż z nich przez ten czas tędy przeszło?
Trudno zliczyć. Kupcy, królowie, pielgrzymi, zakochani, marzyciele... Ich kroki dawno ucichły, ale mam wrażenie, że most nadal je pamięta.
Może właśnie dlatego najbardziej lubię być tu o świcie, gdy jest prawie pusty. Gdy nie ma setek turystów, sprzedawców pamiątek, muzykantów... Gdy tylko mgły snują się leniwie dookoła...
Właśnie spacerując wzdłuż Wełtawy, można ulec złudzeniu, że wszystkie oczy zwrócone są tylko ku temu mostowi. A przecież Praga ma ich znacznie więcej, a każdy z nich skrywa własną historię.

Po słynnym Moście Karola za najstarszy praski most często uznaje się Most Palackiego, jednak warto pamiętać, że obecny Most Legionów (Most Legií) stoi w miejscu jeszcze starszej przeprawy. Już w 1841 roku funkcjonował tu most łańcuchowy, natomiast dzisiejszą kamienno-żelazną konstrukcję wzniesiono w latach 1898–1901. 

Most Legionów łączy historyczne centrum Pragi (Národní třída) z Małą Straną (Újezd) i przebiega przez Wyspę Strzelecką. Wyróżniają go secesyjne detale oraz dwie charakterystyczne wieże po stronie Małej Strany, które dawniej służyły do pobierania opłat. Z mostu rozciąga się jeden z najpiękniejszych widoków na Most Karola i Zamek Praski.
Powstał w okresie dynamicznego rozwoju Pragi pod koniec XIX wieku. Początkowo nosił imię cesarza Franciszka Józefa I, później wielokrotnie zmieniał nazwę, odzwierciedlając burzliwe losy Czech. Był świadkiem upadku monarchii austro-węgierskiej, narodzin niepodległej Czechosłowacji, niemieckiej okupacji i wydarzeń Praskiej Wiosny. Dziś codziennie prowadzi mieszkańców i turystów na Wyspę Strzelecką, a jego filary kryją historię znacznie bogatszą niż zwykły ruch tramwajów i pieszych.

I znowu nie wymienię mostu Palackiego. 

Kolejną ważną przeprawą jest Štefánikův most, wybudowany co prawda w latach 1949–1951. Jednak zastąpił on starszy most łańcuchowy otwarty jeszcze za panowania cesarza Franciszka Józefa I, a wzniesiony w latach 1865–1868 jako most łańcuchowy i przebudowany w 1898 roku. Po II wojnie światowej, w latach 1946–1947, został on rozebrany. W jego miejsce powstał obecny żelbetowy most Štefánikův. Podczas budowy po raz pierwszy zastosowano innowacyjne pierścieniowe rury stalowe.

No i jest... Most Palackiego. Powstał on w latach 1876–1878, łącząc Nowe Miasto z szybko rozwijającym się przemysłowym Smíchovem. Pierwotnie most wyróżniał się kolorystyką – połączono tu niebieski granit, biały marmur z Carrary i czerwony piaskowiec. Jednak pierwotne kolory na skutek upływu czasu znacząco się zmieniły i dziś już tak bardzo nie rzucają się w oczy. Most nosi imię Františka Palackiego. Zdobiły go niegdyś cztery grupy rzeźbiarskie autorstwa Josefa Václava Myslbeka, przedstawiające postacie z czeskich legend. Uszkodzone podczas nalotów w 1945 roku rzeźby przeniesiono na Wyszehrad, gdzie można je oglądać do dziś.

Dziś okolice mostu słyną przede wszystkim z Náplavki – tętniącego życiem nabrzeża pełnego kawiarni i barów, gdzie w soboty odbywają się popularne targi rolnicze. Z mostu korzystał również Albert Einstein podczas pobytu w Pradze w latach 1911–1912.

Most Jiráska (Jiráskův most) łączy Nowe Miasto ze Smíchovem. Znajduje się w sąsiedztwie słynnego Tańczącego Domu. Jego budowę rozpoczęto w 1929 roku, a całość oddano do użytku w 1933 roku. Most nazwano na cześć wybitnego czeskiego pisarza Aloisa Jiráska.

Jego stosunkowo skromna, funkcjonalistyczna forma odzwierciedla architektoniczną powściągliwość okresu międzywojennego. Budowie towarzyszyły jednak komplikacje – na drodze mostu stał barokowy pawilon od strony Smíchova. Początkowo planowano przesunąć go o 110 metrów w górę rzeki, lecz ostatecznie został rozebrany.
Ciekawostką są nisze w dwóch filarach, przygotowane na wypadek konieczności wysadzenia mostu. Podczas II wojny światowej Niemcy zabetonowali je, obawiając się sabotażu czeskiego ruchu oporu. Dziś most jest dobrym punktem widokowym na jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli współczesnej Pragi - Tańczący Dom.

Za Mostem Palackiego jest Wyszehradzki Most kolejowy. Chociaż dla mnie kolejność jest odwrotna. To most Palackiego jest za tym kolejowym. Wyszehradzki Most to klejnot techniki na Wełtawie. Jest bowiem jednym z najważniejszych zabytków techniki w Czechach. Most Wyszehradzki jest mostem kolejowym i jak wyczytałam nie posiada oficjalnej nazwy. Powszechnie określa się go jako most kolejowy. Pierwotny most z lat 1871–1872 został zbudowany ze stali spawanej i opierał się na trzech filarach. W latach 1900–1901 zbudowano nowy most z trzema przęsłami i dwoma filarami w nurze rzeki, uzupełniony przedmościem. W 2004 roku most został wpisany na listę zabytków kultury i rozważa się jego przyszłą rekonstrukcję lub zastąpienie nowym mostem.

