Polskie pejzaże.
Krajobraz polski jest Bogiem znaczony
na dróg rozstajach wierne krzyże stoją,
a Matka Boża bzom nuci pieśń swoją,
gdzie wiatru powiew szumi: Pochwalony.
Polskie pejzaże pachną jasną ziemią
co kości wielu bohaterów kryje,
to w nich świadomość naszych dzieci żyje,
w mogiłach ojców piękne czyny drzemią.
Tam hen za lasem droga jak do nieba
co serca wiedzie do świątyni małej,
by dziadki mogły Bogu oddać chwałę
zło- dobrem zwyciężać, kiedy walczyć trzeba.
Tam gwiazdy Pan Bóg zapala na niebie
wieczorem gdy świerszczy ucichła piosenka,
wśród pól konwaliowych Święta Panienka
sen dobry roznosi i łaski uprasza dla Ciebie.

Polskie krajobrazy z bocianem na łące
melodią swojską wpadają do ucha,
kto szczęścia szuka- niech uważnie słucha,
gdy wiatr słowa niesie dobre, kochające.
I nigdzie na świecie tak nie pachną kwiaty
i słowik w czeremchach nie śpiewa tak cudnie,
to tylko tutaj malwy stroją się w południe
i ten, kto to widzi jest w sercu bogaty.
Polskie pejzaże na świecie jedyne,
gdzie radość i smutek przedziwnie splecione,
wczoraj i dziś były i jutro znów one
tworzą tę piękną, przedziwną krainę.
Podnieś wzrok jasny i wycisz swe wnętrze
i uwierz, że szczęście w gałęziach się skryło,
ta ziemia jest twoja i woda i błękit, a dobro, co było
weź w ręce i zanieś ludziom jak kwiaty w podzięce.
Przez okno wlewał się do kuchni blask zachodzącego słońca, który ożywił królujące tu ciepłe kolory.
Chciałabym wskoczyć na latający dywan i polecieć do... No właśnie gdzie?
Nie wyobrażam sobie świata bez możliwości podróżowania. Bez otwartych granic. Chociaż STOP...
Przecież dobrze pamiętam czasy, kiedy nie było takiej możliwości.
Świat sprzed burzenia Muru Berlińskiego. Ale to nie jest temat na dzisiaj.
Jeszcze przed pandemią ludzie z własnej woli odgrodzili się i za mknęli w swoich domach za wysokimi płotami. Większość urlop najchętniej spędzała za granicą, I teraz też najchętniej powędrowałaby zagranicznymi ścieżkami. A raczej plażami i ulicami. Powędrowałaby, bo przecież większość wyjazdów była już opłacona.
Człowiek planuje i planuje, jednak nie wie co go czeka. Nie wie o jaki kamień się potknie, gdzie los w poprzek naszej drogi rozciągnie sznurek.
Ja także jak co roku planowałam wędrówkę moimi złotymi uliczkami. Podróżowałam też po Polsce, zwłaszcza do mojego ukochanego miasteczka. Ale jak będzie w tym roku? Nie wiem. Moje miasteczko jednak na pewno.
Ale przecież dla nas wszystkich otwiera się worek z nowymi możliwościami.
Zastanawiam się, jak będzie wyglądał świat po pandemii. Nie wiem, czy tak do końca sobie z tym poradzimy. Zawsze zostanie jakiś ślad, nawyk.... Zapewne jeszcze bardziej oddalimy się od siebie.
Mam jednak nadzieje, że to przede wszystkim Matka Ziemia poradzi sobie z nami. Przecież to my jesteśmy dla niej zagrożeniem.
Nawet jak wychodzimy z domu to szybko załatwiamy sprawy jak najprędzej wracamy do domu. Rzadko rozglądamy się po okolicy w której mieszkamy. Na wszystko brakuje nam czasu. A wystarczy tylko zwolnić, podnieść głowę i rozejrzeć się.
Polska jest przecież krajem z pięknymi zakątkami. Na szczęście wie o tym wiele osób. A przede wszystkim Aleksandra, Basia, Marzena i Zbyszek (kolejność alfabetyczna)
Ola i Zbyszek pokazują dwa przeciwległe regiony, które od lat przemierzają z aparatem fotograficznym
Ola często wędruje przez Dolny Śląsk ścieżkami wspomnień, moich wspomnień. Tych odległych i tych jeszcze wczorajszych. O każdej porze roku maluje zachwycające krajobrazy. Jednak najcenniejsze są szczegóły, które za każdym razem potrafi uchwycić. A to napotkana wiewiórka, biedronkę wędrująca po liściu, zdziwioną srokę, owoce dzikiej róży w śniegowej czapeczce, odpoczywającego motyla, moje ukochane margerytki, krople deszczu na trawie... Chętnie powędrowałabym z nią moimi znajomymi ścieżkami i jej okiem spojrzała na świat dookoła.
Zbyszek opowiada o Warmii. Krainie którą chciałabym lepiej poznać. Pozwalam ją dawno, dawno temu. Tak dawno, że aż trudno w to uwierzyć. Jednak do dzisiaj doskonale pamiętam niektóre obrazy.