Ten stalowy most kratownicowy stanowi przeprawę dla pociągów. Właśnie wyczytałam, bo tego nie wiedziałam, że po obu stronach mostu  znajdują się chodniki dla pieszych. Domyślam się, że spacer tam może być naprawdę ciekawym doświadczeniem. Ponoć widoki na Vyšehrad są z tej perspektywy niezwykłe. Muszę to następnym razem sprawdzić. Most Wyszehradzki od 2004 roku jest oficjalnym zabytkiem kultury. Wpisu tego dokonano nieco w obawie przed jego zburzeniem, gdyż ponoć planowana jest jego  przebudowa.  Proponowano przeprojektowanie mostu i poszerzenie go o trzy tory kolejowe. Praktycznie oznaczałoby to wyburzenie mostu i budowę nowego, ponieważ starego nie dało się poszerzyć. Jednak część mieszkańców sprzeciwia się nawet ostatniej decyzji o przeniesieniu mostu. Jednak dokładny termin przeniesienia nie został ustalony, poszukuje się obecnie projektantów. Budowa planowana jest na lata 2027-2029. Więc może już nie zdążę przejść tymi kładkami.... 
Nie palę za sobą mostów…
Ja nie palę za sobą mostów
zawsze mogą się przydać
do… odwrotu!
–
I nie urywam nitki
po skończeniu szycia.
A niechże się supli i plącze
jak samo życie…–
Śladów po sobie nie zacieram
może przyjdzie mi jeszcze
po nich się przedzierać
– tak też bywa,
że trzeba wracać
stawiając kroki do tyłu czasami,
przecierać dawne szlaki
znaczone łzami.
–
Chociaż zazwyczaj
w miejsca prowadzą te same;
jak dawno temu pisano,
by “nie deptać przeszłości ołtarzy”,
bo można na nich składać
całkiem nowe ofiary…
Jadwiga Zgliszewska
Most Čecha (Čechův most) to najkrótszy z głównych praskich mostów. Pisałam o nich TUTAJ  
Został zbudowany w latach 1905–1908. Łączy Stare Miasto z Holešovicami. Nazwano go na cześć czeskiego pisarza Svatopluka Čecha. To wyjątkowy przykład secesyjnej architektury i jedyna tak duża konstrukcja mostowa tego stylu w Czechach. Zdobią go cztery brązowe rzeźby skrzydlatych postaci, ozdobne latarnie, balustrady, praskie herby. Podczas okupacji hitlerowskiej przemianowano go na Most Gregora Mendla, jednak po 1945 roku powrócił do swojej pierwotnej nazwy. Najlepiej podziwiać most z nabrzeża, skąd można zobaczyć jego bogate secesyjne detale.

Kolejny znany most to Most Mánesa. 

Łączy Palachovo  na Starym Mieście i Klárov na Malej Stranie. Pierwszym mostem w tym miejscu był most Rudolfa, który wybudowano w latach 1868-1869. Faktycznie była to wąska, wisząca kładka łańcuchowa przeznaczona wyłącznie dla pieszych.
Na początku XX wieku zapadła decyzja o budowie nowoczesnego, szerokiego mostu drogowego, który połączyłby plac Jana Palacha na Starym Mieście z dzielnicą Klárov na Małej Stronie.
Nowy most powstał jako całkowicie betonowy i utrzymany jest w nowoczesnym, modernistyczno-kubistycznym stylu. Most Manesa otwarto w 1914 roku, jednak całkowicie ukończono go dopiero dwa lata później.
Początkowo patronem nowej przeprawy został austriacki następca tronu, arcyksiążę Franciszek Ferdynand d’Este, zamordowany w Sarajewie niedługo po inauguracji mostu. Sytuacja polityczna zmieniła się diametralnie po zakończeniu I wojny światowej i rozpadzie Austro-Węgier. W 1920 roku nowo powstałe władze czechosłowackie zdecydowały o przemianowaniu obiektu na Most Mánesa, składając w ten sposób hołd wybitnemu czeskiemu malarzowi Josefowi Mánesowi. Manes to autor między innymi pięknych malowideł na płycie kalendarza praskiego zegara astronomicznego. Jest budowlą czeskiego kubizmu i wówczas był symbolem nowoczesności młodej republiki czechosłowackiej. W kolejnych dekadach most przeszedł szereg modernizacji, w tym montaż torów tramwajowych, stając się kluczowym punktem na mapie komunikacyjnej Pragi. Do dziś zachował swój unikalny charakter architektoniczny, w tym rzeźbione filary przedstawiające życie flisaków oraz kubistyczne fontanny zdobiące wjazd od strony Starego Miasta.

Ostatni na dzisiaj most to Most Nuselski. Most, który uniesie metro i 66 czołgów

Jest to jedna z najbardziej imponujących konstrukcji komunikacyjnych w Czechach.
W 2000 roku uznano go za najważniejszą konstrukcję komunikacyjną XX wieku w Czechach.
Most ten zapamiętałam z dzieciństwa zaraz po Moście Karola, a może nawet jeszcze wcześniej. Bo naprawdę zrobił na mnie wrażenie.  Chociaż pewnie nigdy nie nauczę się jego obecnej nazwy.
Most pierwotnie nazwany był na cześć Klementa Gottwalda, ale po upadku komunizmu otrzymał nazwę Most Nuselski.
Wznosi się ponad 40 metrów nad Doliną Nuselską i ma około pół kilometra długości. Zanim został otwarty w 1973 roku, przeszedł niezwykły test wytrzymałości – na niedokończonym moście ustawiono w rzędzie aż 66 czołgów. Początkowo planowano poprowadzić jego wnętrzem linię tramwajową, jednak ostatecznie znalazło się tam metro. Do dziś pociągi linii C przejeżdżają specjalną „rurą” wewnątrz konstrukcji, łącząc stacje I. P. Pavlova i Vyšehrad.
Most jest nie tylko ważnym szlakiem dla samochodów i metra, lecz także miejscem, z którego można podziwiać panoramę Pragi. Jego popularność ma jednak również mroczną stronę – z powodu licznych prób samobójczych zyskał przydomek „mostu samobójców”. Dziś pozostaje jednym z charakterystycznych symboli Pragi i niezwykłym przykładem połączenia architektury z infrastrukturą miejską.