Moja Polska
Moja Polska
jedna i jedyna
zakwita każdej wiosny w starych krzakach bzu
strzegących mogił grobów i kurhanów
biegnie świeżym wiatrem po leśnych ostępach
podnosząc głowy białym konwaliom
wydzwaniającym nuty powstańczych pieśni
pochyla się ze starymi wierzbami
nad urodą tej ziemi
która kryje wyzwoleńcze marzenia Polaków
zapisana w polskim sercu
jedna i jedyna
złota i pszeniczna
pachnąca chlebem i znojem rąk spracowanych
wypływająca z rodzinnego domu
którego szczęścia od zawsze strzegły jaskółki
zielona i kwietna
na łąkach zdobionych bocianami
i odwiecznym – bądź pochwalony
nawet w szumie wiatru
Szopenowska i Norwidowska
przez którą idą całe pokolenia
czujących po polsku
na zawsze jedna i jedyna
w szeleszczących liściach i spadającym śniegu
co roku najpiękniejsza
dla tego kto ją kocha
jedna i jedyna
Dzięki Zbyszkowi poznałam ciekawą historię Warmii.
Z zainteresowaniem spacerowałam uliczkami miast i miasteczek słuchając opowieści sprzed lat.
Jednak najchętniej wędrowałam polnymi ścieżkami i drogami od ka kapliczki do kapliczki.
Czasem także wsiadałam na rower i jechałam przed siebie.
Przemierzając ten uroczy region bardzo lubię zatrzymywać się na skraju drogi, siadać na przydrożnym pieńku i wsłuchiwać się w szum drzew opowiadających historię pobliskiego kościoła lub cmentarza.
Najchętniej jednak przysiadam na pomoście nad jednym z jezior kiedy wschodzi słońce, a mgły jeszcze otulają świat. Te chwile o po ranku są niepowtarzalne.
Jest też zachodniopomorzanka Marzena i jej przede wszystkim niesamowite wrocławskie opowieści. Dzięki niej można poznać nieznane historie znanych miejsc. Marzena swoim "piórem" i zdjęciami prowadzi mnie także ścieżkami o których nie miałam pojęcia. Wrocław w jej obiektywie i słowach jest miastem jeszcze bardziej interesującym, w którym można się naprawdę zakochać. Ja zakochałam się jeszcze bardziej.
Jednak Marzena nie zatrzymuje nas na wrocławskim przystanku. Zaprasza nas na piękny Dolny Śląsk. Tam dalej tka swoje historie.
Marzenko, dobrze, że wróciłaś.
Są też wędrówki Basi po jej uroczym zakątku, jeszcze na innym końcu Polski, który znam tylko z opowieści. Jednak, to co opisuje Basia jest mi bliska. Basine opowieści czasem dosłownie przez nią malowane lub tkane wierszami chwytają za serce. "To sa moje słowa, moje historie, obrazy..." Dopiero potem sobie uświadamiam "Przecież ja nie umiem malować, ani pisać wierszy".
A Basi mała ojczyzna przypomina tą z moich marzeń, w której kiedyś chciałabym zamieszkać
Mogłabym o tych wędrówkach jeszcze długo pisać. Wszystko jest jednak już opisane, Najlepiej zatem wziąć plecak, wygodne buty i naszymi ścieżkami, niekoniecznie tymi opisywanymi przez Basię, Marzenę, Olę i Zbyszka powędrować przed siebie. Nawet gdyby miały one nas zaprowadzić na manowce. Bo i tam może być ciekawie
Polska miłość
Świt zamglony przeszłością
chwyta moje myśli lotem skowronka
nucącego pieśń o Polsce
ukrytej w moim sercu
brzask jutrzenki
wynurza garść wspomnień
czerwonych jak krew i maki
błękitnych jak niebo i niezabudki
jestem stąd
gdziekolwiek pójdę
wracam zmierzchem i o świtaniu
w moją przeszłość
która echem leśnych pamiątek
płynie w przyszłość
jasną bo polską
jak moje serce
zakochane w Polsce
przydrożnych bzów i kapliczek
broniących mnie przed zdradą.
Jednak powoli otwierają się dla nas granice, więc pewnie wybierzemy ciekawe, nieco dalsze podróże jak zawsze stylowej Barbarki i ciekawej świata Łucji
Chociaż i one wybierają ostatnio też polskie drogi
Wiersze i obrazy Basia Wójcik
Gonić marzenia...
Na włóczęgę już wyruszyć przyszła pora.
Las nas goni śpiewem ptaków, szumem drzew.
I wołają nas już pola i jeziora.
Zeszłoroczny nasz wesoły pomnąc śpiew.
Ludzie mają swoje sprawy, ludzie lubią się bogacić.
Pełne brzuchy mają, chcą mieć pełen trzos.
A ja gonię, a ja gonię swe marzenia.
Szczęścia szukam, gdzie kaczeńce i gdzie wrzos...
Tym, co iść nie lubią, mówię: do widzenia,
Za dni kilka, może znów powrócę tu.
Idę w świat, by tam dogonić swe marzenia.
Aby spełnić kilka swoich złotych snów.
Więc z dziewczyna swą pod rękę,
I z gitarą, i z piosenką...
Precz mi troski, przecz przykrości, słońce świeć!
Idę gonić, idę gonić swe marzenia...
I spokoju szukać pośród starych drzew...
Tak, to proste, że i gadać szkoda czasu.
Lepiej plecak wziąć i iść przed siebie wprost.
Szukać wiatru i zapachu szukać lasu.