Most
Ten most na rzece
łączy – czy dzieli?
Ot, i pytanie
dla myślicieli!
–
Bo niby szansę
dają te przęsła,
… a co gdy ktoś się
przejść takich lęka?–
A może tylko
to cienka kładka,
która po kroku
–złamie się z trzaskiem?
Może więc łatwiej
patrzeć z tęsknotą
na stronę tamtą,
nie widząc mostu?
Jadwiga Zgliszewska
I tak mogłabym jeszcze wędrować wzdłuż Wełtawy, zatrzymując się przy kolejnym moście, kładce próbując poznać zapisane w nich historie. Bo każdy jest inny, każdy zapewne pamięta inne czasy, innych ludzi. To nie tylko przeprawa przez rzekę. Mosty są częścią historii Pragi.
I może właśnie dlatego, kiedy znów stanę nad Wełtawą, znowu będę patrzeć na jej mosty i zastanawiać się, ile jeszcze historii mają mi do opowiedzenia.

sobota, 19 września 2026

Opowieść zapisana w korzeniu

Pisałam już o melisie i bazylii, czyli tych niezbyt przeze mnie lubianych smakowo roślinach. Pora więc na imbir, bo dlaczego miałabym go pominąć? Przecież to niezwykła przyprawa. A to, że za nią nie przepadam? Cóż, to nie jest najważniejsze.

drzewko jest zmęczone od nadmiaru ozdób
powietrze ciężkie od niepełnych wspomnień
okruchy orzechów szurają o ziemię
nie będzie świąt
bez Ciebie nie będzie
Imbirowym Listem nie dokochałam
modlitwą nie wyprosiłam
nie zaprosiłam całą czerwienią w oknie
mojego stróża
światła wszędzie na każdym skrawku
zduszona tradycja jeszcze wystawia rękę
zapach barszczu i usta brudne od czekolady
będą święta w kalendarzu
mokre od miłości

zatrzepoczesz skrzydłami
pocałujesz mnie w czoło
przecież nocą wigilijną każdy ma głos
Natalia Jack
Imbir to roślina, którą uprawia się w Azji od ponad 3000 lat.
Pierwsze wzmianki o jego zastosowaniu pojawiają się w starożytnych tekstach konfucjańskich z Chin, gdzie był szeroko stosowany w medycynie tradycyjnej. Prawdopodobnie Konfucjusz spożywał imbir regularnie, wierząc w jego zdolność do poprawy zdrowia układu pokarmowego. Na długo przed czasami Konfucjusza, starożytna chińska i indyjska medycyna ludowa ceniły imbir jako lek na różne schorzenia. Na Półwyspie Koreańskim świeży imbir uważano wręcz za panaceum – uzdrawiający korzeń, który miał potencjał przywracać zdrowie i witalność.
Jednak jego dokładne pochodzenie jest nieznane, ale najprawdopodobniej pochodzi z wysp Południowo-Wschodniej Azji. Z Azji został  przewieziony przez Fenicjan nad Morze Śródziemne. Początkowo był prawdopodobnie środkiem płatniczym. W portach starożytnego Egiptu można było go zdobyć już w V wieku p.n.e. Przez następne lata Aleksandria była najważniejszym ośrodkiem importu imbiru. Imbir trafił do Europy zapewne za sprawą starożytnego Jedwabnego Szlaku, który łączył Azję z Bliskim Wschodem i Europą. Jego popularność w Europie zaczęła rosnąć w czasach Imperium Rzymskiego, gdzie był ceniony zarówno za smak, jak i przypisywane mu od wieków właściwości prozdrowotne. W XIII wieku Arabowie przenieśli imbir do Afryki Wschodniej, a Portugalczycy na początku XVI wieku do Afryki Zachodniej, natomiast Hiszpanie na wyspy Morza Karaibskiego.
Nazwa "imbir"prawdopodobnie wywodzi się od sanskryckiego słowa "śṛṅgavera", które oznacza "w kształcie rogu" lub "w kształcie poroża".
Związek ten wynika z wyglądu kłącza imbiru, które rzeczywiście przypomina nieco poroże jelenia.
cytrynowy imbir
Nocą smakujesz imbirem z dodatkiem
trawy cytrynowej i te twoje oczy
tak bym chciała się w nich utopić

wniknąć by chłonąć dotyk
aż we mnie zadzieje się życie
wraz z nadejściem świtu
znalezione w Internecie
Jego zastosowanie jest ściśle powiązane z medycyną chińską i indyjską.
W tradycyjnej medycynie chińskiej imbir odgrywał istotną rolę w leczeniu wielu dolegliwości. Świeży imbir stosowano, aby nawilżać organizm, ogrzewać... To sprzyjało poprawie trawienia i łagodzeniu dolegliwości żołądkowych. Świeży imbir stosowano także na wzdęcia, kaszel, wymioty oraz do redukowania toksycznych efektów innych ziół. Natomiast suszony imbir, o silniejszym działaniu rozgrzewającym, był preferowany w leczeniu stanów wywołanych zimnem. Suszona forma zioła była ceniona za łagodzenie bólów brzucha, reumatyzmu, biegunki, cholery oraz bólów zębów. Starożytne chińskie źródła wskazują również, że imbir był stosowany przez marynarzy jako sposób ochrony przed szkorbutem podczas długich podróży morskich.
W Arabii imbir cieszył się popularnością ze względu na wyborną jakość i smak. Już w średniowieczu pieczono biszkopty placki imbirowe, które oprócz delikatnego smaku miały ponoć własności przeczyszczające, oczyszczające krew i chroniące przed licznymi chorobami. Aromatyczne nalewki i eliksiry żołądkowe, produkowano z zastosowaniem korzenia imbiru.  Dodawano go również do piwa i wina. Przykładem tego może być dzisiaj kanadyjskie piwo imbirowe. Piwa imbirowego używano do pobudzenia krążenia.
Jako przyprawa imbir stosowany był do sosów i wypieków.
Jednak już starożytności słynął także jako afrodyzjak.