Jak najdalej zadymionych wielkich miast.
Zrozum bracie, tak to trzeba.
Łóżkiem trawa, dachem drzewa
Z wiatrem biegać i z ptakami śpiewać w glos.
Trzeba gonić, trzeba gonić swe marzenia.
A nie czekać ile trosk przyniesie los.
Bułat Okudżawa
Właśnie dowiedziałam się, że 19 czerwca obchodzimy World Sauntering Day, czyli Dzień Leniwych Spacerów.
Święto jak najbardziej na czasie.
Ostatnio świat zwolnił, a nawet zatrzymał się. To skłoniło nas do wyciszenia się, do refleksji. Przestaliśmy pędzić na oślep narzekając na biegnący czas.
Na co dzień większość z nas gdzieś biegnie, je w pośpiechu, jest w „niedoczasie”, załatwia mnóstwo spraw jednocześnie i pobieżnie, nie ma czasu na odpoczynek... Nawet sposób odpoczywania zmusza nas do ciągłej aktywności, sportu, spotykań, bywania w różnych miejscach, zwiedzania, bawienia się. Bierne odpoczywanie, leniwe spacery, leżenie plackiem zwłaszcza dla młodszego pokolenia wyszło z mody. Jest też postrzegane jako strata czasu. Przecież w tym czasie można by tyle zrobić. Ale pośpiech, łapanie wielu srok z ogon mogą się w przyszłości na nas zemścić. Czyż nie lepiej przejść przez życie spacerując, zamiast dostawać zadyszki?
O tym, że spacer wpływa korzystnie na nasze zdrowie, mówił już starożytny grecki lekarz, ojciec medycyny – Hipokrates: „Spacer jest najlepszym lekiem człowieka”.
A ta pora roku wyjątkowo skłania do spacerowania.
Czerwiec to miesiąc najkrótszych nocy. To możliwość wstawania z łóżka o brzasku wraz z pierwszymi promieniami słońca. A przecież po przeciwnej stronie bieguna w grudniu ciężko nawet przy terkoczącym głośno budziku podnieść się siódmej. A rześki, świeży pachnący i rozświergotany czerwcowy poranek potrafi zachęcić do wyjścia na balkon z ciepłym kubkiem herbaty.
Kto jednak jest na tyle jeszcze zwariowany, aby o tej porze witać wraz ze mną dzień? Nie znam nikogo. Jednak to wczesne letnie wstawanie mam po mojej prababce, której imię przyjęłam na bierzmowaniu. Z opowiadań mojej cioci, wiem, że prababka wstawała o świcie, aby zająć się kwiatami, w tym pelargoniami (nawiasem pisząc ich prapra….. przodkowie kwitną na moim balkonie – to taka więź łącząca mnie z prababką, przekazana mi przez jej najmłodszą córkę)
W czerwcu napełniam duszę nadzieją i urzekającymi, prawdziwymi zapachami róż, akacji, piwonii, jaśminów…
Najbardziej jednak napływają marzenia przed nocą św. Jana. Warto wówczas zatrzymać zegarek, powiesić problemy na kołku i pójść do lasu w poszukiwaniu kwiatu paproci, A może go tak naprawdę nie ma?
Już tradycją stało się z czasem
I należy do dobrego tonu,
Żeby panny chodziły na spacer
Z żołnierzami swojego plutonu,
Żeby każdy chłopaczek nieduży
Zamiast marzyć że jest komandosem,
marzył sobie że w plutonie służy
I z plutonem śpiewa pełnym głosem
Andrzej Waligórski
Jednak warto w to wierzyć i dążyć do spełnienia marzeń
Marzenia... czym byłoby życie gdybyśmy nie mogli marzyć, śnić?
Dobrze jest czasem pomarzyć i mieć nadzieję na spełnienie.
Zazwyczaj wszystkie marzenia spełniają się tylko w bajkach, a w rzeczywistości nic samo łatwo nie przychodzi.
Najczęściej jednak nasze marzenia są zamknięte w pudełkach, które okryte kurzem naszej szarej codzienności leżą zapomniane na półkach. Często o nich zapominamy, nie odkurzamy…. Taka przechowalnia z zapomnianymi marzeniami. Może kiedyś znajdę kwitek i zabiorę je od Staruszka z długą siwą brodą, który każdego dnia je pilnuje i nie pozwala im wyfrunąć i odlecieć w świat. Ten Staruszek z długą siwą brodą wierzy, że kiedyś przechodząc koło przechowalni, zatrzymam się i zabiorę pozostawione u niego na przechowanie pudełko.
Dlatego każdego dnia, gdy przechodzę obok uśmiecha się do mnie i stara się o czymś powiedzieć.
Może o tym, że chyba o kilku moich marzeniach zapomniałam.
Moje marzenia leżą już tak długo na pólkach pokrytych kurzem. Tak, wiem powinnam je znowu zabrać z przechowalni. Nie powinnam o nich dłużej zapominać.
Moim największym, niespełnionym marzeniem jest posiadanie własnego, małego domku z ogródkiem gdzie w takie czerwcowe długie dni można posiedzieć napawając się zapachami mieszającymi się dookoła. Domku z przestronną, jasną kuchnią, ze świeżymi ziołami na parapetach. Domku z kominkiem w dużym pokoju….
Staruszek, który Czas się nazywa kiedyś mi powiedział: „Marzenia nigdy nie umierają. Jak myślisz, że są już martwe, to się mylisz. One tylko zapadły w długi sen zimowy, jak niedźwiedź. Jednak pamiętaj, gdy to marzenie drzemie za długo, to potem nagle budzi się głodne i złe jak miś.”
Nie mogę też zapomnieć mówić głośno o swoich marzeniach. Ne tylko Staruszek Czas jest dobrym słuchaczem. Wystarczy, że rozejrzę się dookoła i z pewnością znajdę obok osoby, które pomogą mi je spełnić.
Marzenia są jak obłoki...
Marzenia muszą być jak obłoki
żeby nie mogły przedwcześnie spadać na ziemię
więc bywają lekkie i pierzaste
siadają puchem na błękicie nieba
tańczą nad moją głową
wbrew rozumowi każą wierzyć
uporczywie myśleć że nadejdzie niedościgłe
że stanie się kolejny cud
a skoro obłoki płyną z każdą chwilą
więc nie miej za złe marzeniom
gdy ubiorą się w inne kształty i kolory...
Basia Wójcik
Kiedy przychodzisz do mego domu
Zrywam się na równe nogi
Rozsuwam ściany
Zgarniam okruchy ze stołu
Na białym obrusie stawiam karafkę
Pełną krystalicznie czystej wody
Sok z winogron i pszenne pieczywo
Roztacza swój ożywczy zapach
Jerzy Binkowski
Imieniny minęły pełne telefonów, sms i mms-ów (zdecydowanie wolę rozmowę, ale to nie jest temat na dzisiaj). Nastał kolejny tym razem spokojny dzień, który minął niepostrzeżenie. Właśnie zdążyłam zasnąć. Miałam miły, kolorowy sen. Staram się go zatrzymać. Jednak umknął bezpowrotnie, gdy zdałem sobie sprawę, że telefon dzwoni w rzeczywistości.
A przecież telefon milczał przez cały dzień. Ani razu nie przerwał błogiej ciszy w moim ogrodzie. Teraz nie przestawał dzwonić. Cóż w życiu nie ma równowagi.
I co to za zwyczaj, a przede wszystkim sens, pytać o tak późnej porze czy przypadkiem nie śpię. Skoro już podniosłam słuchawkę.... To tak jak pytać, czy się nie przeszkadza, skoro widać, że tak jest lub mówić, że nikogo nie ma w domu, kiedy jest się samemu.
Telefon często dzwoni w najbardziej nieodpowiedniej chwili. Niestety, jeżeli go nie wyciszymy całkowicie i nie schowamy do szuflady lub po prostu nie wyłączymy, to będzie mrugać do nas i nieustanie podskakiwać.
Tego wieczoru, a raczej nocy miałam wyłączony telefon. Dzwonił jednak domowy telefon rodziców.
Trudno jednak nie odebrać dzwoniącego telefonu. Nasza natura na to zazwyczaj nie pozwala. Ma to związek z naszym sumieniem. Dzwonią rodzice, ktoś z pracy... Tej nocy pomyślałam, że coś się stało. Na szczęście nie. Ktoś ledwo znajomy, po latach milczenia, chciał spytać moją mamę, co u niej. Czy nie mógł tego zrobić wcześniej, zamiast stawiać cały dom na nogi w nocy?
Tak ludzie są bardzo spontaniczni. Ledwo pomyślą o kimś i już sięgają po telefon. I dobrze. Kontakty są potrzebne. Przecież ludzie, jeszcze przed epidemią pozamykali się w domach i nie daj Boże odwiedzić kogoś bez zapowiedzi. Trzeba było zadzwonić, umówić się. A co dopiero teraz.
A przecież drugi człowiek jest po to, aby z nim posiedzieć, porozmawiać, a nawet pomilczeć.
My jednak wolimy zamknąć się w domu. I nawet tam długo nie przebywamy razem. Posiłki spożywamy w biegu, nie czekamy na wspólny obiad, kolacje... Szybko uciekamy od stołu, nierzadko zabieramy pełny talerz do swojego pokoju.
Tam przecież jest telewizor, komputer, telefon... Dzieci nie wiedzą co dookoła dzieje się w przyrodzie.
Kiedyś to było nie do pomyślenia.
Na lipę
Gościu, siądź pod mym liściem, a odpoczni sobie!
Nie dojdzie cię tu słońce, przyrzekam ja tobie,
Choć się nawysszej wzbije, a proste promienie
Ściągną pod swoje drzewa rozstrzelane cienie.
Tu zawżdy chłodne wiatry z pola zawiewają,
Tu słowicy, tu szpacy wdzięcznie narzekają.
Z mego wonnego kwiatu pracowite pszczoły
Biorą miód, który potym szlachci pańskie stoły.
A ja swym cichym szeptem sprawić umiem snadnie,
Że człowiekowi łacno słodki sen przypadnie.
Jabłek wprawdzie nie rodzę, lecz mię pan tak kładzie
Jako szczep najpłodniejszy w hesperyskim sadzie.
Jan Kochanowski
Jeszcze ... lat temu ludzie wspólnie spacerowali, w letnie wieczory mieszkańcy domów siadali na werandach, tarasach schodkach... Sąsiedzi rozmawiali "przez płot".....