imbirowe myśli wirują w głowie
zamieszane posrebrzaną
łyżeczką w kształcie łzy
wiatr rozwiał
ostatnie wątpliwości brzóz
Magdalena Podobińska

Zachodnia medycyna doceniła właściwości imbiru szczególnie w profilaktyce i leczeniu dolegliwości żołądkowych, wzdęć oraz nudności. Imbir wykorzystywany jest jako skuteczny środek przeciwwymiotny, szczególnie w przypadku choroby lokomocyjnej, nudności pooperacyjnych, ciążowych oraz morskich. Zachodni zielarze i lekarze uznawali imbir za efektywny w łagodzeniu objawów przeziębienia, grypy, bólów migrenowych, reumatyzmu i bólów mięśniowych. Obecnie imbir jest popularnym składnikiem kulinarnym i leczniczym, stosowanym głównie przez swoje właściwości wspierające trawienie. Oczyszcza jelita i wątrobę. Wzmacnia serce i układ krwionośny. Reguluje poziom cukru
Kąpiel w olejku imbirowym przeciwdziała przeziębieniom, a utarty na tarce imbir wymieszany z oliwą jest skutecznym środkiem na łupież. Sok ze świeże go, zmiażdżonego korzenia doskonale łagodzi stany zapalne skóry.
Korzeń imbiru jest bogaty w substancje odżywcze i lecznicze jak: węglowodany, skrobia, białko, tłuszcze, błonnik, witaminy C, B1, B2, E, A, K. Można w nim znaleźć składniki mineralne: magnez, kwas foliowy, wapń, fosfor, żelazo i potas. Właściwości rozgrzewające imbir zawdzięcza dużej zawartości olejków eterycznych.
W kosmetyce imbir jest wykorzystywany jako składnik balsamów o działaniu wyszczuplającym i modelującym sylwetkę. Roślina ta ma działanie pobudzające krążenie i przyspieszające spalanie tłuszczu, dlatego balsam lub krem z dodatkiem imbiru zastosowany miejscowo na skórę pomaga w walce z cellulitem.
Współcześnie stosuje się go głównie w sztuce kulinarnej.
W Indiach imbir wchodzi w skład bardzo popularnej mieszanki przyprawowej curry, używanej do przyprawiania mięsa, ryb i ryżu. W Anglii wykorzystywany jest do produkcji napojów fermentujących.
Główne zastosowanie imbir znajduje w kuchni jako przyprawa do potraw oraz jako składnik korzennych przypraw dodawanych do ciast, sałatek i herbatników. Ponoć dobrze komponuje się z liściem laurowym, zielem angielskim, gałką muszkatołową i pieprzem...
Ciekawą postacią jest imbir pokrojony w plasterki i marynowany w słodko-octowej zalewie. W takiej formie jest niezbędnym dodatkiem w tradycyjnej kuchni japońskiej. Stosuje się go do oczyszczenia kubków smakowych przy degustacji sushi.
imbirowy
pośród zbutwiałych liści
słońce gaśnie. mój nieprzyjaciel
dzień, w jesień wystrojony zagląda
w samotne okno.

imbirowe powietrze zadrgało pod
krokiem jesieni, otulonej resztą lata.
zdąsane niebo, kroplą deszczu
spłukuje ostatnie pocałunki.

na chłodniejsze dni, pająk
plecie szal.
znalezione w Internecie
W sezonie jesiennym i wiosennym, gdy wiele jest zachorowań na grypę warto wzmocnić odporność i sięgnąć po naturalne sposoby. Jednym z nich jest właśnie imbir, który jak już pisałam ma silne właściwości przeciwbakteryjne, przeciwwirusowe, rozgrzewające.
Na przemarznięcie lepiej się sprawdzi herbata z imbirem niż z cytryną, która ma właściwości ochładzające.
Dlatego dobrze jest profilaktycznie włączyć go teraz do swojej diety.
Pomyślę o tym... 