Kto dzisiaj tak robi? Niewielu. Nawet kilka dni temu nasza sąsiadka, bez zwykłego grzecznościowego uprzedzenia, postawiła wysoki płot. Moja mama bardzo to przeżyła. Przecież przez wiele lat jej rodzice tego nie zrobili. Wręcz przeciwnie. Bardzo lubili te sąsiedzkie pogaduszki ze wszystkimi. Nieraz wystarczyło zwykłe "dzień dobry" i tradycyjny uśmiech. Niestety nie ma ich już z nami. Sąsiadka odeszła w zeszłym roku.
Czasy się zmieniają. Coraz więcej ludzi teraz każdy zamyka się w swoim świecie. Odgradza się nawet od ludzi których zna od urodzenia. Rozumiem, że czasem potrzebujemy samotności, odpoczynku od innych. Sama często muszę pobyć z własnymi myślami tylko w swoim towarzystwie. Ale żeby tak cały czas?
Jednak brakuje mi tych minionych lat, które bezpowrotnie odchodzą. Tej przeszłości prawie zamierzchłej, kiedy byłam piękna, a na pewno młoda.... Ale nie o to chodzi, jaka byłam tylko co miałam. W tamtych czasach najprostszym sposobem na podtrzymywanie takich więzi było wzajemne odwiedzanie się, rozmowy na ulicy lub "przez płot"... Wizyty często bez zapowiedzi (no tak, telefon był rzadkością), spontaniczne były w Polsce codziennością. Niespodziewane pukanie do drzwi wywoływało ciekawość i radość z odwiedzin. Można więc było zapukać do drzwi i oczekiwać, że gospodarz otworzy drzwi z uśmiechem, a na stole obok herbaty zaraz pojawi się ciasto.
Wszyscy słyszeli o polskiej gościnności. Od setek lat krążyła opinia, że jak mało który naród potrafimy przyjąć w swoje progi przybyszy. Sarmacka gościnność znana i ceniona była w świecie. Tam ludzie nie odwiedzali się. Naturalnie przychodzili do siebie, ale niezapowiedziana wizyta była wręcz nie na miejscu. Polakom, którzy znaleźli się w takim kraju bardzo brakowało tej naszej bezpośredniości, serdeczności....
Z chwilą pojawienia się wszechobecnych mediów sytuacja ta uległa zmianie. Dogoniła nas mentalność naszych zachodnich sąsiadów. Nadmiar informacji, tempo życia, ilość obowiązków, pogoń za karierą.... To powoduje, że zamykamy się, a gość z osoby pożądanej staje się intruzem. Mamy coraz mniejszą ochotę na czyjeś wizyty, a co dopiero niezapowiedziane. Taka spontaniczna wizyta zazwyczaj wywołuje grymas niezadowolenia. Często jednak się zdarza, że po prostu nie otwieramy drzwi.
Spontaniczność jest mało akceptowanym zjawiskiem. Jest to bowiem działanie wymykające się spod kontroli. A przecież jak tracimy kontrolę, to tracimy poczucie bezpieczeństwa.
Gościnny pokój na wsi
Odprowadzili mnie do drzwi,
zapalili świeczkę stroskaną
i trochę nazbyt gorliwie
życzyli mi dobranoc.
Na stole bukiet róż białych
mój przyjazd święci...
Spokojne są, nieruchome,
jak ręce świętej pamięci...

A tamci odchodzą w radosnej kompanii -
ten coś szepcze,
ta zęby szczerzy,
i ze śmiechem zbiegają po schodach
do swoich bezpiecznych leży.
Zostawili mnie w izbie wielkiej jak stodoła,
samotną w gościnnym skrzydle.
Łóżeczko, lawendą pachnące,
zaprasza, skrzypiąc obrzydłe.
Blisko łóżka szafa jak klasztor,
tajemnicza jak pani Bławacka,
nagle, trzaśnięciem nie zapowiedzianym,
przeraża mnie znienacka.
Stanęłam bezradnie,
załamałam ręce,
w matni gościnnych pokoi - - -
Że w jednym z nich trumna zapomniana stoi,
zdążyli mi już powiedzieć.
Prosili, by się nie dziwić,
jeśli usłyszę łomot i pogwary.
Wuj był - no i jest - wlaźliwy -
lecz nie mówmy źle o umarłych!
I oto ktoś oknem szarpnął,
błysk świecy po kątach lata,
- roztwierają się drzwi lunatyczne
z piskiem nie z tego świata...
Zieją na czarny korytarz -
i wiem na pewno,
że ktoś się tam w głębi wydłuża
smugą powiewną...
Świeca zgasła.
Duch podszedł w podeszwach na filcu.
Stary stolik dwunastą wystukuje właśnie
i w naprężeniu czeka gościnna sypialnia,
kiedy gość wreszcie zaśnie.
MARIA PAWLIKOWSKA-JASNORZEWSKA
Na szczęście w moim małym miasteczku, do którego tęsknię obowiązuje jeszcze:
„Gość w dom, Bóg w dom"
Deszcz majowy ~
Słońce świeci, deszczyk pada,
Czarownica się podkrada.
Chodźcie, chodźcie prędzej, dzieci!
Z nieba złoty deszczyk leci.
Maj na ziemi! Deszcz o wiośnie
Kogo zmoczy, ten urośnie.