piątek, 11 września 2026

Zapisane w sercu

Jestem. Wróciłam z mojego Małego Miasteczka. Jednak tak naprawdę wróciło tylko moje ciało. Myślami nadal siedzę na drewnianej ławeczce nad jeziorem, wsłuchana w plusk wody, szum wiatru i późnoletnią ciszę. Niestety niecierpliwa Pani Codzienność już  zdążyła zapukać do drzwi, ale Mała Dziewczynka wciąż nie ma ochoty ich otworzyć.    
Nadal się jej wydaje, że jeszcze jest w Małym Miasteczku. Że powietrze pachnie mokrą trawą i jeziorem. Że otula ją poranna mgła. Że znowu wędruje tą samą ścieżką, którą już  tyle razy przemierzała. Bo w Małym Miasteczku wystarczy zrobić tylko kilka kroków, aby zostawić za sobą cały pośpiech, hałas i wszystkie sprawy, które w dużym mieście wydają się takie ważne. Ale czy naprawdę wszystkie są takie pilne?
Zapisane w sercu 
Po sierpniowym niebie, po złotej drabinie
schodzi słońce przywołane pieśnią dorodnych słoneczników
upał rozlewa się po świeżych ścierniskach
kołysanych melodią dojrzałego lata
przydrożnymi rowami wędrują w cichej pielgrzymce
wszystkie zioła z Bożej niewyczerpanej apteki
wyśpiewując dziękczynne słowa za dary sierpnia...
zatrzymaj się chwilo, zapisz w pamięci, a najlepiej w sercu.
(tytuł wiersza mój)
Jak co roku nazbierałam cały woreczek wspomnień. 
Znalazły się w nim rozmowy z bliskimi osobami, znajome uliczki, ciepłe spojrzenia ludzi, którzy nadal potrafią powiedzieć: „dobrze, że jesteś”, oraz chwile, które chciałoby się zatrzymać na zawsze.
Są tam także mgliste poranki nad jeziorem. Król Słońce, który każdego dnia odbijał się w tafli wody, kolorowe kaczuszki , dostojne łabędzie... Wszystko to zostawiło także we mnie swój ślad. Wiem jednak, że z czasem Pani Codzienność 
przykryje to swoimi sprawami, pośpiechem...
Dlatego zamykam oczy i znowu na chwilę wracam do Małego Miasteczka, nad jezioro, na Naszą Dróżkę....
To wszystko stało się dla mnie miejscem powrotów. Nie tylko tych fizycznych, ale także tych wewnętrznych. 
Wspomnienia z Małego Miasteczka nigdy nie przychodzą na zawołanie. Raczej same siadają obok, jak kaczuszki przy brzegu jeziora. Są spokojne i ufne, jakby wiedziały, że właśnie tutaj jest ich miejsce.  A przecież znajomy zapach, dźwięk, obraz to wszystko przywiewa wspomnienia...
Tym razem to ja nie chcę, aby odeszły.
Zatem jestem myślami w Małym Miasteczku.
Późne, wrześniowe lato miało już swój wyjątkowy zapach. W powietrzu można było poczuć nadchodzącą Panią Jesień, ale świat nadal zachwycał kolorami, zapachami, smakami... Kwietna łąka przy Naszej Dróżce wciąż przyciągała pszczoły, motyle i spojrzenia Małej Dziewczynki. Nawet pojedynczy chwast nie wydawał się tutaj nieproszonym gościem. Każda roślina miała swoje miejsce. W oddali, pomiędzy szumem nieustannie wiejącego wiatru, słychać było stukot i gwizd przejeżdżających pociągów.
LETNI SPEKTAKL
Jeszcze trwa letni spektakl
gorące objęcia słońca
łudzą obietnicą nieskończoności
życie łapczywie chwyta każdy dar lata
albo lato łapczywie chwyta życie
w przestrzeni między niebem a ziemią
szybują wakacyjne iskierki radości
unoszą się nad złotymi ścierniskami
w poszukiwaniu bocianich rodzin
choć pożegnanie już się odbyło
nadal wirują drobinki gorącego uścisku lata
a przecież nic na tej ziemi nie jest wieczne...
Także nadchodzącą powoli  królewnę Jesień można już było wyczuć nad jeziorem. Ale to czuła chyba tylko Mała Dziewczynka. Cały świat cieszył się jeszcze panowaniem Pani Lato, którą wszyscy kochają. Nikt na w czeka na przyjście jej  rudowłosej siostry. Na szczęście wcześniej jest jeszcze ciche Babie Lato.
Wędkarze nie zważając na poranny chłód cierpliwie czekali na ryby. Jedni siedzieli na brzegu, inni powoli przesuwali się łódkami po wodzie. 
Ale wędkarze przychodzili nad jezioro nie tylko po ryby. Przychodzili podobnie jak Mała Dziewczynka po ciszę, oddech od codzienności.... Jednak Mała Dziewczynka przychodziła tutaj także po wspomnienia. 
Były też łabędzie. Trzy dorosłe i  czwórka młodych.  Piękny, wzruszający widok. Jeszcze nie tak dawno Mała Dziewczynka widziała tylko jednego. Tego, który najpierw stracił rodziców, a potem brata. Wtedy trudno było jej patrzeć na tego samotnego łabędzia. Teraz znowu wszystko było na swoim miejscu. 
Mała Dziewczynka podchodziła nad brzeg i słuchała. Plusku wody, gwaru kaczek, które prowadziły swoje rozmowy, szumu trzcin kołysanych przez wiatr. Czasem któryś z łabędzi podpływał bliżej.
W takich chwilach Mała Dziewczynka miała wrażenie, że jezioro przygląda się jej równie uważnie, jak ona jemu.
Bo właśnie tutaj nad jeziorem, czy też na Naszej Dróżce najłatwiej otwierał się jej woreczek wspomnień. Obrazy Dziadków, dawnych wakacji i całego Małego Miasteczka. To wszystko przypominało o tym, że czas wówczas płynął wolniej, swoim spokojnym rytmem.
Dlatego Mała Dziewczynka często wraca tam myślami nawet podczas wędrówek po ścieżkach codzienności. Są bowiem miejsca, do których wraca się nie tylko pociągiem, czy też samochodem. Wraca się do nich przede wszystkim sercem. Mała Dziewczynka zna tę drogę od zawsze.
Lawendowe impresje
Zawirował świat w motylim tańcu
jeszcze mocniej zapachniało lawendą
lato odnalazło słońce na wysokim nieboskłonie
urzekają mnie ciche poranki
zamykam je w szufladach wspomnień
jak skarb na inne czasy...

wiersze i obrazy Basia Wójcik 
Wiem, tyle razy już o tym tutaj pisałam. Wiem, powtarzam się...
Ktoś pomyśli: "znowu jedno i to samo..."
Ale znając Małą Dziewczynkę utkamjeszcze wiele podobnych opowieści o Małym Miasteczku. Przecież to miejsce przechowuje całe fragmenty z życia Małej Dziewczynki...

sobota, 29 sierpnia 2026

Gdy odpoczynek budzi wyrzuty sumienia

Chwila
Jutro nieznane a wczoraj było już i nie wróci się
Podarowany jeszcze jeden dzień, jeszcze jedna noc
Podarowana chwila by nie przegapić jej,
by tu i teraz móc zobaczyć zrozumieć coś.
Że choćby dla jednej z takich chwil
nie warto spać tak dobrze jest żyć
Z każdym oddechem, myślą, gestem, grą,
Z każdym słowem nieustająco pisze się niedokończony wiersz
Niepoostrzenie rośnie w nas zupełnie nowe
Chwila za chwilą mija, by przekonać się
I choćby dla jednej z takich chwil
nie warto spać tak dobrze jest żyć
Tak szybko wokół wszystko zmienia się
W ciągu paru chwil, a wciąż tak samo szumi wiatr
Co wieje tam gdzie chce, roznieca płomień ognia żar
Dodaje sił i wiary potrzebnej by uwierzyć, że tu wszystko zgadza się
I choćby dla jednej z takich chwil
nie warto spać tak dobrze jest żyć
I choćby dla jednej z takich chwil
nie warto spać tak dobrze jest żyć
Żyjąc we współczesnym świecie coraz częściej zauważam, jak silnie obecna jest w nim potrzeba nieustannej aktywności. Bycie zajętym przestało być jedynie elementem codzienności, a stało się miarą wartości człowieka. Mam wrażenie, że im mniej wolnego czasu ktoś ma, im bardziej jest zmęczony i zapracowany, tym większe uznanie zyskuje w oczach innych. Pełne kalendarze, szybkie tempo życia i ciągła presja działania są traktowane jak coś oczywistego, a nawet pożądanego. Mnie jednak ten sposób funkcjonowania coraz bardziej przytłacza. Nie nadążam za nim, stresuje mnie i sprawia, że czuję się niewystarczająca, winna... Jednak tak po cichu w głębi wiem, że po prostu potrzebuję więcej przestrzeni i spokoju.
Przez długi czas próbowałam dopasować się do tego stylu życia. Planowałam kolejne zadania, wypełniałam dzień obowiązkami i starałam się być „produktywna”. Wydawało mi się, że ciągła zajętość jest czymś, czego się ode mnie oczekuje, dowodem odpowiedzialności, ambicji i zaangażowania. Dopiero z czasem zaczęłam dostrzegać, że takie funkcjonowanie kosztuje mnie coraz więcej. Zamiast satysfakcji pojawiało się zmęczenie, napięcie i poczucie, że ciągle jestem o krok za czymś, czego i tak nie potrafię dogonić.
Oczywiście robiłam przerwy, gdy pozwalałam sobie na odpoczynek: czytanie książki, słuchanie radia albo po prostu siedzenie w ciszy i patrzenie przez okno. W takich chwilach często towarzyszył mi jednak niepokój i poczucie winy. W głowie natychmiast pojawiała się lista spraw, które „powinnam” w tym czasie zrobić, a odpoczynek wydawał się czymś wymagającym usprawiedliwienia. Zamiast czerpać z tych chwil ukojenie, czułam presję, że marnuję czas. To uświadamiało mi, jak głęboko zakorzenione jest we mnie przekonanie, że wartość ma tylko działanie, a bezczynność jest czymś niewłaściwym.
Z czasem jednak coraz częściej zaczęłam zdawać sobie sprawę, że to myślenie nie służy mi, nie jest zgodne z moimi prawdziwymi potrzebami. Wyrzuty sumienia, które dawniej niemal zawsze towarzyszyły odpoczynkowi, zaczęły pojawiać się coraz rzadziej i z mniejszą siłą. Coraz wyraźniej rozumiem, że chwile ciszy nie są stratą czasu. Chciałabym nauczyć się pozwalać sobie na odpoczynek bez poczucia winy, bez konieczności tłumaczenia się czy to przed innymi, czy też po prostu przed samą sobą. 
Szczególnie potrzebną formą takiego zatrzymania jest dla mnie patrzenie przez okno, zwłaszcza z perspektywy ostatniego piętra. Lubię ten dystans, jaki daje wysokość. Świat w dole wydaje się wtedy spokojniejszy. Obserwuję światło zmieniające się w ciągu dnia, powolny ruch chmur, deszcz spływający po szybie czy ludzi przechodzących ulicą. Często patrzę też na pociągi sunące w dole, regularnie pojawiające się i znikające z pola widzenia. Ich ruch działa na mnie uspokajająco.
Szczególne znaczenie mają dla mnie nie tylko poranki, ale i zachody słońca. Zmieniające się kolory nieba, powolne przechodzenie nocy w dzień i dnia w wieczór. Gdy miasto się budzi, ale i cichnie. W tych momentach niczego nie muszę planować ani osiągać. Mogę po prostu być, bez celu, bez pośpiechu, bez oczekiwań. Daje mi to spokój i pozwala wyciszyć myśli, które na co dzień pędzą zbyt szybko. Coraz rzadziej postrzegam te chwile jako coś zbędnego czy niepotrzebnego. Doceniam je, zaczynam widzieć w nich wartość, nawet jeśli nie przynoszą żadnych mierzalnych efektów.
Chwila
Że mija? I cóż, że przemija?
Od tego chwila, by minęła,
Zaledwo moja, już niczyja,
Jak chmur znikome arcydzieła.

Chociaż się wszystko wiecznie zmienia
I chwila chwili nie pamięta,
Zawsze w jeziorach na przemiany
Kąpią się gwiazdy i dziewczęta.
A dookoła? Dookoła nadal panuje presja nieustannej aktywności, która jest dodatkowo wzmacniana przez otoczenie i media społecznościowe. Widzę tam ludzi nieustannie zajętych, realizujących kolejne cele, rozwijających się bez przerwy i chwalących się brakiem czasu. Odpoczynek rzadko bywa pokazywany jako coś wartościowego, a cisza i zwyczajne bycie niemal nie istnieją w tych przekazach. Zamiast tego dominuje narracja sukcesu, produktywności i ciągłego doskonalenia się.  Ludzie często mają poczucie, że muszą pracować wyjątkowo ciężko, bo jeśli tego nie zrobią, inni odkryją, że nie są wcale tak dobrzy, na jakich wyglądali.
W niektórych firmach niestety często  „wypada” zostawać po godzinach. Wychodzenie do domu o czasie nie jest mile widziane. Przez lata wychodziłam, ale zawsze z poczuciem winy.
Już wiem, że życie w ciągłej zajętości ma swoje konsekwencje. Brak prawdziwego odpoczynku sprawia, że zmęczenie narasta szybciej, nawet po pozornie niewielkim wysiłku, a codzienne obowiązki zaczynają wymagać coraz więcej energii. Uwaga staje się rozproszona, myśli uciekają, a wykonywanie prostych zadań zajmuje więcej czasu niż wcześniej. Wzrasta także napięcie nie tylko fizyczne, ale i psychiczne, objawiające się niepokojem i rozdrażnieniem.
Zajętość, która miała być oznaką sensownego, aktywnego życia, stopniowo przestaje dawać satysfakcję i zamienia się w źródło presji oraz stresu. Zamiast poczucia spełnienia pojawia się przymus ciągłego działania i obawa przed zatrzymaniem się.
W tym stanie ciągłej mobilizacji brakuje przestrzeni na refleksję i prawdziwe przeżywanie codzienności.
Coraz trudniej odróżnić to, co naprawdę ważne, od tego, co jedynie pilne.  Ciągłe „więcej” nie prowadzi do pełni, lecz do wyczerpania i wewnętrznej pustki. Dopiero zatrzymanie ujawnia, jak bardzo potrzebna jest równowaga, a nie nieustanna produktywność.
Niestety kult zajętości wciąż wpływa na moje myślenie i codzienne wybory, ale coraz wyraźniej widzę, że nie jest to droga, którą chcę podążać. Dlatego uczę się traktować odpoczynek nie jako nagrodę, lecz jako podstawową potrzebę. Coraz bardziej jestem świadoma, że własne pasje, czas spędzony z przyjaciółmi i chwile przeznaczone tylko dla siebie są równie ważne jak obowiązki.
Nie chcę żyć w ciągłym pośpiechu i napięciu, próbując nadążyć za oczekiwaniami innych. Coraz bardziej wierzę, że prawdziwa wartość życia nie tkwi w ilości wykonanych zadań, lecz w umiejętności zatrzymania się, wsłuchania w siebie i zadbania o własny spokój.
Chwila
Idę stokiem pagórka zazielenionego.
Trawa, kwiatuszki w trawie
jak na obrazku dzieci.
Niebo zamglone, już błękitniejące.
Widok na inne wzgórza rozlega się w ciszy.