Świeżą trawę skropi rosą,
Bedziem po niej biegać boso,
Będziem wstrząsać mokre drzewa,
Niech nas zlewa, niech nas zlewa.
Rosi deszczyk nam na głowy,
Srebrny, złoty, brylantowy.
Iskry, perły i diamenty
Lecą z chmury uśmiechniętej.
To klejnoty, a nie deszcze...
Jeszcze, jeszcze... Jak szeleszcze,
Szepce, szemrze, szumi, śpiewa...
Trawy cieszą się i drzewa.
Róże w bieli, w złocie, w pąsie
Błyszczą, świecą, lśnią i skrzą się;
Kwiaty modre, żółte, białe
I czerwone w kroplach całe.
Mlecze, jaskry, niezabudki,
Dzwonki, fiołki i stokrotki,
Kwiaty pól i kwiaty matki:
Dziatki, bratki i bławatki,
Wszystko razem w żywej rzeszy
Dżdżem się cieszy, dżdżem się śmieszy...
...A po ścieżce skacze żaba...
Kto się boi, ten jest baba!
Mkną jaskółki z ostrym świrem,
Pachnie wkoło mokrym żwirem,
Pachnie w krąg mokrymi liśćmi...
"Nuże, dzieci, do dom iść mi!"
Nic pójdziemy! wolim w pole!
Tchórze noszą parasole!
Mazgaj, kto zostanie suchy,
A do domu chcą piecuchy!
Słońce świeci. Deszcz o wiośnie
Kogo zmoczy, ten urośnie.
Siedmiobarwna w niebie tęcza:
Niebo z ziemią się zaręcza.
A na tęczy wodna panna
Sieje perły: kwiatom manna!
Promieniste czesze sploty...
Słońce lśni czy włos jej złoty?...
Słońce świeci, deszczyk pada,
Czarownica dziwy składa.
Leopold Staff
Ostatnio niewiele było dni bez deszczu. Cały czas słyszałam krople dzwoniące w okno. Pytałam sama siebie : gdzie podział się ten, najpiękniejszy miesiąc? Jednak nie narzekam. Przecież świat dookoła tego deszczu potrzebował. Jednak, gdy rowerem jechałam do mojego Domu, to jednak nie dostrzegałam jego piękna. Wówczas prosiłam, aby choć na chwilę ktoś zakręcił ten kurek z wodą i rozpędził chmury. Aby pojawił się ktoś, kto po prostu pocieszy płaczącą w pałacu Króla Słońce jego najmłodszą córkę Wiosnę? Jaki jest jednak powód jej rozpaczy? Bez tego nie uda się jej uspokoić.
Potrzebne mi słońce i sucha droga do Domu. Potem może sobie padać i padać...
W taki deszczowy, zimny majowy dzień nie pozostaje nic innego jak jak wyczarować w kuchni coś na rozgrzanie.
Tak, tak…. Jak co roku w maju nachodzą mnie kulinarne przemyślenia. Może jest to związane z tym, że w maju mam powody do świętowania? Jednak z drugiej strony lubię przy takiej pogodzie opanować kuchnię i przyrządzić coś dobrego i sprawdzonego. Czasem jest to coś całkiem nowego. Lubię jak zupa bulgocze w garnku, a zapach aromatycznej pieczeni rozchodzi się po całym domu.
Potem lubię ładnie przystroić stół Jednak modne teraz kwadratowe talerze zdecydowanie mi się nie podobają. Tradycyjny owal naczyń działa na mnie zdecydowanie uspokajająco. Szpice kwadratowych talerzy klują mnie, denerwują. Nie lubię tych nowoczesnych wynalazków.
Koło jest kształtem naturalnym, normalnym, tradycyjny, odziedziczonym.
Majowy deszcz
W pewien ranek majowy
spadł dzieciakom na głowy.
Spadł na kwiaty i liście
ciepło... krótko... rzęsiście...
Pogwarzył coś o wiośnie...
Ucichł...
i wszystko rośnie!
Stefania Szuchowa
Często nie lubię tych nowoczesnych wynalazków. Podobnie jest też zazwyczaj z gotowaniem
Na przykład we współczesnej kuchni często w obawie przed kaloriami, cholesterolem rezygnuje się z zastosowania śmietany lub masła. Dlatego ziemniaki, kasze…. polewane są lekkimi, przezroczystymi „sosami”. W przypadku sosów wierna jestem tradycji i wolę dodawać niewielkiej ilości śmietany i odrobiny masła. Nic tak jak one nie podnoszą walorów smakowych, a stosowane z umiarem nie powinny zaszkodzić.
Zawsze wydawało mi się, że zrobienie sosu to nie lada sztuka. A już na pewno nie powinien to być sos z torebki.
Jednak do sosów trzeba mieć dobrą rękę. Tajemnicą dobrego sosu jest odpowiednie dobranie proporcji jego składników. Ważna jest także barwa, konsystencja, smak i zapach. .
Nieumiejętnie dobrana ilość składników powoduje, że smak i cały czar sosu pryska. Teraz na ryku mamy dostęp do wielu egzotycznych przypraw, więc łatwo o przesadę. A dobry sos to zazwyczaj tylko kilka dobrze dobranych składników.
Zapach sosu powinien być konkretny, ale z drugiej strony subtelny, aby nie zagłuszał podstawowej potrawy.
Powinien mieć także odpowiednią konsystencję. Nie do każdej potrawy można podać sos gęsty. Czasem powinien on być lejący się, jedwabisty.
Może ktoś zna dobry przepis na ciekawy przepis z pysznym sosem? Może wykorzystam go na nadchodzących imieninach? A jeżeli będzie dołączona zwykła konwalia, niekoniecznie wystrojona róża, to w zaświeci u mnie słoneczko
Deszcz majowy
Miarowym szelestem maj opadł na liście,
zmoknięte warkocze w gałęzie zaplata,
i pada bez przerwy, i leje rzęsiście,
perłowe kropelki wieszając na kwiatach.
Wciąż chmury, brzemienne deszczowym balastem,
spływają na ziemię wilgotnym dotykiem,
lecz słońce już brzegi wyzłaca im blaskiem
i w tęczę zapina, uśmiechem okryte.
Więc krople ostatnie ociera maj z twarzy
i dzwonkiem skowronka zawisa w błękicie,
by znów się wiosenną miłością rozmarzyć,
pierwszeństwo jej piękna uznając niezbicie.
Kurek Jan Lech
Dom, rodzinny dom odchodzi już w niepamięć,
Czas z matczynych rąk zabiera nas w nieznane
Żal tych czterech ścian, gdzie tyle się przeżyło,
Lecz tam czeka świat i miłość woła nas
Ze starej płyty wraca muzyka,
Wibruje w smykach jak w oczach łzy
A świat się kręci jak stara płyta,
Kreśli w pamięci obraz tych dni
Ze starej płyty melodia płynie,
Jak w niemym kinie ktoś na pianinie gra
Utopmy troski w czerwonym winie,
Bo raz się żyje i kocha raz
Jak filmowy kadr swe życie znów oglądam,
Lecz nie wróci już zielonych lat melodia
Po matczynej też poznałem inną miłość,
Dziś jak piękny wiersz, powtarzam ją co dzień
Ze starej płyty wraca muzyka,
Wibruje w smykach jak w oczach łzy
A świat się kręci jak stara płyta,
Lata nam składa z nocy i dni
Ze starą płytą trzeba ostrożnie,
Pęknie jak serce, nic nie zostanie
Z naszą miłością bywa podobnie,
Mija jak refren ze starych płyt
Jak filmowy kadr swe życie znów oglądam,
Lecz nie wróci już zielonych lat melodia
Janusz Szczepkowski
Dzisiaj miałam napisać o..... Teraz to już nieważne, nieaktualne. Od ostatniego weekendu nie przestaję bowiem myśleć o Liście Przebojów Trójki. Ten kto mnie zna jeszcze z WP (Ania, Jola...), wie że przez lata nie wypowiadałam się na tematy polityczne, religijne...., w których mogłabym coś ocenić. Skrytykować lub też opowiedzieć się po czyjejś stronie. Tym razem także tego nie zrobię.
Jednak zrobiło mi się przykro.
Przecież to radio w moim pokoju grało jak tylko o 16 wracałam ze szkoły. W tamtych szarych i smutnych latach Listy słuchali praktycznie wszyscy. Przyznaję, że zazwyczaj nie słuchałam jej od początku do końca. Uwielbiałam jednak nadawany wówczas po Liście Przebojów Teatrzyk Zielone Oko. Każdej soboty czekałam na niego niecierpliwie przez ostatnią godzinę Listy. Lubiłam ten muzyczny czas oczekiwania.
Kiedy zaprzestano nadawania Teatrzyku, coraz rzadziej słuchała, Listy. Jednak z wiadomościami o niej byłam na bieżąco.
"Dzięki" temu całemu zamieszaniu ponownie zanurzyłam się we wspomnieniach. Jednak nie otwieram jak zawsze mojej szuflady. Tym razem przyszła pora na półkę. Dlaczego wcześniej do niej nie zaglądałam? Dlaczego dopiero informacja o Liście mnie do tego skłoniła? Kiedy ostatni raz trzymałam w rękach te kolorowe okładki?
Płyty. Dziesiątki winylowych płyt Czarne kropki z kolorowymi środkami. Każda opatulona barwnym, czasem już wyblakłym, sztywnym papierem.
Przeglądam je ze wyruszeniem. Przypominam sobie historię każdej z nich.
Po chwili spoglądam na dawno nieużywany adapter. Delikatnie oczyszczam go prawie niewidocznego kurzu, który przykrywa lata samotności.
Wyciągam na chybił trafił płytę. Spoglądam co mi los podarował.
Niesamowite. Wysocki. Przecież po cichu miałam nadzieję, że to będzie ona. Miałam oczywiście parę typów, ale Wysocki był w pierwszej trójce.
Wyjmuję z czarno-białej okładki płytę i podnoszę przezroczystą pokrywę. Kładę czarny krążek. Delikatnie dotykam końcówkę igły. W głośnikach zaszumiało.
Działa. Opuszczam ramię i ..
Raz który lecę z Moskwy do Odessy
I znowu, psiakrew, odwołują lot,
Wynika to ze słów jej wysokości stewardessy
Majestatycznej jak Aerofłot
Kolejny komunikat zabrzmiał znów,
Że nad Murmańskiem wyż i niebo szczere,
Przyjmuje Kijów, Kiszyniów i Lwów,
A ja tam nie chcę, mnie tam po cholerę?