Jakby tutaj nie było żadnych kambrów, sylurów,
skał warczących na siebie,
wypiętrzonych otchłani,
żadnych nocy w płomieniach
i dni w kłębach ciemności.

Jakby nie przesuwały się tędy niziny
w gorączkowych malignach,
lodowatych dreszczach.

Jakby tylko gdzie indziej burzyły się morza
i rozrywały brzegi horyzontów.

Jest dziewiąta trzydzieści czasu lokalnego.
Wszystko na swoim miejscu i w układnej zgodzie.
W dolince potok mały jako potok mały.
Ścieżka w postaci ścieżki od zawsze do zawsze.
Las pod pozorem lasu na wieki wieków i amen,
a w górze ptaki w locie w roli ptaków w locie.

Jak okiem sięgnąć, panuje tu chwila.
Jedna z tych ziemskich chwil
proszonych, by trwały.
Uczę się odpuszczać to, co mnie przeciąża, i mówić „nie” bez poczucia winy. Niestety nie zawsze jest to łatwe, zwłaszcza wobec pewnych osób. Jeżeli jest to możliwe, to coraz częściej stawiam jasne granice i szanuję własne potrzeby, nawet jeśli nie zawsze spotyka się to z aprobatą innych. Zauważam, że spokój rodzi się w prostych chwilach, które wcześniej umykały w biegu. Chcę wybierać życie, w którym jest miejsce na ciszę, oddech i czas tylko dla mnie. Nie wszystko musi dziać się natychmiast. Każda droga ma swój własny czas. Tak jak teraz jest czas na urlop...

sobota, 22 sierpnia 2026

Od legend i pieśni do kuchni i zdrowia....

Rozmaryn zna raczej starsze pokolenie i to głównie ze słów pieśni legionowej O mój rozmarynie rozwijaj się....
O mój rozmarynie, rozwijaj się
O mój rozmarynie, rozwijaj się
Pójdę do dziewczyny, pójdę do jedynej
Zapytam się
Pójdę do dziewczyny, pójdę do jedynej
Zapytam się

A jak mi odpowie – nie kocham cię
A jak mi odpowie – nie kocham cię
Ułani werbują, strzelcy maszerują
Zaciągnę się
Ułani werbują, strzelcy maszerują
Zaciągnę się

Dadzą mi buciki z ostrogami
Dadzą mi buciki z ostrogami
I siwy kabacik, i siwy kabacik
Z wyłogami
I siwy kabacik, i siwy kabacik
Z wyłogami

Dadzą mi konika cisawego
Dadzą mi konika cisawego
I ostrą szabelkę, i ostrą szabelkę
Do boku mego
I ostrą szabelkę, i ostrą szabelkę
Do boku mego

Dadzą mi manierkę z gorzałczyną
Dadzą mi manierkę z gorzałczyną
Ażebym nie tęsknił, ażebym nie tęsknił
Za dziewczyną
Ażebym nie tęsknił, ażebym nie tęsknił
Za dziewczyną