Radzili mi - pod inne leć adresy
I nie licz, bracie, że się stanie cud
I co też ci odbiło? Komunikat był z Odessy,
Że mgła i na startowych pasach lód
A w Leningradzie pełna odwilż już,
No a na przykład w takim Tbilisi
Ląduje się wśród pól kwitnących róż,
A ja tam nie chcę, mnie ten adres wisi!
Już słyszę - do Rostowa odlatują,
A ja tak pragnę być w Odessie mej,
Mnie ciągnie właśnie tam,
Gdzie od trzech dni już nie przyjmują,
Mnie korci taki zakazany rejs!
Ja muszę, gdzie zawała śnieżna fest,
Gdzie zaspy i ogólnie ciężki teren,
Gdzie indziej jasno i przytulnie jest,
A ja tam nie chcę, mnie tam po cholerę?
Stąd mnie nie wypuszczają,
tam znowu nie wpuszczają,
Przygnębia mnie mieszanych uczuć splot,
Uśmiechy stewardessy
coraz mniej mnie pocieszają,
Majestatycznej jak Aerofłot!
Przyjmuje ziemi mej najdalszy kąt,
Gdzie jak polecę jeszcze mi dopłacą,
Przyjmuje Wostok, czort nie port,
I Paryż, a ja nie chcę, mnie tam na co?
Ja wierzę, rozpogodzi się, silniki znów zagrają,
Już słyszę ja i serce w gardle mam,
Znów siedzę jak na szpilkach,
a nuż znowu odwołają,
Znów znajdą mnóstwo przyczyn, ja ich znam!
Ja muszę jak najszybciej być tam,
Gdzie mróz siarczysty hula po kolędzie,
Przyjmuje Londyn, Delhi, Magadan,
Przyjmują wszędzie, a ja nie chcę wszędzie!
Daremnie gaszę smutek,
co w serce mi się wessał,
W to serce, co powinno bić jak młot,
Od rana rejs odkłada stewardessa - miss Odessa,
Majestatyczna jak Aerofłot
A pasażerom nawet nie drgnie brew,
Pokornie na walizkach spać próbują,
Dojadło mi to wszystko, ech! psiakrew,
Mam tego dość i lecę, gdzie przyjmują
Dojadło mi to wszystko, ech! psiakrew,
Mam tego dość i lecę, gdzie przyjmują
Włodzimierz Wysocki
Zamykam oczy.
Przenoszę się do mojego pierwszego domu rodzinnego.
Stoi tam gramofon w drewnianej obudowie. Wieczorami słucham bajek, a mama swojej muzyki. Bardzo lubię te wieczory przy adapterze.
Gdy przeprowadzamy się do nowego domu adapter często znajduje się w moim pokoju. Przybywa bajek, które słucham z moim bratem. Między płytami ukrywają się małe, kolorowe pocztówki dźwiękowe.
Jedną pamiętam do dzisiaj. Miał na wierzchu zdjęcie różowej róży, która od zawsze kojarzy mi się z moją Babcią. Ta muzyczna kartka też należała do niej. Ale jaka muzykę skrywała? Nie pamiętam. Może to był Tercet Egzotyczny, który lubiła? A może Jacek Lech lub Irena Santor? A może zupełnie coś innego?
Z biegiem lat moich czarnych krążków przybywa. Ale nie są to już bajki. Jarocka, Wysocki, Okudżawa, romanse rosyjskie, klasyka muzyki poważnej Słucham ich na okrągło. Może sąsiedzi chętnie powiedzieliby mi "zmień płytę", ale nie mają odwagi?
O płyty nie jest łatwo. Zawsze kupuje je w zaprzyjaźnionym kraju, gdzie sklep muzyczny jest dla mnie rajem, gdzie zapominam o całym świecie. Nie jest ważne, że powinnam kupie buty, których praktycznie nie ma u nas w kraju.
Wysocki skończył śpiewać. Zmieniam płytę. Romanse rosyjskie.
Tym razem jestem już na studiach i za pierwsze naukowe stypendium kupuję nowy gramofon. Graniczy to wówczas z cudem, bo w tamtych czasach nie jest łatwo kupnem płyt, a co dopiero mówić o adapterze.
Kiedy idę do pracy, to pierwszą wypłatę przeznaczam na kupno lepszego sprzętu. Jednak starego nie wracam. Do dzisiaj spokojnie spoczywa na dnie szafy.
Kończą się Romanse. Kończy się moja podróż w czasie.
Dobrze było wędrować przez minione lata.
Mam tylko nadzieje, ze za ileś tam lat, ktoś odkryje moje skarby i przygarnie je. Przecież teraz czarne krążki wracają do łask.
Stara płyta
Stara płyta wciąż gra.
Różne myśli krążą w głowie.
Jak to możliwe,że to minęło.
Cała wolność, swawolność, szalone lata.
Ciągle wracają wspomnienia,zabawy,picie,
przyjaciele.
Nie ma już odwrotu, trzeba iść dalej.
Zdobywać nowe przeżycia.
Jakie przeżycia?
Pomyśl a odczujesz nowe emocje, które na Ciebie czekają.
Nie smuć się.
Uśmiechnij się.
Przecież stara płyta wciąż gra.
znalezione w Internecie