Powiodą z okopów na bagnety
Powiodą z okopów na bagnety
Bagnet mnie ukłuje, śmierć mnie pocałuje
Ale nie ty
Bagnet mnie ukłuje, śmierć mnie pocałuje
Ale nie ty
Mało kto wie, jak on wygląda i do czego może się przydać. Zacznę jednak jak zawsze od początku.
Rozmaryn lekarski pochodzi z rejonów Morza Śródziemnego. Naturalnie porasta nasłonecznione, suche i wapienne wybrzeża
Rozmaryn odgrywał już ważną rolę już w starożytności. W starożytnym Egipcie rozmaryn odgrywał ważną rolę w obrzędach pogrzebowych. Znaleziono go w grobowcach faraonów, gdzie pełnił funkcję rośliny ochronnej, mającej zapewnić zmarłym bezpieczną podróż w zaświaty. 
Rzymianie uważali go za symbol lojalności i odwagi. Rozmarynowe gałązki zabierali ze sobą na wojnę żołnierze, aby po ich śmierci złożyć je na stosach pogrzebowych, aby upamiętnić bohaterów. 
W Grecji natomiast stanowił symbol miłości i był z tego względu poświęcony bogini Afrodycie, która wyłoniła się z piany morskiej i była ozdobiona właśnie gałązkami rozmarynu. Łacińska nazwa ros marinus oznacza właśnie morską pianę. Inne nazwy ludowe tej rośliny to: kompasowe ziele, kadzielnica, morska rosa, liść elfów, roślina polarna. 
Jak wyczytałam przypisywano mu także właściwości polepszające pamięć. Dlatego uczący się na egzaminy zabierali rozmarynowe wieńce. Wieńce z rozmarynu również ofiarowywali swoim bogom. Trzymali go też w domach, uważając, że przynosi szczęście. Ta tradycja przetrwała bardzo długo, do czasów naszych pradziadków. Rozmaryn uchodził za zioło kochanków. W Polsce rozmaryn dodawano do ślubnych wianków. Wróżono, że jeżeli gałązka wyjęta z wianka ukorzeniła się i rozrosła, to można było mieć nadzieję na dobrą przyszłość dla nowożeńców.  Jeżeli dziewczyna wszyła gałązkę rozmarynu w szaty ukochanego, miało jej to zapewnić jego wieczne oddanie. A przechowywane po ślubie gałązki rozmarynu miały chronić przed sprzeczkami i niezgodą.
W „Hamlecie” William Shakespeare Ofelia mówi: „Oto rozmaryn, to dla pamięci”, podkreślając jego związek z pamięcią i żałobą.
Legenda mówi, że dawniej były one białe, lecz podczas ucieczki Świętej Rodziny do Egiptu Matka Boska zawiesiła swój płaszcz na krzewie rozmarynu i od tego czasu kwiaty nabrały koloru pogodnego nieba. 
Uzdrawiająca moc rozmarynu znana jest od czasów biblijnych. W dziełach Pliniusza Starszego i Dioskurydesa rozmaryn pojawia się jako środek leczniczy.
W Europie Środkowej roślina została rozpowszechniona dzięki benedyktynom, którzy hodowali ją w przyklasztornych ogródkach.
Często go opisywano w zielnikach. Na przykład Hildegarda z Bingen polecała go na wzmocnienie serca i poprawę nastroju.
W średniowieczu rozmaryn używano jako roślinę leczniczą i ochronną. Używano go do oczyszczania domów z „morowego powietrza”, palono podczas epidemii i wcierano w skórę, wierząc, że zabezpiecza przed zarazą. Był też ważnym składnikiem tzw. „octu czterech złodziei”, który miał chronić przed zakażeniem.
W renesansie i baroku rozmaryn stał się popularny w kuchni i medycynie – przypisywano mu korzystny wpływ na trawienie i krążenie.
Niezwykły aromat i trwałe ulistnienie sprzyjały panującemu w XVI wieku przekonaniu, że picie odwaru z rozmarynu pozwoli zachować młodość. 
W XVII wieku powstała „Woda Królowej Węgier”, nalewka rozmarynowa, którą według legendy stosowała Elżbieta Luksemburska, by zachować zdrowie i młodość.
Później rozmaryn uzupełniał stały zestaw przypraw na południu Europy.
Rozmaryn
Pachnie nadzieją
gałązka rozmarynu
i serca tęsknotą
z kwiatkami fioletu...

Mierzy wielki świat
swoją własną miarką
jak Kominiarczyk amant
z porcelanową Tancerką...

Przepływa zapachem
przez kolory życia
miłością oraz uczuciem
i pozostawia wspomnienia...
Aleksandra Baltissen
Rozmaryn ma konkretne walory lecznicze, warto się więc nim zainteresować. 
Dziś wiadomo, że liście rozmarynu stosuje się przy dolegliwościach trawiennych. W stanach skurczowych jelit i dróg żółciowych, przy kamicy żółciowej, niewydolności wątroby czy zmniejszonym wydzielaniu moczu. Działa pobudzająco na krążenie, bywa pomocny przy bólach głowy i uczuciu zmęczenia. Zewnętrznie dodaje się go do dezynfekujących kąpieli ziołowych. W aptekach można spotkać suszone ziele, ale z powodzeniem da się też uprawiać rozmaryn w domu.
Rozmaryn przynosi korzyści nie tylko zdrowiu, lecz także urodzie. Uważany jest za środek ujędrniający skórę i opóźniający powstawanie zmarszczek. Wyciągi z tej rośliny dodawane są do płukanek do włosów, a olejek rozmarynowy wchodzi w skład mydeł, kremów i szamponów.
Nie można zapomnieć o jego roli w kuchni. Rozmaryn nie tylko nadaje potrawom charakterystyczny, śródziemnomorski aromat, lecz także ułatwia trawienie cięższych dań. Szczególnie dobrze komponuje się z tłustą baraniną i wołowiną. Z mielonych owoców kolendry i suszonych liści rozmarynu można przygotować aromatyczną przyprawę do mięs i sałatek. Na południu Europy od dawna stanowi stały element zestawu przypraw, a jego popularność nie wynika jedynie z mody na kuchnię włoską czy francuską.
Zapach Lata
Marzy mi się zapach gorącego lata,
widok kolorowej łąki pełen kwiatów,
woń mięty zielonej, białych głów
rumianku i rozmarynu na grządce.

Marzy mi się wiaterku tchnienie
w rozkołysanych łanach zbóż,
cichego szelestu liści na drzewach
i brzęczących nad ulami pszczół.

Latem kolory mienią się tęczą,
barwami stroją sady i ogrody.
Wszystko jest takie ciepłe, radosne,
nawet w stawie żaby inaczej kumkają.

Po lazurowym niebie obłoki leniwie płyną,
słoneczko przygrzewa cieplutko,
staw rzęsą się zieleni, nenufarami stroi,
nad którymi chmara owadów krąży.

Zapach lata pachnie żyznym urodzajem,
upaja i odurza miododajną wonią.
Wszystko jest takie magiczne i cudne,
nawet niebo błękitem zachwyca.
Krystyna Wanda Serdeczna
Warto więc mieć rozmaryn pod ręką. Najlepiej w doniczce na parapecie lub balkonie, aby sięgać po niego zarówno do wykorzystania w kuchni, jak i do domowej pielęgnacji. To zioło może wnieść do naszego życia nie tylko smak i zapach południa, ale także odrobinę zdrowia i dobrej energii.